@jajkosadzone dobry to dużo powiedziane.
Akurat analiza matematyczna była dla mnie dramatem. Za to algebra już była spoko, ale to też zasługa wykładowcy. Młody facet, ale miał fajne podejście. I też on układał zadania na poprawkowy z analizy, więc pewnie dlatego egzamin był zdawałny. Algebra 2 była już głupsza, bo znowu dotyczyła abstrakcji (np. wektory w więcej niż 3 wymiarach - ani nie da się tego narysować, ani sobie wyobrazić, więc po prostu tępe uczenie się wzorów). Paradoksalnie część tej algebry zwana “algebra abstrakcyjną” bardzo przydała mi się później w tematach kodowania i szyfrowania.
Później z matematyką było już lepiej - dyskretna była fajna (i znowu spora tu zasługa prowadzącego), statystyka znośna.
Z jakiegoś powodu mój kierunek nie miał rachunku różniczkowego ani analizy matematycznej 2, za co jestem wdzięczny losowi ;)
Fizyka na studiach to kolejny kasztan. Cały semestr wyprowadzania wzorów przez wykładowcę. Nie miało to praktycznego kontekstu, po prostu ciąg znaczków i przekształceń. Egzamin to te same wzory, które były wyprowadzane na wykładzie. Więc się ich nauczyłem na pamięć. I tym oto sposobem potrafiłem wyprowadzić równanie ruchu oscylatora płaskiego, nie mając zielonego pojęcia, czym do cholery jest oscylator płaski, bo nikt nie raczył powiedzieć 😛
Co ciekawe, na jeden semestr fizyki przypadkiem zapisałem się na wykłady i ćwiczenia z innym kierunkiem z tego samego wydziału (oni mieli w tygodnie nieparzyste, mój kierunek w parzyste). I tamtą fizyka była świetna. Bez idiotycznych wzorów na ch*j wie co, a konkretne praktyczne zadania ze statyki, dynamiki itd. Całość prowadzona z książek Resnicka-Halliday’a, więc bardzo przystępnie. Nauczyłem się wszystkiego tego, co olałem w liceum. I autentycznie z radością chodziłem na wykłady i ćwiczenia. Jedne z nielicznych na całych studiach.
@jajkosadzone to ja powiem jak było u mnie na polibudzie, 5 lat wcześniej.
Dostać się było łatwo, matematyka na maturze nieźle, fizyka cienko, wystarczyło na dobry kierunek.
Utrzymać się było nie tak trudno. Były egzaminy, do których trzeba było się uczyć, szczególnie te matematyczne przez pierwszy rok.
Ale potem high life, generalnie „nie zmarnowałem studiów na naukę”.
Studia były czasem imprez, alkoholizmu, nikotynizmu i dotrzymywania towarzystwa różnym przedstawicielkom płci przeciwnej.
Powtarzanie jakiegoś przedmiotu to była u mnie norma, zawsze wpadał jeden na semestrze zimowym, letnie zawsze kończyłem z czystym kontem.
Pisanie magisterki było trudne, bo jednak ciężko odrobić 5 lat leserowania. Praca była słabej jakości (założenie piękne, wykonanie takie sobie, właśnie przez braku umiejętności), co wytknęła mi komisja. Ale ostatecznie tytuł magistra inżyniera uzyskałem.
Więc tak, poziom generalnie nie jest zbyt wysoki. Uczelnie oczywiście dają szansę tym ambitnym i oni wyniosą ze studiów sporo.
Ale dają też szansę zupełnym leserom, takim jak ja.