1014 + 1 = 1015
Tytuł: Carol
Rok produkcji: 2015
Kategoria: Melodramat
Reżyseria: Todd Haynes
Czas trwania: 1h 58m
Ocena: 10/10
Jeśli dobrze pamiętam widziałam ten film raz wcześniej (jeśli był jakiś rewatch po drodze to pamięć mi to wypłukała), 10 lat temu na festiwalu.
Pamiętam, że bardzo mi się podobał, coś 8/10.
Dziś, po powtórnym seansie jestem zobligowana podwyższyć ocenę. Ten film oglądało mi się o niebo lepiej niż po raz pierwszy, może dlatego, że rozwiązania fabularne były znane, więc mogłam się skoncentrować na innych rzeczach.
To drugi taki melodramat Haynesa, który bezczelnie kopiuje styl Douglasa Sirka - stylowego twórcy melodramatów z lat 50. To znaczy bezczelnie kopiuje to na wyrost, ale chciałam podkręcić jak mocno "Carol" jest melodramatem.
Melodramat często kojarzy się z czymś przesadzonym, kinem emocjonalnym, gdzie miłość bardziej przypomina morderczy bieg przez płotki niż romantyczny spacer jesiennym parkiem.
Tu też mamy bieg przez płotki: to w sumie miłość od pierwszego spojrzenia - młodej ambitnej Therese i starszej Carol, która jest na granicy rozwodu. Akcja dzieje się w latach 50., więc niezbyt fajowe czasy by odkrywać uroki swojej orientacji. Obie wydają się mieć głęboko w poważaniu środowisko dookoła, problemy i inne rzeczy, jeśli mogą tylko z sobą przebywać.
Oczywiście życie pozostawione szybko zacznie się upominać o swoje, szczególnie w kontekście Carol, której mąż wciąż nie może przeboleć rozstania. Dramatyczne losy postawią przyszłość związku dwóch w kobiet w dużej niepewności.
Czym więc objawia się owy melodramatyzm? Na przykład powtórzoną gadką Carol, że Therese spadła jej z nieba, została zesłana, niczym nadzieja na pogrążonego w nienawistnej rzeczywistości człowieka.
Co do ujęć, to korzystano z wyświechtanych symboli melodramatycznych - przeciągłe spojrzenia, zbliżenia przez szybę (np. w podróży autem) lub lustro, dużo znaczących zbliżeń, które zostawiają dla widza tropy niczym w wykwintnym kryminale (np. rękawiczki zostawione w sklepie).
Najciekawsze jest to, że to wszystko działa i przywraca melodramatowi jako gatunkowi szacunek. Przynajmniej mi, bo dla mnie melodramaty zawsze wydawały się takie na wyrost. Tutaj jednak Haynes pięknie unika ckliwości, chociaż często w nią bezpośrednio celuje, a dzięki aktorskim wyżynom Blanchet i Mara możemy obserwować rodzącą się miłość zarówno ze skandynawską obojętnością, czekając na pierwszy upadek w tym biegu z przeszkodami, albo z drżeniem serca, czując ogromne uczucie, które przyciąga główne bohaterki i nie chce za nic odpuścić.
W "Daleko od nieba" Haynes dotarł w swoim kopiowaniu klisz melodramatycznych do samego końca, bo często regułą melodramatu jest także tragiczny koniec, no - tragiczny powiedzmy w takim sensie, że jest dosłownie "daleko od happy endu (nieba)".
W "Carol" jednak nieco nagina reguły i tutaj miłość wygra to nierówne starcie. A mimo to i tak końcówka dalej wpisuje się w reguły gatunku - reżyser przez cały film trzyma w ryzach gatunkowość.
Czasami się jednak zastanawiałam na ile to robota aktorek, które potrafiły tak zagrać, by spuścić naleciałości melodramatu a zostawić sam środek, wokół można zbudować na wpół nieszczęśliwą relację.
Kostiumy, muzyka, zdjęcia, montaż wtórują ręce reżysera we współudziale aktorów.
Trochę szkoda, że Haynes porzucił drogę "melodramatyzowania", jego kolejne filmy są zaledwie poprawne, ale nie bawią już tak realizacją i wczutką i jak się okazało w "December" tutaj akurat dwójka aktorek nie podołała podniesieniu jakości filmu (Natalie Portman i Julianne Moore - która przecież była znakomita w "Daleko od nieba").
Mimo wszystko nie jestem pewna, czy "Carol" kiedykolwiek zachęci mnie do nadrobienia filmografii Sirka - co innego jest jednak gdy twórca podpiera się specjalnie gatunkiem, a co innego gdy ktoś po prostu kręci w takim stylu.
Wygenerowano za pomocą https://filmmeter.vercel.app
#filmmeter #filmy #kinozmahjongiem