Współczuję ludziom. Patrze jak wszyscy sie motaja w codzienności, rzucają niczym ryby na brzegu próbując sprostać narzuconym samym sobie ideałom i celom. Jak walczą z traumami ktore otrzymali od rodziców i przekazują dalej te traumy swoim dzieciom. Jak co bardziej świadomi bronią sie przed przekazaniem swoim dzieciom swoich traum i ku swojemu przerażeniu przekazują za to całkiem nowe traumy. Jak miliardy ego krzyczy "ja! JA! Ja jestem ważny! Docencie mnie!" a jednocześnie powoli i systematycznie czas odbiera im wszystko, aż znikają całkowicie nawet w pamięci ludzkiej. Ogromny korowod tych co uważali ze są ważni a świat pokazał im ze są niczym. Jak o tym myślę to współczuję nawet tym których osobiście nie lubię...
Nie myslcie jednakże ze moje współczucie jest podszyte poczuciem wyższości. Tak samo współczuję sobie bo widzę ze mam dokładnie to samo...
Wszyscy jesteśmy Chrystusami. Bardzo podoba mi się ta idea, bo patrząc na ludzi dookoła widzę jak wszyscy dzwigaja swoje krzyże. Czy to konkurs kto ma najcięższy? Kto najsilniejszy?
Mnie sie wydaje ze mam bardzo lekki, boję sie ze jeszcze przyjdzie czas ze bedzie bardzo ciężki a ja nie dam rady. Dlatego staram sie isc powoli, doceniając każda chwile, bo wiem ze jeśli dojdę do końca to przyjemnie nie bedzie.
Może lepiej upaść po drodze i juz sie nie podnieść? Oszczędzić sobie tego wszystkiego co czeka nas na koncu, obdarcia z szat, tej bezradności, samotności w cierpieniu, oczekiwania ukojenia w ciemności.
Nawet gdy umierał Jezus, cały świat z wyjątkiem tej grupki dookoła niego, żył sobie dalej swoimi radościami i problemami, jak duża bedzie ta grupka dla nas? Raczej niewielka...
Zniknie cały świat a jednocześnie świat sie prawie nie zmieni. Co wiec jest tak naprawdę ważne? Cały świat czy my?
Może dlatego nasze ego tak krzyczy bo gdzieś w głębi duszy wiemy jaka jest prawda i nie chcemy, nie potrafimy sie z tym pogodzić...
Czy to ego jest pozostałościa po naszych zwierzęcych przodkach a moze to ego czyni nas ludzmi? A moze to po prostu cień rzucany przez ciało na nasze umysły.
Jak wspaniale byłoby mieć umysł wolny od fizyczności ciała, wolny od tego całego uwłaczającego obowiązku prymitywnego zwierzęcego serwisu mięsnej maszyny. Jeść, srac, umyć tylek.
W śmierci nadzieja, jakież to byłoby marnotrawstwo gdyby faktycznie nic dalej nie byłoby. To jakby matematyka nigdy nie miała by liczb, nigdy nie stała by sie ciągiem mknacych miliardów dzialan pedzacych przez krzem i tworzących nowe idee a na zawsze zostala na liczeniu jabłek czy orzechów.
In morte liberatio
#dobranoc