Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#psychologia

Kosmonauta

w Psychologia

20piorunów

UWIĄZANI

Kiedy, jak i po co należy odciąć psychiczną pępowinę od rodziców?

Mądrze przecięta pępowina to podstawa do tego, by w przyszłości mieć poczucie sensu i celu. Łatwiej go znaleźć, gdy rodzic dał przyzwolenie na bycie sobą, pozwolił się zbuntować. Nie uzależnił, nie uwiązał. Bo dzieci nie należą do rodziców. Nie żyją po to, by ich zadowalać. Nie są im nic dłużne.

Rodzice dzielą się na tych, którzy wychowują dzieci dla świata, i tych, którzy zachowują je dla siebie. Ci drudzy, choć nieświadomie, mają swoje wyrafinowane metody wikłania. Jak państwo L., którzy, nadal mieszkają z dziećmi Ewą i Markiem. Żadne z nich, choć przekroczyli już czterdziestkę (oboje po studiach i na etatach), nie miało jeszcze stałego związku. Nie licząc tego pierwszego i jak dotychczas jedynego – z rodzicami. „Gdyby była taka potrzeba, to pokupowałoby się dzieciom mieszkania” – tłumaczy sąsiadom tata. Mama wie, dlaczego dzieci nie założyły jeszcze swoich rodzin: „Córka nie miała szczęścia do mężczyzn, a Marek, to, niestety… pierdoła”. Ostatni absztyfikant Ewy był wdowcem z trójką dzieci, dlatego rodzice odradzili córce związek. Dziewczyna, która spotykała się z Markiem jeszcze rok temu, „za bardzo się rządziła”. Państwo L. znajdują wiele argumentów, by zachować dzieci przy sobie. Siedemdziesięcioletni emeryci, okopani w swoich rodzicielskich rolach, stworzyli hermetyczny system.

Czasami więzi stają się wiązaniem. Bolesną niemożliwością, chorą lojalnością, błędnym kołem. Dr Jolanta Berezowska, psychiatra, terapeutka rodzin, superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, ma wielu klientów, którzy nie potrafią odseparować się od rodziców. Mimo dojrzałego wieku, a nawet posiadania własnej rodziny nie wiedzą, kim są. Wszystko wydaje im się przypadkowe, począwszy od wyboru partnera, na pracy skończywszy. Nie potrafią stworzyć związku, bo każdy, prędzej czy później, przynosi rozczarowanie. Boją się odpowiedzialności lub są nadmiernie kontrolujący. Uzależnieni na różne sposoby od swoich rodziców nie potrafią o siebie zawalczyć, wyrwać się w świat, choć są na nim od 20, 30, a nawet 40 lat. Nie znają swoich potrzeb. Nie radzą sobie z życiem, choć pozornie wygląda to zupełnie inaczej. Dlaczego „odpępnienie” dla wielu ludzi jest takie trudne? Dr Berezowska wyjaśnia: – Dziecko zaczyna odchodzić od pierwszego spaceru na własnych nogach. Mądrzy rodzice powinni dawać wsparcie mówiąc: „poradzisz sobie”, zamiast „nie dasz rady beze mnie”.Wychowywanie to trenowanie rozłąki, która z czasem staje się coraz dłuższa.

Krok pierwszy: miłość

W dzieciństwie, gdy niewiele jeszcze zależy od nas, uczymy się wszystkiego, co najważniejsze. Człowiek rodzi się zaprogramowany na miłość. Przywiązać się i być kochanym – to nasze pierwsze zadanie rozwojowe. Jeśli matka przytula, dotyka, mówi, patrzy – mały człowiek nabiera przekonania, że świat jest bezpieczny tak jak bliskość. Psychologowie nazywają to nadzieją podstawową lub bazową ufnością.

To pierwszy moment na osi życia, które według psychologa Erika Eriksona zakończyć się powinno wewnętrzną integracją: pozbawioną bilansów akceptacją siebie i swoich wyborów. Kompetencje emocjonalne Erikson zamknął w hasłach: bazowa ufność, autonomia, inicjatywa, produktywność, tożsamość, intymność, generatywność, integralność (patrz także s. 6). To nazwy etapów, które uczą nas sztuki życia. Nic z tego, jeśli nie towarzyszy nam w tym mądry rodzic.

Bez nadziei podstawowej i wszystkich po kolei zdobytych „sprawności” nie ma nagrody – wspomnianej integralności.

Amerykański psycholog Richard D. Logan na podstawie teorii Eriksona pogrupował te poziomy rozwojowe. Według niego, jeśli nie dostaliśmy bazowej ufności, a potem nie zdobyliśmy autonomii, mamy marne szanse na udaną partnerską relację, na intymność. Bez niej według innego amerykańskiego psychologa Roberta Sternberga, autora trójczynnikowej teorii miłości, nie ma dobrego związku.

Na czym to polega? Obserwując, jak półtoraroczne dziecko reaguje na znikającą i pojawiającą się ponownie matkę, wiadomo, jaki model więzi zna. Zbadali to i opisali brytyjski psychiatra John Bowlby oraz kanadyjska psycholog Mary Ainsworth. Tylko bezpieczny model ułatwia w późniejszym życiu bliskie relacje. Pozostałe: unikowy, lękowo-ambiwalentny i zdezorganizowany (ostatni, wynikający z dużej patologii, dołączono do teorii przywiązania później) – oznaczają problemy. Jeśli rodzic nieprawidłowo odpowiada na potrzeby dziecka – krzyczy, denerwuje się, nie reaguje na płacz, unika fizycznego kontaktu – funduje dziecku pozabezpieczny model.

Z tak zapisanym w pamięci emocjonalnej (wydarzenia pamiętamy dopiero od trzeciego r.ż.) skryptem przywiązania i bezpieczeństwa dwulatek wchodzi w okres budowania swojej autonomii, czyli drugiego bardzo ważnego przystanku na eriksonowskiej osi. Właśnie w tym czasie, gdy mały człowiek nosi jeszcze pieluchę, uczy się samokontroli i samodzielności. Tego, że nie jest mamą, ale sobą, bo początkowo tego nie odróżnia. Rodzic też nie i, niestety, czasem tak już zostaje.

Ten czas węgierska psycholożka dziecięca Margaret Mahler, reprezentantka koncepcji relacji z obiektem – jednej z najważniejszych teorii dotyczących rozwoju człowieka, nazwała subfazą praktykowania. Obiekt to opiekun, zazwyczaj mama, osoba, do której dziecko może się przywiązać i stworzyć z nią bezpieczną więź. Mahler na podstawie obserwacji kilkunastomiesięcznych dzieci dowiodła, że zręby tożsamości człowieka tworzą się właśnie około drugiego roku życia. Wtedy, gdy dziecko zaczyna chodzić i mówić, gdy jest wielkim odkrywcą i eksperymentatorem. Mądry rodzic pozwala wtedy na samodzielność organizując przestrzeń tak, by maluch nie zrobił sobie krzywdy. Nie straszy światem, nie krzyczy przerażony przy każdym upadku dziecka. Ale, gdy trzeba, mówi „nie”, bez wycofywania miłości i akceptacji. Jeśli dziecko słyszy: „nie rusz”, „nie dotykaj”, „zostaw”, „znowu się pobrudziłeś”, „zepsułeś”, na dokładkę komunikowane krzykiem, zakoduje sobie, że świat jest przerażający i wrogi. Nadopiekuńczy, roztrzęsiony rodzic uczy, że nie warto wychodzić poza jego orbitę. Przekazuje tym samym coś jeszcze gorszego: „nie poradzisz sobie beze mnie”.

Z takim bagażem dziecko trafia do przedszkola. – Zabawa z innymi dziećmi to też uczenie się życia. Żeby dziecko mogło odejść, musi umieć funkcjonować również w grupie – przypomina dr Berezowska. Według eriksonowskiego podziału na cykle, przedszkole uczy podejmowania inicjatywy. Jeśli dziecko nie potrafi się przebić ze swoimi potrzebami, wzbiera w nim poczucie winy.

Krok drugi: bycie grzecznym

Opiekun ma swoją motywację. Nadal chce mieć bezradne, zależne stworzenie. Karze za samodzielność, wynagradza za posłuszeństwo. Od tego momentu symbiotyczna relacja matka–dziecko, która mogła być potencjałem, staje się wiązaniem. – Wyręczanie i ograniczanie to sidła zastawiane nieświadomie, by nie puścić dziecka w świat. Żeby nie znalazło potem partnera, nie usamodzielniło się. To powolny proces, bo najpierw nie umie się uczesać, potem pozmywać, a na koniec boi się samemu zamieszkać. Wyręczane dziecko nie buduje autonomii, nie uczy się samodzielności, bycia sobą, tylko zaspokaja potrzeby rodzica – wyjaśnia te zawiłe zależności dr Berezowska. Trafiają do niej również ludzie w depresji. Bywa, że u podłoża tej choroby jest zablokowana złość na rodzica. Przymuszane do czegoś dziecko, niesprawiedliwie karcone (np.: za to, że się pobrudziło, że ma tylko trójkę), często trzyma w sobie tę wściekłość latami i przenosi w dorosłość. Złość uderza potem ze zdwojoną siłą – depresją. Jej korzenie mogą tkwić we wczesnym dzieciństwie.

W naszej kulturze wciąż pokutuje przekonanie, że dobre dziecko to grzeczne dziecko. – Dążenie za wszelką cenę do tego, by maluch był posłuszny, może doprowadzić do katastrofy w przyszłości, bo nie uczy się on kontaktu ze swoimi emocjami. To czarna pedagogika, w której rodzic jest panem. Tymczasem sensem wychowania jest rozpoznanie potrzeb dziecka i umiejętność odpowiedzenia na nie. Kazać jest łatwo, wytłumaczyć trudniej – mówi Konrad Piotrowski, który zajmuje się naukowo buntem młodzieńczym. – Dziecko musi znać granice, ale jego świat nie może składać się z zakazów i nakazów. Prawda jest taka, że im więcej zaniedbamy, im mniej włożymy mądrego wysiłku, tym trudniej będzie potem. I nam, i im.

To drugi kluczowy etap po buncie dwulatka.

Krok trzeci: bunt

Ale najpierw jest wiek szkolny. Kolejny etap rozwoju, w którym kilkulatek powinien mieć grupę kolegów, potrzebę bycia w różnego rodzaju kółkach zainteresowań – swoje środowisko, w którym się odnajduje. Niepowodzenia, czyli odepchnięcie przez grupę, oznaczają poczucie niższości w dorosłym życiu. Gdy dziecko fizycznie przestaje nim być, zmienia się wszystko – jego wygląd, sposób myślenia. Teraz czas połączyć to, czego nauczyli je rodzice, ze światem zewnętrznym – znaleźć swoje miejsce. Jest to trudne, gdy wciąż rodzice wiedzą lepiej i chcą za nas przeżyć życie. Młody człowiek walczy wtedy o siebie. Zasada jest prosta: im bardziej się buntuje, tym zdrowiej. Konrad Piotrowski twierdzi, że nastolatek poprzez krytykowanie rodziców, nierzadko także ranienie, zmiany nastrojów, dziwne ubrania i muzykę, kontestację, stara się zakreślić swoje terytorium. Dorastanie często jest trudne i często boli.

Bunt młodzieńczy to druga faza separacji-indywiduacji, czyli „odpępnienia”. Tak jak maluch uczy się chodzić, tak nastolatek samodzielnie myśleć. – Nastolatki chcą, żeby rodzic stanął po ich stronie, powiedział: „wiem, że to jest trudne, chodź, pogadamy”. A nie: „co za fanaberie, posprzątaj, to głupoty wywietrzeją ci z głowy”. Jeśli zbudowaliśmy relację opartą na autorytecie i silnej hierarchii, to dziecko może wylądować w sekcie lub negować wszystko i wszystkich, rozwinąć zachowania antyspołeczne. Szuka silnych osobowości, autorytetów, partnera dominującego – klaruje psycholog.

Nierozstani

Startującemu w dorosłe życie człowiekowi i jego rodzicom wydaje się, że wszystko dopiero się zaczyna, tymczasem właśnie zaczyna on oddawać światu to, co dostał. – Wielu moich pacjentów rodzice zmusili do powielenia swojej drogi: np. idź na prawo, bo musisz odziedziczyć kancelarię. To jest przekaz „bądź dla mnie, bo ja ciebie potrzebuję” – wyjaśnia dr Berezowska. – Ma marzyć o tym, co rodzic chce, być tym, kim mu pozwala. Nie możemy dzieci zatrzymywać dla siebie. Jeśli matka i ojciec są dojrzali, to pozwalają dziecku czuć po swojemu. Nawet wtedy, gdy czuje ono złość. Jeśli rodzic lamentuje, że córka czy syn chcą wyjechać za granicę do pracy, to myśli o sobie. A dziecku trudno zostawić rodzica, który się poświęcił. Czuje się lojalne. I to je wiąże.

Czy do lojalnych należy też Marta? 38 lat, świeżo po rozwodzie, dwie córki. Podobnie jak mama została księgową, tyle że dziś jest już dyrektor finansową. Ale to nie jest dla mamy powód do dumy, bo zawsze jest niezadowolona. A to dlatego, że Marta pozwoliła byłemu mężowi co dwa tygodnie spotykać się z dziećmi (skoro odszedł, nie powinien ich już zobaczyć). Albo że nie taki proszek do prania kupiła. Mama czuje się do tego uprawniona, bo zawiaduje domem zapracowanej córki. Wyprawia dziewczynki do szkoły, odbiera je, robi zakupy, gotuje. Marta jest przekonana, że gdyby nie mama, nie poradziłaby sobie.

Kilka miesięcy temu zaczęła się z kimś spotykać. Dziewczynki go poznały, bywa co weekend, czasem nocuje w tygodniu. Jednak córki mają zakaz mówienia o tym babci. Marta umie utrzymać tajemnicę, bo całe życie udawały z mamą, że tata nie pije. Były mąż Marty odszedł po 13 latach. Przez całe małżeństwo miał poczucie, że Marta ma dzieci z matką, że to z nią jest w bliższym związku niż z nim. Dr Jolanta Berezowska tak widzi tę sytuację: – Dziecko ma być dzieckiem, a nie partnerem matki przez tajemnicę. Tajemnicę można mieć przed dzieckiem, a nie z nim, bo w ten sposób wiążemy je ze sobą. Zabieramy dzieciństwo i bezpieczeństwo. Nie wolno wikłać małego człowieka w świat dorosłych.

Jeśli kobieta jest w taki sposób związana z matką, to najpierw jest w roli córki, dopiero potem sama jest matką. Dzieci „nierozstane” ze swoimi opiekunami mają małe szanse na stworzenie dobrego związku.

Dlaczego rodzice wikłają swoje dzieci, nie chcą się z nimi rozstać? Zdaniem dr Berezowskiej, boją się zostać na starość we dwoje, bo jedyne, co ich łączyło, to dzieci. – Jeśli nie umie się być blisko z partnerem, to dziecko uzupełnia deficyty emocjonalne: „nie szukam już czułości u męża, znajduję ją u dzieci”. Wyręczające matki to często kobiety rozczarowane przez swoich mężów. Jeśli u rodziców nie ma bliskości, to dziecko może bać się odejść. Nadopiekuńczy rodzice przekazują informację: „jesteś złym dzieckiem, bo mnie zostawiasz, a ja się dla ciebie poświęciłam”. Syn czy córka czuje się obsadzony w roli opiekuna rodziców. Do tego dochodzi obrzydzanie dzieciom ich partnerów – wylicza rodzicielskie grzechy psychoterapeutka. Ostrzega: –Jeśli córka dzwoni codziennie do zdrowej matki, to znaczy, że nie może się od niej oderwać. Dlaczego? Jeśli matka wybrała jako partnera kogoś chorego (np. alkoholika) i wpisuje się w rolę ofiary, to również wpisuje się w przemoc. W takich sytuacjach dziecko dostaje rolę wybawcy.

Dorosła córka odbiera matkę jako opiekuńczą i poświęcającą się, czuje się jej dłużnikiem. No i siłą rzeczy przenosi ten schemat do swojej rodziny. Sama staje się wybawcą dla swego partnera. Może się okazać, że najlepiej odnajdzie się np. u boku kogoś mało odpowiedzialnego, unikającego bliskości.

Od partnera oczekujemy czegoś, czego nie dostaliśmy w domu. Tymczasem nikt nie jest w stanie dać bezwzględnej akceptacji, bezwarunkowej miłości, bezpieczeństwa. W ten sposób ludzie budują związki skazane na porażki. Bo obarczanie partnera rolą opiekuna lub swojego dziecka, lub każdą inną, bez przyjrzenia się, kim on naprawdę jest, nie rokuje. – Jeśli się żyło na bagnach, to na sawannie jest dziwnie. Bliskość w małżeństwie nie polega na tym, że się jest z kimś, kto przypomina mamę, tylko że się tę osobę widzi jako kogoś odrębnego. Jeśli jest się w roli, to oczekuje się też roli od partnera. Dlatego związki uwikłanych w rodziców ludzi są kontynuacją patologicznych relacji w rodzinie – podsumowuje dr Berezowska.

Ogarnąć całość

Psycholog rozwojowy prof. Anna Brzezińska od lat powtarza swoim studentom, że każdy moment życia jest ważny. Że jest sumą tego, kim byliśmy. I w każdym punkcie teraźniejszości zamyka się przeszłość i przyszłość człowieka. – Wczesnodziecięce doświadczenia wpływają na to, kim jesteśmy – podsumowuje Konrad Piotrowski, jej doktorant. Wyjaśnia, że od czasów powstawania koncepcji Erika Eriksona, czyli lat 50. i 60., zmieniło się postrzeganie okresu między dwudziestką a czterdziestką w życiu człowieka, bo dziś żyjemy inaczej. Nie ma już starych kawalerów i panien, są tylko nieobciążone negatywnym postrzeganiem single. –Co nie zmienia faktu, że jeśli czterdziestolatek nadal żyje z rodzicami, to zakrawa na patologię. Ale nie jest już dziwne, że trzydziestolatek nie podejmuje trwałych zobowiązań i jeździ po świecie, o ile sam potrafi na siebie zarobić – zauważa Piotrowski. Dziś wspólne mieszkanie z mamą i tatą zawsze można usprawiedliwić brakiem zdolności kredytowej czy kryzysem. Jaka jest zatem granica między normą a patologią? – Czerwone światło powinno się zapalić, gdy dorosłe dziecko nie chce budować swojego świata. Nie ma potrzeby samodzielności. Jeśli jednak deleguje się dziecko do bycia dzieckiem, to ono nim pozostanie, nawet gdy ma już własną rodzinę. Wtedy rolę dorosłego przejmuje partner i ma swoje dzieci plus męża/żonę – twierdzi psycholog.

Na czym więc polega dojrzałość? Zgodnie z teorią na kilku sprawach: autonomii emocjonalnej, odpowiedzialności za działania, zdolności do samodzielnego podejmowania decyzji, budowaniu intymnych relacji z innymi ludźmi i z partnerem. Jesteśmy dojrzali, gdy samodzielnie funkcjonujemy, kochamy, jesteśmy zadowoleni z życia. Tym jest właśnie wspomniana na początku integralność.

– A może testem na dojrzałość jest śmierć? Umrzeć godnie, świadomie to dopiero sztuka. Bez pretensji, żalu – zastanawia się dr Berezowska. Mówi: –Inaczej dojrzały jest 5-latek, który umie zawiązać sobie sznurówki, inaczej 14-latek mówiący „chcę być inny!”. Inaczej 25-latek podejmujący pracę i odpowiedzialność. Inaczej 50-latek dojrzewający do tego, żeby się rozstać z dziećmi i spędzić z partnerem resztę życia. Inaczej człowiek zmagający się z chorobą, która przychodzi, chcemy czy nie.

Trzeba przyjąć, że jedni mają łatwiej, inni trudniej. Jednym udaje się z rodzicami rozstać, inni dźwigają ich przez całe życie. Na szczęście historia nie jest napisana, tylko się pisze, więc zmiany są możliwe.

Autor: Joanna Drosio-Czaplińska

Pokaż więcej komentarzy (13)

GURU

w Nauka

13piorunów

Wyższe zdolności poznawcze powiązane z głosowaniem przeciwko Brexitowi

Osoby o wyższych zdolnościach poznawczych mogły częściej głosować za pozostaniem Wlk. Brytanii w UE podczas referendum w sprawie Brexitu w 2016 r. - sugeruje nowa analiza naukowców z Uniwersytetu w Bath. Okazało się, że istnieje silny związek statystyczny pomiędzy wyższymi zdolnościami poznawczymi

Gruba ryba

w Hydepark

39piorunów

    

UWAGA! W tym wpisie opisuje krótko akt przemocy domowej, konkretnie w 3 akapicie. Jak jest to dla Ciebie bolesny temat to polecam ominąć. Reszta jest napisana dosyć ogólnikowo. :smiley: Daję znać dzięki sugestiom innych czytaczy, aby dawać lepszy trigger warning, no i w sumie mają rację.

TLDR: Ja i moje przekonania muszą być na pierwszym miejscu- dla niektórych banał, dla innych prawda objawiona i dlaczego już jako dziecko zgubiłam się w świecie własnego ego.

16.
Ostatnio coraz mocniej puka do mojej świadomości jedna rzecz. Poza tym że się pojawia i ją rejestruje, zaczynam ją czuć, rozumieć. Wypełnia mnie od środka myśl, że bez pewności własnego ja i zdolności odróżnienia własnych potrzeb od przekonań innych to daleko nie zajdę w procesie zdrowienia. Będę jak pies, który dla rozładowania emocji gania za własnym ogonem nie mogąc go złapać, a jak już mu się uda, to będzie go to bolało. Gdzieś zawsze w środeczku czułam, że tak powinno być, że to jest normalność, ale wychowanie i zaniedbania emocjonalne odbijają się stale w moim wnętrzu jak echo.

Gdy żyje się w domu przemocowym, gdzie dziecko dla ojca jest workiem treningowym, a dla matki zsypem na trudne emocje, ciężko jest znaleźć siebie, a co dopiero obudować to wszystko solidnym murem własnych przekonań. Z perspektywy dzieciaka, gdzie rodzice są całym światem chce się być po prostu przydatnym by zasłużyć na miłość. Doprowadziło to do tego, że już jako dziecko musiałam się mierzyć z dorosłymi problemami, które mój malutki mózg nawet jak chciał to nie był w stanie ogarnąć. Obwiniałam się za wszystko, dosłownie wszystko, za łzy matki, złość ojca, biedę i za to, że to coś zwane rodziną w ogóle nie funkcjonuje jak powinno. Paradoksalnie łatwiej jest uznać, że ma się na coś wpływ, nawet na najgorszy syf, niż pogodzić się ze stanem bezradności i zaakceptować to, że jest się nic nieznaczącym trybikiem wytworzonym przez niewydolnych dorosłych zwanych mamą i tatą.

Doszło do tego, że wydawało mi się, że są konkretne przyczyny dlaczego ojciec traktuje Nas jak traktował. Przecież dostawać muszę za coś, w tym musi być jakiś sens! Nawet za posmakowanie majonezu z jajka palcem "O Ty niewychowany stworze - należało Ci się". To moja wina, powinnam być czujniejsza, przewidzieć reakcję ojca, pohamować potrzebę. Przecież wiesz, że łatwo wprowadzić go w gniew. Złapał mnie wtedy za ucho i jak worek kartofli przeciągnął mnie do drugiego pokoju. Byłam pewna, że urwie mi to ucho, bo nawet nie zdążyłam stanąć na nogi jak mnie capnął. Potem rzucił mnie na łóżko i miał sk⁎⁎⁎⁎syn cela, po poleciałam na sam kant. Poza urwanym uchem brałam na starty swój kręgosłup. Później już tylko czyste, klasyczne napierdalanko, rękami, potem pasem i to przy całej rodzinie. Wstyd, ból, krzyk, strach wszystko w jednym czasie. Nikt nie zasługuje na takie traktowanie, a przede wszystkim mała dziewczynka z sercem spragnionym miłości.

Tak bardzo pragnę docenienia, poklepania po główce, słów że jestem coś warta, że mogę myśleć zupełnie inaczej niż inni mi bliscy i to nie jest złe. Że mogę odpuścić, że nie muszę już tak mocno obserwować i wyszukiwać sytuacji kryzysowych, aby próbować ich uniknąć. Udowadniać z uporem maniaka, że jestem dobrym człowiekiem. TO CO MYŚLĄ O MNIE INNI, NIE WARUNKUJE TEGO JAK JA MAM SIĘ CZUĆ Z SAMĄ SOBĄ. Czy to to świecie k⁎⁎wa rozumiesz?!

Jestem słońcem własnego wszechświata, jak ja nie będę świecić najmocniej jak się da, nic wokół mnie nie będzie miało barw ani sensu.

GURU5piorunów

@Fafalala Bardzo dobre introspekcyjne wpisy, moze nawet pomoga wielu z tych co nie maja odwagi o tym pogadac. W jappni zbita porcelane naprawia sie zlotem, ty tak samo poskladasz kawalki do kupy i mam najdzieje zdasz sobie sprawe z wlasnej wartosci ehh wysylam przytulasa ( ͡° ͜ʖ ͡°) .

Osobistość4piorunów

@Fafalala bardzo mi przykro.

Wydaje mi się, że nasze społeczeństwo jeszcze za dużo nie wie o zdrowiu psychicznym i nawet jeśli ktoś z otoczenia widział co się dzieje to nie rozumiał powagi sytuacji.

Pamiętam jak koleżanka mówiła, że chce ze sobą skończyć (a może próbowała? wiem to bardziej z plotek) to została uznana za atencjuszkę...

Ile masz teraz lat?

Pokaż więcej komentarzy (53)

Kosmonauta

w Psychologia

75piorunów

Żyjemy w micie szczęśliwego dzieciństwa. Idealizujemy rodziców. Prawda wychodzi na jaw, gdy życie staje się zbyt trudne, a codzienność nas przerasta. O tym, jak nas obciążają przekonania zbudowane w przeszłości i brak poczucia bezpieczeństwa, który buduje się w dzieciństwie, mówi psycholog dr Anna Rita Verardo.

Newsweek Psychologia: Dlaczego dzieciństwo jest takie ważne?
– Ponieważ do 12. roku życia nasz mózg rozwija się najintensywniej. Tworzą się modele zachowań, powstają przekonania, które będą potem nami zarządzać. Powstaje model więzi – skrypt odpowiedzialny za bliskość i sposób regulacji emocji, czyli coś, co sprawi, że w przyszłości ukoimy swój ból, niepokój, lęki albo od nich uciekniemy i zachowamy się autodestrukcyjnie, popadając w uzależnienia. W tym czasie buduje się zaufanie do świata i ludzi, kształtuje samoocena. Już po półtorarocznych dzieciach widać, jak rodzice je do siebie przywiązali – czy dali bezpieczeństwo, czy pozostawili z brakiem, mimo fizycznej obecności. Od tego wszystkiego zależy, jak sobie potem poradzimy z życiem.

Ludzie, nawet ci z dużymi problemami, mówią, że mieli szczęśliwe i bezpieczne dzieciństwo. Jednocześnie mają kłopot, żeby przypomnieć sobie cokolwiek z tego okresu, jakby go wcale nie mieli.
– Szczęśliwe dzieciństwo bywa deklaracją, konstruktem i nie oznacza ona wcale, że było bezpieczne. Oznacza miłe wspomnienia, takie jak zabawa, żarty w szkole, kolonie – to wszystko, co dotyczy odkrywania nowych rzeczy, eksploracji. Tak zazwyczaj mówią ludzie z unikowym stylem więzi, którzy nie pozwalają sobie na wspomnienia. Występuje u nich niespójność między pamięcią epizodyczną a semantyczną. Przeważa część mózgu odpowiedzialna za racjonalność, ale jest kłopot z przeżywaniem emocji. W tym pozabezpiecznym modelu część afektywna mózgu zostaje zredukowana. Taki dorosły, pytany o dzieciństwo, nie opowie, że się bał, czuł słaby, porzucony, bezradny. Będzie np. somatyzował – miał regularne migreny, problemy gastryczne, zaburzenia rytmu serca, nadciśnienie.

Czym jest model więzi?
– W internecie można znaleźć eksperyment pokazujący, jak niespełna dwuletnie maluchy reagują na sytuację, gdy matka, która się z nim bawi, nagle wychodzi, a w pokoju zostaje obca osoba. Bezpiecznie przywiązane bawią się chętnie, a kiedy pojawi się matka, cieszą się na jej widok. Lękowo-ambiwalentne płaczą i odpychają matkę, choć początkowo do niej lgną. Unikowe bawią się dalej, a kiedy matka wraca, nie reagują na nią. Reakcje dzieci zależą od tego, jak rodzice opiekują się dzieckiem, jak na nie reagują, ile czasu z nim spędzają.

Jeśli matka nie odpowiada na potrzeby dziecka albo nie ma jej fizycznie, to dziecko doświadcza traumy?
– Bezpieczeństwo mogą dać też inni – nianie, babcie, ojcowie – ci, którzy zajmują się dziećmi. Jeśli jest ktoś, kto pozwala poczuć się bezpiecznie – przytula, kołysze, uśmiecha się – uczy, że świat jest bezpieczny. Jeśli go zabraknie, bo matka nie jest gotowa na rodzicielstwo czy ma depresję albo inne zaburzenia psychiczne, albo maluch trafia do domu dziecka, w jego doświadczeniu zapisuje się traumatyczne doświadczenie porzucenia – tzw. trauma przywiązaniowa. Jednak wbrew pozorom większość ludzi ma bezpieczny model więzi. Tyle że „bezpieczny” nie oznacza, że nie ma żadnych traumatycznych przeżyć.

Zazwyczaj człowiek zapytany o to, czy miał w dzieciństwie traumę, odpowiada, że nie, bo był czysto ubrany, miał kanapki do szkoły, a mama czekała z obiadem.
– Jednak zapytany konkretnie, co rodzic robił, kiedy dziecko stłukło sobie kolano i płakało, powie, że rodzic zamiast go przytulić i pozwolić się wypłakać, krzyczał, że jest niezdarą, wmawiał mu, że sam sobie jest winien, bo nie uważał. Albo bagatelizował, mówiąc: „do wesela się zagoi”. Mógł też odwracać uwagę dziecka od bólu, mówiąc, że przeleciał ptaszek, przebiegł kotek. Takim odcinaniem od bólu popycha się dziecko w kierunku samowystarczalności. Wtedy, jako dorosły, będzie uważał, że sam sobie poradzi ze wszystkim, więc po co mu inni ludzie? Paradoks polega na tym, że dzieci czują się opuszczone, ale nie uświadamiają sobie tego. Mają szkołę, środowisko rówieśników, zainteresowania, sporty – stąd iluzja dobrego dzieciństwa. Problem wyjdzie w dorosłym życiu, kiedy okaże się, że nie są w stanie stworzyć z nikim relacji – związku, przyjaźni, zdrowej zależności w pracy. Bo jeśli nie nauczono dzieciaka przeżywać uczuć, tej dziecięcej rozpaczy dotyczącej stłuczonego kolana, bólu, smutku, złości, w dorosłości też nie będzie umiało ich przeżywać ani nazywać. W konsekwencji nie pozna swoich potrzeb, nie będzie wiedziało, kim jest. Bez tego trudno o dobre życie.

Okazuje się, że traumatyczne dla dziecka są sytuacje, które z perspektywy dorosłego wydają się normalne.
– Pamiętam pacjentkę, która w przekonaniu, że mama była troskliwa, opowiedziała, że jako sześciolatka miała gorączkę i wymiotowała. Była noc i bała się ją obudzić. Odważyła się, kiedy już nie dawała sobie rady, ale czuła się winna, że zjadła coś niedobrego. Gdy przyjechało pogotowie, okazało się, że to zapalenie wyrostka. Po operacji bardzo bolał ją szef. Patrzyła na mamę siedzącą obok na krześle, ale znowu bała się poprosić ją o pomoc. Odciągając swoją uwagę od bólu, gryzła się w wargi, zadając sobie kolejny. Wiedziała, że jak obudzi mamę, to usłyszy: „jak ja się bardzo muszę dla ciebie poświęcać”, „z tobą są same problemy”. W terapii okazało się, że jej mama, będąc dzieckiem, straciła swoją mamę. I teraz córka w roli matki powtarza swojej sześcioletniej córce, że musi być samodzielna, bo jej też może zabraknąć. Rodzina to system wielopokoleniowy. Tak działa transmisja traumy.

Ciekawe, że traumatyczne mogą być doświadczenia, które dzieci zdobywają w ramach wychowawczej normy. To może być zniszczenie dzieciństwa przez nadmierne obciążanie starszego dziecka odpowiedzialnością za młodsze rodzeństwo albo bycie „rycerzem mamusi” w sytuacji, gdy nie ma ojca lub jest wycofany emocjonalnie.
– To może dziać się jeszcze bardziej niewinnie, gdy np. rodzic widzi, że dziecko złamało rękę, samo wpada w panikę i histeryzuje, zamiast dać wsparcie, utulić i uspokoić. To „przerażający przerażony”. W takiej relacji dziecko szybo uczy się przejmować odpowiedzialność za rodzica i martwi się tym, co poczuje rodzic. A jeśli nie musi, nie mówi, co się stało, bo boi się o jego samopoczucie, o to, że przysporzy mu cierpienia. W każdej sytuacji, gdy dziecko stara się być odpowiedzialne za rodzica, mamy odwrócone przywiązanie. Kobiety w przyszłości miewają problemy z płodnością. Nie miały czasu, żeby być dziećmi, więc nie mają, żeby być rodzicem. A w relacji z partnerem opiekują się nim, nie zostawiając miejsca dla siebie, traktują ich trochę jak dzieci. Niezależnie od płci ludzie, którzy doświadczyli odwrócenia ról, stają się wybawcami i opiekunami innego dorosłego człowieka. To zwykle dramatyczne, dysfunkcjonalne relacje. Jeśli z jakichś powodów nie udaje im się „uratować” tego partnera, to wpadają w poczucie winy albo szybko zaczynają się czuć ofiarami związku, mając poczucie, że są wykorzystani. To ludzie, którzy mówią: „nie mogę zostawić swojej żony, bo ma depresję” albo: „nie porzucę męża, bo się zabije”.

Są zdarzenia, które mogłyby się wydawać bez znaczenia, a są zaniedbywaniem dziecka. To unieważnianie, pomniejszanie, dystansowanie – sprawianie, że staje się niewidoczne.
– Kiedy małe dziecko przychodzi w nocy do łóżka rodziców zapłakane i chce utulenia, a słyszy: „wynoś się do swojego pokoju”, „skończ z tą histerią”, to jest zaniedbanie. Polega ono na tym, że rodzic jest obecny fizycznie, ale nie zwraca uwagi na dziecko, bo jest zaabsorbowany swoimi sprawami i wykazuje emocjonalną absencję. Podobnie, gdy dziecko chce coś opowiedzieć, a rodzic krzyczy: „co ty ode mnie chcesz!”. Może też występować inna odmiana zaniedbania – rodzic stwarza presję: „bądź najlepszy”, „dlaczego czwórka nie piątka, stać cię na więcej”. To przekaz: jesteś wartościowy tylko wtedy, gdy dajesz dużo z siebie, musisz zasłużyć na uwagę i miłość. Dziecku zostają w ten sposób wbudowane przekonania na przyszłość: „jestem nic nie wart”, „nie dam sobie rady”, „jestem sam i tak musi być”, „jestem słaby i bezradny”, „nic mi się nie uda”. Powoduje to nieadaptacyjne zachowania. Z takimi zasobami nie jest łatwo radzić sobie z życiem.

Ponad 70 proc. Polaków uważa, że „klaps dawany z miłością” jest wychowawczy. Albo: „skoro byłem bity i wyrosłem na porządnego człowieka, to i moje dziecko wyrośnie”. Wciąż pokutuje u nas przemocowy model wychowania.
– Tak myślących pytam, czy kiedy byli dziećmi, też tak myśleli. I ci z pozabezpiecznym stylem przywiązania mówią często, że owszem, już wtedy wiedzieli, że to dla ich dobra, ale podczas stymulacji EMDR ujawniają się prawdziwe odczucia.

Po latach nawet czują ból w tych miejscach na ciele, po których byli bici.
– Bicie dziecka to przemoc, a przemoc to traumatyczne doświadczenie. Badania kliniczne mówią, że nie ma ono walorów wychowawczych ani edukacyjnych. Jeśli bije ktoś, komu dziecko ufa, kogo kocha i uznaje za autorytet, to znaczy, że ignoruje jego potrzeby, odpycha od siebie – krzywdzi. Klapsem pomaga sobie rodzic, który sam nie jest nauczony regulowania emocji i reguluje, wyładowując się na dziecku.

Ludzie przychodzą zwykle na terapię z problemem, który pozornie nie jest powiązany z przyczyną ich stanu. Dopiero po nitce można dojść do kłębka – na przykład do traumy opuszczenia.
– Stworzono nawet listę doświadczeń dziecięcych, które są predyktorem chorób psychicznych, depresji, lęków. Wśród nich jest doświadczenie bycia wychowywanym przez jednego rodzica, bez znaczenia, czy to był rozwód, czy śmierć. Jest tam uzależnienie rodzica, depresja, zaburzenia emocjonalne, pobyt w więzieniu, przemoc fizyczna, w tym seksualna i psychiczna, bieda. To, jak radzimy sobie z trudnymi zdarzeniami dziś, zależy od tego, co przeżyliśmy w pierwszych latach życia.

To jest jak ze śniegową kulą? Rozpędza się, rośnie i w końcu powoduje katastrofę?
– Trafiła do mnie pacjentka, którą napadnięto na ulicy. Po kilku miesiącach od zdarzenia nie mogła spać, jeść, wychodzić z domu, unikała bliskich. Miała PTSD. Pytam, jakie ma na swój temat przekonanie w związku z tym zdarzeniem i jak bardzo jej ono przeszkadza w życiu. Była przekonana, że jest słaba i właśnie ta słabość przeszkadzała jej najbardziej. A przecież napad to sytuacja, w której człowiek ma prawo nie mieć siły, żeby się obronić, być słaby. Dopytana wyznała, że w jej domu rodzinnym nikt nie pozwalał sobie na słabość. Nie wolno było okazywać emocji, żalić się, skarżyć, narzekać. Kiedy wyłamywała się z tego drylu, stawała się czarną owcą. Trwała w modelu, że trzeba być zawsze uśmiechniętym, odważnym, pokonującym przeszkody.

Czyli za jej PTSD wywołanym napaścią, podczas której jej życie było zagrożone, tzw. dużą traumą, stała mała trauma – te relacyjne doświadczenia związane z zaniedbaniem emocji dziecka?
– Z jakichś powodów jedni ludzie integrują te trudne traumatyczne wydarzenia jak napaść, wypadek czy kataklizm. Ich mózg je przetwarza, znajdując dla nich miejsce. Inni mają zaburzenia potraumatyczne – PTSD, czyli problem z przetworzeniem, bo czegoś już było za dużo. EMDR jest wyjątkowo skuteczny w leczeniu tego zaburzenia, bo desensytyzuje, czyli odczula i pomaga w przetwarzaniu, czyli sprawia, że przestaje ono przeszkadzać. Z drugiej strony, pokazuje, jakie przekonania utrudniają nam życie. W EMDR łączymy symptom, np. złe samopoczucie pacjenta z wydarzeniami i tym, co sprawia, że się ono pojawiło. Symptom łączymy ze wspomnieniem doświadczenia i przetwarzamy je.

W klasycznej terapii używamy tylko słów, w EMDR głównie stymulacji bilateralnej, czyli wodzimy dłonią przed oczami pacjenta, a on za nią podąża. Ruch gałek ocznych wspomaga synchronizację półkul i sprawia, że nieprzetworzone wydarzenie, które źle się zapisało, przetwarza się. Wtedy przestaje przeszkadzać?
– Półkule synchronizują się, integrują „rozrzucone”, „źle zapisane” wspomnienia. Po każdym secie, czyli tym machaniu dłonią, pacjent mówi, co się dzieje, co mu się przypomina, jak się czuje. To jedyna metoda, w której sam przepracowuje zdarzenie i nie jest ono indukowane przez terapeutę. EMDR – jak powiedział psycholog Van der Kolk – to jedyna terapia, w której nie ma terroru słów.

Ludzie często zniechęcają się do terapii właśnie z tego powodu – nie chcą „grzebać się w dzieciństwie”, a w EMDR można, ale nie trzeba. Można się czasem obyć bez tego dzieciństwa.
– Przychodzi taki moment, że pacjent sam widzi połączenie między tym, co mu się przytrafiło niedawno, a jego dzieciństwem. I sam decyduje, żeby wrócić do przeszłości, przywołując trudne wspomnienia.

Wszystko można przeżyć oprócz własnej śmierci?
– Jeśli człowiek przeżył traumę, to jest też w stanie ją przetworzyć. Można to porównać do innej czynności fizjologicznej: jemy, trawimy, wydalamy. Ale czasami zdarza się coś, czego nie jesteśmy w stanie strawić. Czymś takim jest wydarzenie traumatyczne.

Mówi się przecież: „zapomnij i żyj dalej”. Tak się nie da?
– Nieprzetworzona trauma przypomina nam o sobie silnie i często. Odtwarza się w podobnych sytuacjach, przypominają nam o niej zdarzenia, obrazy, zapachy. Męczy ciało somatycznymi reakcjami – wtedy chorujemy. Nie chodzi o to, żeby zapomnieć, tylko odkopać – zdesensytyzować i poukładać na nowo to wydarzenie. Znaleźć dla niego miejsce i myśleć o nim, kiedy chcemy, bez przymusu odtwarzania tego bólu. Jeśli uda się traumę przetworzyć, to pamięć o wydarzeniu stanie się częścią naszej historii, a nie natrętnie powracającą przeszłością, która nami zarządza. Traumy to bolesne zdarzenia, które pomagają nam się rozwijać.

Joanna Drosio-Czaplińska, psycholog, terapeuta EMDR. Zajmuje się życiowymi kryzysami, szczególnie tymi związanymi ze stratą – rozstaniem, żałobą, niepłodnością. Prowadzi warsztaty i wykłady psychoedukacyjne. Autorka książki „Jestem tatą!” – wywiadów z 12 mężczyznami o tym, jak doświadczają swojego ojcostwa. Współtworzy Centrum Rozwoju Psychologicznego „Nasza Strefa”.

Dr Anna Rita Verardo – włoska psycholog, terapeuta i trener EMDR, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny i systemowy, członek Komisji Europejskiej EMDR ds. dzieci i młodzieży. Pracowała m.in. z ofiarami katastrofy statku Costa Concordia. Prowadzi prywatną praktykę w Rzymie, szkoli i superwizuje europejskich terapeutów EMDR. Jest współautorką książki o tym, jak wspierać dziecko po śmierci rodzica „Ciebie już nie ma, a mnie jest smutno i źle”.

EMDR* – Eye Movement Desensitization and Reprocesing, czyli „odwrażliwianie za pomocą ruchu gałek ocznych”, to metoda, która powstała na początku lat 90. Stworzyła ją amerykańska psycholog Francine Shapiro. Odkryła, że stymulacja gałek ocznych, czyli przesuwanie dłoni przed oczami pacjenta, który podąża wzrokiem za ruchem ręki, powoduje obniżenie poziomu lęku u ludzi, którzy przeżyli traumę. Metoda rozwija się dynamicznie dzięki neuronauce i wiedzy dotyczącej wydarzeń traumatycznych wpływających na pracę mózgu. Metodą EMDR pracuje się również z dziećmi w sytuacjach okołorozwodowych, gdy doświadczyły przemocy, po śmierci jednego z rodziców lub rodzica w depresji albo nałogu. Metoda sprawdza się w pracy z rodzinami adopcyjnymi.

Źródło: newsweek.pl
Znalezione na stronie: https://m.facebook.com/story.php?story\\_fbid=2794360350821372&id=1425988187658602

 

Gruba ryba1piorunów

A ja się dla odmiany nie zgodzę. Rodzice czasem zajebali mi klapsa albo pasem przez pośladki i to za⁎⁎⁎⁎ście mocno. Może pewnych rzeczy bym się inaczej nie nauczył, bo zdarzało się to tylko przy nagminnym popełnianiu tych samych błędów. Nie twierdzę też że to dobra metoda wychowawcza, ale starzy też byli tylko ludźmi dla których wychowanie dziecka było czymś nowym i jak każda nowa rzecz wymagająca od nas pełnego zaangażowania musiało być na jakimś etapie w końcu frustrujące.
I ogólnie chodzi mi nie o to by takie zachowania usprawiedliwiać, ale o to że mnie nie straumatyzowaly. Rozumiem z czego i jakich słabości wynikały i może dzięki temu nie popełnię niektorych ich drobnych błędów. Gdzie summa summarum starych mam mega super i może t z by tacy nie byli jak by nie przepracowali pewnych rzeczy "na produkcji"

Inspirator0piorunów

@koniecswiata Pieprzenie głupot przewrażliwionej paniusi i wrzucanie wszystkich do jednego wora, aby pasowali do schematu, że zdrowy może być tylko ten, kto spełnia jakieś określone kryteria. Gdzie w tym ludzka różnorodność?
Jednak może być tak, że pomimo niespełniania wielu kryteriów można znaleźć swoje miejsce na przykład w izolacji od innych, pomimo tego, że wmawia się to, że człowiek jest zwierzęciem stadnym i nie może żyć w osobności, jak inne zwierzęta (a właśnie, że może!).

Pokaż więcej komentarzy (22)

Gruba ryba

w Hydepark

28piorunów

   

TLDR: Dzisiaj swobodniej. Pogadajmy o lęku.

15.
Chciałam poruszyć znacznie poważniejszy temat, który wkręca mi się w głowę od jakiegoś czasu, ale czuję że nie mam gotowości w sobie, aby popełnić wpis bez otwierania kolejnych ran. Skupię się na tym co rejestruję od jakiegoś czasu w sobie. Chodzi mi o lęk, strach, paranoje, tacy moi Ich Troje.

Długo nie dochodziło do mojej świadomości jak lękowym jestem stworzeniem. Przecież doświadczałam tak wiele okrucieństw. Musiałam się zahartować, po coś to wszystko znosiłam. Tyle że k⁎⁎wa nie! Dziadostwo się magazynuje i albo doprowadza Cię w skrajności do paranoi, albo do dysocjacji. Ja bywałam bo obu stronach. Z dwojga złego wolę to drugie. Wyłączasz się, nie odczuwasz emocji, bodźców zmysłowych z zewnątrz, ciało się zamraża, czas leci - dużo plusów. Z wad to omijanie przystanków, wybiórcze amnezje i fugi pamięciowe, ryzyko podczas jazdy samochodem i ogólne poczucie wyrwania z kontekstu. Dysocjacja jest zjawiskiem, kiedy układ nerwowy nie daje sobie rady z poziomem stresorów. W reakcji obronnej wyłącza wyższe funkcje skupiając się na potrzymaniu tych głównych, w celu wypracowania odpowiedniej strategii na zagrożenie - zamrożenie/ucieczka albo walka. W skrócie schodzę do poziomu takiego przeciętnego żuka.

Mogłabym powiedzieć, że większość życia czuję strach. Głownie strach, przeplatany krótkimi epizodami odwagi. Nawet nie wiem co napisać. To tak boli. Boję się świata, boję się ludzi i boję się siebie.

Wrócę do tego, dzisiaj nie mam odwagi. Znowu.

Lider2piorunów

Z tym hartowaniem się poprzez doświadczenie złych rzeczy. Słynne: co cię nie zabije, to cię wzmocni. Działa to tylko wtedy jeśli człowiek jest odpowiednio nastawiony i traktuje przeciwności losu jako wyzwania.
W innym razie złe doświadczenia kumulują się, aż w końcu człowieka złamią, niestety.

Ciekawy opis dysocjacji, nie spodziewałem się, że nasz organizm może zadziałać w ten sposób.

Na spokojnie, napiszesz więcej jak będziesz na to gotowa i miała taką potrzebę. Moim zdaniem i tak masz w sobie dużo odwagi, żeby umieszczać te wpisy.
Trzymaj się i dobrej nocy życzę

Pokaż więcej komentarzy (25)

Gruba ryba

w Przemyślenia

16piorunów

Co zrobić w sytuacji kiedy wszystko jest przeciwko Tobie? Ty albo ktoś Tobie bliski właśnie umiera albo jest ciężko chory? Co zrobić kiedy właśnie straciłeś pracę a masz kredyt i rodzinę na utrzymaniu? Co kiedy nie widać wyjścia z sytuacji? Musisz zachować spokój. To jedno powinieneś zrobić, zwłaszcza kiedy brakuje innych opcji.   

Pokaż więcej komentarzy (13)

Gruba ryba

w Hydepark

32piorunów

TLDR: Podziękowanki i luźne gadanki.

14.
Na samym początku chciałam podziękować za tak ciepły odbiór mojego poprzedniego wpisu (link w komentarzu). Trzy dni pieściłam treść, aby przez kolejne trzy zastanawiać się, czy warto się tak uzewnętrznić, i czy przypadkiem nie narobię sobie i/lub innym niepotrzebnych przykrości (no może poza osobami, których uderzył ścięgniasty wtręt, soraski). Poszłam na żywioł, dzięki czemu dowiedziałam się, że moje obawy były całkowicie bezpodstawne. Wiem, że poza indywidualnym nastawieniem użytkowników, to również zasługa tego, że mimo wszystko Hejto stara się być społecznością zgoła inną niż mirkowe piekiełko prześciagania się w agresywnym śmieszkowaniu. Cieszy mnie to bardzo, bardziej niż pewnie podejrzewacie.

Pragnę też napisać dotychczasowym i nowym czytelnikom Fafalalowego tagu o ryciu sobie bani, że nie zawsze będą takie fajerwerki jak ostatnio. Często będę po prostu gadać o swoim żyćku, próbując zebrać w słowa to co mi leży na sercu. Nie chcę próbować sprostać zbyt dużym oczekiwaniom nastawionym na wyścigi, wybuchy i lejącą się posokę (chociaż o tym ostatnim to jeszcze pewnie coś napiszę).
Licze, że przybędzie Was więcej, bo zawsze miło jak ktoś zareaguje na moją prace, oraz że zostaną Ci, którzy do tej pory dzieli się że mną swoją uwagą pod poprzednimi postami. Również Wam za to dziękuję. Moze nie wyglądam, ale zależy mi na poznaniu innych, a właściwie Waszych światów. To zawsze miało dla mnie duża wartość w życiu.

No to tyle na dzisiaj. Post czysto organizacyjny, ale wciąż ważny. Zwłaszcza dla osoby, która większość życia poświęciła na spełnianiu oczekiwań innych - mam na myśli zarówno te rzeczywiste, jak i urojone przez moje skrzywdzone ego.

No dobra to wszystko. Miłego dzionka wszystkim. Peace!

Tytan1piorunów

Bardzo fajnie że piszesz, osobiście się trochę utożsamiam z tym co piszesz na swoim dzienniczku i myślę że potrafię Cię zrozumieć. Oczywiście zostaję tu i piorunek przesyłam. Udanego dzionka

Pokaż więcej komentarzy (14)

Gruba ryba

w Hydepark

70piorunów

TLDR: Uzależnić się można od wszystkiego, nawet od ranienia siebie. Zapraszam wszystkich, który nie boją się dłuższych czytanek.

UWAGA! W poście wstawiam zdjęcie z aktu samouszkodzenia jako NSFW. Nie polecam zaglądać osobom wrażliwym na krew. Jakby co otwartych ran nie widać. Wiem, że nie muszę go wstawiać, ale chcę. To była cześć mojej rzeczywistości i pragnę pokazać to takim jakim było, jak ja to widziałam. To trudny wpis dla mnie, ale może być również dla osób, które mierzą się z podobnym problemem. Jak nie masz gotowości nie czytaj, nie oglądaj. Wiem jak to na mnie działało, gdy byłam w emocjonalnym limbo - jak wyzwanie. Jeżeli to co przed chwilą pisałam jest o Tobie, to posłuchaj: poszukaj pomocy, serio. Jakby co to pisz do mnie, coś wykombinujemy razem.

13.
Pierwszą ranę zadałam sobie w wieku 12 lat. Nawet nie wiedziałam z czym to się wiąże i jak to się nazywa. Przyświecała mi jedna myśl: mam zdecydowanie zbyt mało ran na ciele. Dopiero parę lat później, dzięki "barwnej" subkulturze emo zyskałam świadomość dotycząca autoagresji. Można powiedzieć, że zaczęłam się ciąć, zanim stało się to modne.

Na początku na nogach, płytkie, szybko gojące się. Tak aby tylko poczuć adrenalinę, kontrolę i spójność z bólem psychicznym. Z czasem tych płytkich robiło się coraz więcej. Stopniowo przestało starczać miejsca. Do próby s. tylko raz, ŚWIADOMIE poszukałam wsparcia u innych. Pokazałam rany najbliższej w tamtym momencie koleżance, trochę od niechcenia, trochę demonstracyjnie, jak na niestabilną czternastkę przystało. Nie spotkało się to z żadną reakcja, i w sumie się nie dziwię - obie byłyśmy wciąż dziećmi. Ja bez zaufania do kompetencji dorosłych, a ona z zupełnie innego świata gdzie nawet ciężko było poczuć wagę problemu.

Później już poszło. Lawinowo. Z nóg na ręce, z rąk na brzuch, z brzucha na stopy, dłonie. Gdzie się dało, gdzie było miejsce. Aż dziw bierze, ile na tym czasu można było spędzić. Gdy myślę o mojej desperacji mam tylko jedno w głowie, dżizus k⁎⁎wa ja pi⁎⁎⁎⁎le! Rany stawały się coraz głębsze, bardziej bezczelne. Ja nawet nie wiem jak mogłam to sobie robić, na to wszystko patrzeć. Tłuszcz, żyły, mięśnie, ścięgna i inne równie finezyjne tkanki. Zdecydowanie to nie jest coś z czym miło się obcuje. Tolerowałam to, ale nie akceptowałam. Sporadycznie pojawiało się zagrożenie życia, lub zdrowia ale umiałam sobie z tym radzić. Mam czarny pas w samoopanowaniu ran, chociaż tyle z tego. Poradziłam sobie nawet w momencie, gdy ujebałam sobie ścięgno w nadgarstku. Do dzisiaj pamiętam, że strzeliło jak gumka w majtach. Osobliwe uczucie. Długo nie mogłam ruszać palcami prawej dłoni, ale nadal nie skłoniło mnie to do zgłoszenia się po pomoc. Ogółem było chujowo, ale chujowo.

Nie chciałam robić rozpiski z obrzydliwości jakie można dostarczyć swojemu ciału, ale chcę abyście poznali granice desperacji, nienawiści do siebie i zrozumieli, że autoagresja to nie tylko moja przyjaciółka żyletka. Zresztą te wpisy mają być moim katharsis, bez tabu, bo czy tego chcę czy nie, to było i już nic z tym nie zrobię. Poza cięciem skóry, potrafiłam sobie ją wycinać, opalać, zarówno ogniem jak i chemicznie (najgorsza rany do gojenia ever), wyrywać paznokcie, truć się lekami, jedzeniem, rozdrapywać skórę, czy stawiać sobie zadania typu "uderzę dłonią w ścianę 500 razy" iiii... robiłam to, pomimo że po 300 uderzeniu spod opuchlizny już ciężko było dostrzec jaka to w ogóle część ciała. Jakie życie, taki challenge. Do obecnej siebie mam tylko jedno, fundamentalne pytanie: jak było mnie na to wszystko stać, by być tak podłym i zdeterminowanym w niszczeniu siebie?! To bolało, tak strasznie bolało, ale chyba nie umiałam sobie inaczej radzić. Moje ciało, zawsze było elementem dostarczania bólu i cierpienia, jak nie przeze mnie to innych. Nigdy nie byłam nauczona szacunku do własnego, mięsnego robota.

Tajemnica poliszynela, bo inaczej nie umiem tego nazwać jak przez ostatnie 1,5 roku przed niżej wspomnianym wydarzeniem już się w ogóle nie odsłaniałam. Nie ważne czy było 40 stopni i byłam nad morzem, czy był wf. Odmawiałam również pójścia do lekarzy, mimo że już miałam w tamtym czasie znaczące problemy zdrowotne. Z samych sposób ukrywania ran na ciele mogłabym zrobić drugi, równie rozległy wpis ale oszczędzę tego Wam i sobie.Teraz mam pewność, że tylko osoba, która bardzo nie chciałaby sobie czegoś uświadomić nie stawiałaby pytań. A tak! Tajemnica wydała się po 5 latach mojej gehenny, wraz z próbą s. gdzie mama znalazła mnie zatrutą lekami w kałuży krwi. To było jedno z 3 najgorszych doświadczeń w moim życiu. Jeszcze nie umiem o tym mówić, albo nie chce.

Później leczenie, diagnoza, próba wyjścia z tego bagna. Obłudą dla mnie jest myśl, że znaczne problemy w samym sobie potrafią się rozstrzygnąć w jednej chwili, tylko wystarczy dostatecznie mocne pierdolniecie. Nadal po tym dokonywałam samouszkodzeń, ale było już ciężej się chować. Ja też już się zmieniałam. Zaczęłam dostrzegać mechanizm w swojej głowie, który mówił: Hej koleżanko, masz problem? Potnij się! Niczym hasełko reklamy jakiegoś cudownego leku. Czasami podawałam się tej myśli, czasem nie. Tak sobie radziłam, ale im bardziej się stabilizować i im mniej hormonów uderzało do mojej głowy, tym łatwej było zapanować na tym popędem, ale wciąż nie do końca. Potrafiłam w nocy przez sen drapać ręce powtarzając: muszę się pociąć, muszę się pociąć. Ręce fantomowo świerzbiły mnie, skręcały i piekły. W 2016 roku, gdy napięcie sięgało zenitu, co wzmagało chęć sięgnięcia po "sprawdzone" sposoby, zgłosiłam się na terapię poznawczo-behawioralną. Wprost powiedziałam terapeutce, że nie chce zajmować się niczym innym niż próbą zmiany tego wadliwego konstruktu myślowego i tak też zrobiliśmy. Po pół roku ciężkiej i momentami bardzo dziwnej pracy wyszłam wolna. Bardziej zdolna do szukania innych sposób radzenia sobie z trudnymi emocjami i działało to! Przez długi czas ciążyły mi tylko blizny.

Wytrwałam do 30 roku życia, bo w życiu nic nie trwa wiecznie. Trzeba być czujnym, wytrwałym i mądrym, ja widocznie taka nie jestem, albo lubię sięgać po sprawdzone sposoby. Zdaje sobie sprawę, że to proste i trudne zarazem. Zresztą kto był kiedykolwiek od czegoś uzależnionym wie, że nigdy nie jest się w pełni bezpiecznym. Czytelniku, dziękuję za poświęcony czas i chcę dodać, że pomimo takiego mało pozytywnego zakończenia to jestem nadal w procesie terapeutycznym i pod opieką psychiatryczną. Nadal walczę, by było lepiej i Wam też polecam zmierzyć się ze swoim uzależnieniem. Nie ważne jakie jest. :smiley:

Fanatyk0piorunów

Bardzo ci współczuję zarówno problemu jak i tego co do niego doprowadziło. Sama mam bezpośrednie doświadczenie z tym gównem ale nie w takiej skali.
Trzymaj się mocno!

Gruba ryba2piorunów
Na początku na nogach, płytkie, szybko gojące się. Tak aby tylko poczuć adrenalinę, kontrolę i spójność z bólem psychicznym.

@Fafalala zdecydowanie brakuje w tym wpisie informacji co powodowało ten ból psychiczny. 12 lat to jeszcze nie okres burzy hormonów. przez cały wpis miałem nieodparte wrażenie, ze te chlastanie się to tylko wierzchołek, wartstwa zewnętrzna. Odreagowanie jakiegoś innego problemu, z którym sobie od dziecka nie radzisz, więc wyżywasz się na sobie. co tam się stało? rodzice cię nie zauważali? ktoś cię skrzywdził w jakiś sposób?

Pokaż więcej komentarzy (52)

GURU

w Hydepark

3piorunów

Siema hejto, od 3 tygodni nic nie sprawia mi radości, jestem zmęczony, najchętniej to bym spał,

Ani pograć, ani muzyki posłuchać nawet z zona mi się nie chce nic robić

Myślicie ze to wina tej k⁎⁎wy jesieni czy mam jakąś depresje

Bo zaczynam się martwić Nic mi nie sprawia radości 0 null

 

Pokaż więcej komentarzy (14)

Gruba ryba

w Hydepark

14piorunów


TLDR: Gdy jest zbyt długo dobrze, to jest niedobrze.

12.
Ogółem z długotrwałym chorobami i zaburzeniami psychicznymi jest jeden, fundamentalny problem utrudniający leczenie. Gdy jest się już długo po⁎⁎⁎⁎nym i w sumie pojebanie robi się pewnego rodzaju normą, to zaczyna się robić dziwnie jak jest względnie dobrze. Głowa zaczyna świrować w nowej rzeczywistości.

Istnieje coś takiego jak tęsknota za depresją. Brakuje Ci z czasem głębszego odczuwania, wrażliwości, poczucia uwagi innych, tego że jak już jesteś na granicy życia i śmierci, to nie ma potrzeby się mocniej starać i takie trochę wyjebongo. Takich aspektów jest znacznie więcej. Można to też ująć tak: zajrzało się do samego piekła i nie bardzo chciałby się tam wracać, ale w sumie ciepło było. ¯\\(ツ)/¯

Mam specyficzny problem z określaniem własnych potrzeb. Gdy słyszę od terapeutki, co mogłaby mi dać podczas tej sesji dostaje świra. Biegam rozgorączkowana w tej swojej głowie szukając danych. Niby wiesz co można powiedzieć, ale wstyd i poczucie bezsensu w komunikowaniu tego blokuje Cię na tyle skutecznie, że w ostateczności milczysz. I się robi dziwnie, przynajmniej dla mnie. Gdy większość życia bliscy ignorowali komunikaty o Twoich potrzebach, zaczynasz dostosowywać się do tego iiii... milczysz, czując wstyd, że w ogóle śmiesz śmiać potrzebować czegoś od świata. Pani Alicjo, chyba chciałam usłyszeć, że nie jestem taką kupą gówna za jaką się uważam i coś jeszcze ze mnie będzie.

BTW. W uj wali tymi świeczkami. Miało być romantico, a czuje się jak w luksusowym zakładzie pogrzebowym.

Mistrz1piorunów

Skąd ja to znam... Ale no całkiem serio mówię: schodzi epizod manii, zaraz wejdzie epizod depresji. Zapnij pasy

Pokaż więcej komentarzy (37)

Gruba ryba

w Hydepark

14piorunów

TLDR: Zakręcona, zakręcona... I zmęczona.

11.
Nie mogę się skupić. Moje myśli gnają w co najmniej pięciu różnych kierunkach. Chcę oglądać filmiki psychologiczne. Ucz się ucz, bo wiedza to potęgi klucz. 20 minut szukania, ale w końcu mam. Nawet ciekawy materiał, ale zanim się zorientuje już puszczam filmik gameplayowy: "ALL RIGHT EVERYBODY, WELCOME BACK TO ANOTHER VIDEO. TODAY, WE'RE PLAYING JANNA IN THE MID LINE..." Znów się nudzę. Poczytam komentarze w międzyczasie. O! Jeszcze to miałam zobaczyć. Nie kończę kolejnej rzeczy, już jestem w przeglądarce. Konieczne muszę zobaczyć rodzaje skorpionów heterometrusów. Mam nową fazę. Papierosek, jeszcze papierosek, koniecznie. Bez papieroska się nie liczy. O cholera, krostka. Zostawiam wszystko, muszę wycisnąć. W międzyczasie wpadam na pomysł, aby wrócić do malowania. Kurde, ale mi się chce. Muszę już malować. Zanim się za to wezmę, zdążę kupić że dwa komiksy. Natchnęło mnie. Zawsze je chciałam. C⁎⁎j, że nie mam kasy, ale ja mam ochotę kupić te komiksy. Przecież po coś pracuje. Sprawdzam czy można je odebrać za godzinę w empiku. Cholera muszę czekać dwa dni, przecież mam na nie ochotę już teraz. No cóż...zjadłabym wrapa z maka! Daleko nie mam. Podjadę. Zapierdzielam autem jakbym miała swój epizod w Szybkich i Wściekłych. To był dobry ruch. Miałam smaka na maka.
Wybija północ, godzina duchów. O 7 rano pobudka. Wypada się położyć, tylko zmęczenia ani widu ani słychu, czuje się jakby była 15. Włączę horror na usypianki, one zawsze jakoś przewrotnie mnie regulują. W trakcie sensu włączam grę. Nie wygrałam, wkurwiam się. Odinstalowuje. Nie mam do niej cierpliwości. A co tam się w ogóle w tym filmie dzieje... kurde, po ile ten heterometrus był?! Muszę sprawdzić. Znowu się w to wtapiam. O 2 w nocy wybieram terrarium. Jakoś ogarnę kasę. Znów ten moment, papierosek! Nie finalizuje zakupu. Dobra, będzie lipa jutro. Spróbuję zasnąć. Kładę się. Myśli zapierdzielają w ciszy jeszcze bardziej: to miałam zrobić i jeszcze to, może do grania na ukulele wrócę, mam ochotę wstać i grać. Ciężko mi się powstrzymać, ale nie ma opcji, powściągnij konie pannico. Twój chłopak słodko śpi już od godziny. Dobraaaa, to co teras?? Włączę sobie audiobooka, to nie będę musiała siebie słuchać. Już wiem, że w tym stanie spokojnie mogłabym odpuścić sobie próby zasypiania i zacząć, baaaaardzo powoli ogarniać się do pracy. Cholera, za głośno, za cicho, znów za głośno agrhhh. Okej, już i tak się nie wyśpie. Za ciekawa ta ksiażka, przestawiam opcje zasypiania z 30 minut na godzinę. Boję się, że za wcześnie się skończy i znów będę skazana na pastwę własnej, szalonej inicjatywy. Już nawet nie chce patrzeć na zegarek. Kręcę kółka łóżku, powtarzam w sekwencji: plecy, lewe ramię, brzuch, prawy bok i cyk! Znów na plecy. Świadomie robię tak z pięć razy, później powoli odpływam. Wyłącznie z wycięczenia. To już taka 3 noc. Już nic nie słyszę, już nic nie czuje. Uf, udało się, nie powiem że było łatwo. Tyle z tym roboty. Najchętniej odpuściła bym sobie spanie.

Specjalista1piorunów

@Fafalala Jak przestaje działać mózg, to zaczynasz od diety... i nie chodzi o jedzenie mniej, czy jedzenie warzyw i tym podobne pierdoły. Mózg może się odżywiać z dwóch źródeł energii, tj z glukozy lub ciał ketonowych. Jeśli masz w diecie wszelakie cukry to możesz być pewna, że dostaje energię, która go psuje. Diety niskowęglowodanowe są sposobem, aby twój mózg w końcu dostał energię z ketonów, czyli paliwo którego potrzebuje i za którym u ciebie może tęsknić. Dodatkowo częstym błędem jest stosowanie zbyt niskiej ilości cholesterolu. Mózg to prawie sam cholesterol i cholesterolu nie może brakować w diecie. Tłuszcze zwierzęce są potrzebne do życia. Człowiek jest mięsożercą, a w czasie ewolucji dostosował się jedynie do jedzenia pewnych pokarmów roślinnych, aby okresowo przeżyć gdy główne źródło pokarmu jest niedostępne. Jest jednak tryb awaryjny, który nie będzie działał na dłuższą metę. Często też taką dietę łączy się z postami lub postami przerywanymi i co jest charakterystyczne to wielki spokój i skupienie. To jest stara metoda, używana przez łowców, z czasów kiedy człowiek polował i musiał czasem w krzakach przesiedzieć kilka dni, a później używana przez filozofów, myślicieli itp. Nie znajdziesz większego spokoju i stabilności emocjonalnej jak podczas kilkudniowej głodówki.

Pokaż więcej komentarzy (18)

Gruba ryba

w Wojna wna Ukrainie

48piorunów

kacapy kacapom zgotowały ten los...
 na pełnej k⁎⁎⁎ie.
¯\\(ツ)/¯
https://streamable.com/abmtpu

więcej:
https://x.com/PStyle0ne1/status/1724412154789458010?s=20

    

GURU12piorunów

Instalują im miłość do putina i matuszki rassyji. Pewnie za mało przykładali się do kopania dołu.

Pokaż więcej komentarzy (7)

Gruba ryba

w Hydepark

26piorunów

TLDR: Kiedy chce napisać coś mądrego, ale w sumie chyba nie umiem. Jestem za szczęśliwa.

Chciałabym dać jakaś tęgą rozminę. O wartościach, pragnieniach, aspiracjach, marzeniach, cierpieniu, czy wstydzie. Bądź w skrócie: o życiu i śmierci. Tyle że mój nafazowany radością życia mózg, nie jest w stanie wejść głębiej niż w to, że pomimo wielu rzeczy które mnie bolą (często nawet nie wiedzieć czemu) i momentami tak bardzo mi się nie chce, to w sumie i tak jest spoko. Tak po prostu. Dam radę. Go get them Ash!!

Jezeli ludzie mają tak większość życia. Taką nie zaburzoną perspektywę ukierunkowaną na samozniszczenie, oczywiste wydaje mi się, że osiąganie celów i nadanie sobie kierunku jest znacznie prostrze. Miło jest, gdy grawitacja nie działa trzykrotnie bardziej niż powinna. To wręcz wspaniałe.

Nie chce moralizować, nie chcę dawać nadzieji, że może być lepiej. Tak wiele razy moje "lepiej", szybko potrafiło przerodzić się w "chyba lepiej", chwilę potem w "bywało lepiej", by na końcu otrzymać w tej popierdzielonej hormonalnej matmie ostateczny wynik "zdecydowany koszmar". Sama się już nie łudzę, że tak zostanie. Ot, taka szalona dynamika mojego losu.

Tak czy inaczej, miłego dnia czytelniku i pamiętaj: dobrze, że chociaż przez chwilę możemy poczuć się ok.

Autorytet3piorunów

Mój największy życiowy problem to brak problemów ;—;
Jak pan profesor Teodor Kaczyński napisał, aktywności surogackie.

Pokaż więcej komentarzy (10)

Mocarz

w Ciekawostki

14piorunów

mapa chorób psychicznych z czynnikami na nie wpływającymi
    

Pokaż więcej komentarzy (7)

Gruba ryba

w Hydepark

11piorunów

TLDR: 9 na 10 dentystów poleca od czasu do zrobić sobie detoks dopaminowy.

9.
Jestem tak zajęta życiem, że nawet nie mam czasu zastanawiać się nad tym jak się czuję, a tym bardziej próbować to ulepić w mniej lub bardziej zgrabne słowa.
Chcę odzyskać kontrolę nad swoim życiem. Tak bardzo, bardzo. Jak teraz się nie uda, to ja nie wiem co to ze mną będzie.
Terapeutka próbuje mnie przygotować na spadek nastroju. On nadejdzie, a ja musze umieć sobie z nim poradzić.
Mam tak wiele rzeczy do zrobienia ze sobą, że nie wiem od czego zacząć.
A raczej chyba wiem. Od rutyny. Rutyna dobra sprawa, zwłaszcza jak Twoje życie plecie się bez ładu i składu z dnia na dzień. Dlatego też próbuje wrócić do książek. Jest ciężko, bo myśli uciekają i sugerują aby zrobić coś zupełnie innego. Mocniejszego, łatwiejszego, bardziej dopaminowego. Już nawet staram się nie wkurzać na siebie, jak przelecę parę stron bez świadomości treści. Chodzi o zmniejszenie ilość bodźców. Stresuje się na samą myśl pozostania że swoimi myślami sam na sam. Tak usilnie od wielu lat próbuje je zagłuszyć.

Pokaż więcej komentarzy (4)

Kosmonauta

w Psychologia

9piorunów

Tldr
Ludzie z silnym poczuciem miłości i przynależności wierzą, że są warci miłości i przynależności "whole-hearted people".
Wspólny mianownik "whole-hearted people":
- ODWAGA bycia szczerym kim jest się naprawdę, bycia prawdziwym i niedoskonałym, odwaga by wierzyć, że jest się wystarczającym,
- WSPÓŁCZUCIE dla siebie, a co za tym idzie dla innych,
- PODATNOŚĆ NA ZRANIENIE akceptacja, że to koniecznie mimo, że nie jest to komfortowe (ani też rozdzierające); np. akceptacja swojej bezbronności na zranienie przez innych, ale mimo to gotowość do działania, kiedy nie ma żadnych gwarancji, do inwestowania w związek, który może, ale nie musi się udać, do powiedzenia jako pierwszy/pierwsza "kocham cię", do kochania całym sercem, nawet jeżeli nie ma żadnych gwarancji.

Ten ostatni kawałek jakoś tak mi bardzo zarezonował, bo myślę, że to jest bardzo trudne i trzeba mieć dużo odwagi, żeby pomimo tego, że jesteśmy często mocno poturbowani przez życie i innych ludzi, wychodzić z otwartymi ramionami do nich i być otwartym na doświadczenia. Ale rozumiem mądrość płynącą z tego przekazu, że jeżeli zamkniemy się w skorupce, to być może nie będziemy tak bardzo wrażliwi na odczuwanie nieprzyjemnych emocji, ale też nie będziemy mieć dostępu do odczuwania radości, miłości, ekscytacji, czyli będziemy martwi za życia.
Zapraszam do dyskusji.
  

https://youtu.be/iCvmsMzlF7o?si=3TSNWjSGSAQwwhBE

Gruba ryba1piorunów

@koniecswiata ogólnie spoko ale to całe "kocham cię"... No niestety ale to hasełko w dzisiejszych czasach ogólnie jest dosyć bezwartościowe, wyświechtane I tanie.

Nie wyobrażam powiedzieć komuś, że go kocham jeżeli nie znam danej osoby przez co najmniej rok, uczucie wcześniej to jest zauroczenie.

Z mojego doświadczenia to kobiety nie chcą poznać kogoś tylko właśnie jak tylko znajdują kawałek miejsca w przyjaznym sercu to są tak zdesperowane, że gdy widzą trochę miejsca to chcą całe to miejsce upolować, na raz, od razu zaś to nie do końca tak działa. Miłość zaczyna się wtedy kiedy wygasa pasja, ja w sobie mam pasji sporo stąd minimum aż rok.

Zresztą ten amerykański slang, "inwestowanie w związek", wszystko przechodzi tym cholernym kapitalizmem. W związek się po prostu wchodzi i się w nim uczestniczy. Ja nie inwestuję swojego czasu czy uwagi, bo to by oznaczało, że to robię właśnie z premedytacji i czystej kalkulacji tak jak gdy patrzę na wartość akcji firmy w Indiach. Po prostu daję i tyle.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Fenomen

w Hydepark

39piorunów

Gruba ryba23piorunów

@Dudleus
Świetna metafora terapii. Czasem można do tego stanu dojść samodzielnie, ale nie zawsze się udaje.
@redve
Nie zrozumiałeś kompletnie

GURU15piorunów

@redve Po terapii, znasz swoje strachy, lęki i cały ten syf który masz w głowie. Ale rozumiesz co się stało i nadal się dzieje. Idziesz przez życie w poczuciu świadomości, z jakiego powodu masz swoje zaburzenia. I już się nie boisz. Metaforycznie to „lęk” jest już Twoim kumplem. Nie jest już zagrożeniem, bo go zrozumiałeś.
Zrozumiałeś?

Pokaż więcej komentarzy (12)

Fenomen

w Hydepark

1piorunów

Jak to jest, że mając pozytywne nastawienie osiąga się same sukcesy a z negatywnym nastawieniem same porażki?
 

GURU3piorunów

@Dudleus mając negatywne nastawienie też osiąga się sukcesy, tylko trudniej je dostrzec. Bez przerwy się je podważa i nie traktuje się ich w tych kategoriach.

Autorytet3piorunów

To też trochę taki mit. Znam pełno osób z pozytywnym nastawieniem co wtopiło całą kasę życia w gówno inwestycje, bo przecież musi się udać, a też sporo co negatywnie patrzyło na rzeczy i ominęło te problemy.
Tylko w mediach widać tylko zwycięców o porażkach się nie mówi.

Pokaż więcej komentarzy (14)

Fenomen

w Hydepark

1piorunów

Jasna piwonia....
...jestem nastolatkiem? ಠ_ಠ
https://www.uzaleznieniabehawioralne.pl/siecioholizm/dlaczego-gry-online-uzalezniaja/
Polecam przeczytać niezależnie od wieku (2 minuty czytania)
  
Pozdro

GURU4piorunów

@dolchus bardziej jaj gry uzaleznia spolecznosc i jej uwarunkowania, kiedy grałem w destint 2 ogarnalem sobie grupe ludzi podobnie skrzywionych na punkcie tryhardingu jak ja i sobie mlucilismy codziennie od 18 do 2 w nocy grindujac aby byc w top 50 wszystkich speedrunow

Bylo za⁎⁎⁎⁎scie. Jak sie ekipa posypala to sprzedalem konto wpizdu bo samemu to nie zabawa

Potrafiłem pozniej usiasc do elden ringa na 160h bity tydzien nolifu ale tak to jakos nie ma weny na granie

Pokaż więcej komentarzy (8)

Gruba ryba

w Hydepark

9piorunów

TLDR: Tym razem to nie jest długi wpis, jak chcecie to przeczytacie. ¯\\(ツ)/¯

8.
Dzisiaj krótko, bez puenty, morali, górnolotnych wniosków. Po prostu dam znać jak się nie czuje. :)

Na pewno nie czuje się zmęczona.
Na pewno nie czuje się nieszczęśliwa.
Na pewno nie czuje się zdemotywowana.
Na pewno nie czuje się bez celu.
Na pewno nie czuje się źle.
Na pewno nie czuje się stabilnie.

Dziwny jest ten stan. Dziwny. Głównie przez pryzmat ostatnich miesięcy gdzie czułam, że mogłabym wzrosnąć w łóżko. Kiedy cicho modliłam się o poważny wypadek komunikacyjny i kiedy próbowałam się zagłodzić. Pojabane to wszystko. Oszaleć można.

Mistrz2piorunów

Depresja tak działa. To nie jest bycie smutnym czy coś. To całe spektrum emocji, odczuć i reakcji organizmu. Ona po prostu całkowicie odmienia człowieka

Pokaż więcej komentarzy (4)