Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#fafasiezaburza

Gruba ryba

w Hydepark

52piorunów

TLDR: Pizganie, smakowanie i wszystkiego wpierdalanie.

65.
Chcę się podzielić opowieścią z najlepszego gastro w moim życiu. Po co? Nie wiem, o tak o. Myślę że to zabawne. Zresztą to co przeczytacie jest wiadomością, która wysłałam do swojego Niebieskiego więc właściwie tekst gotowy, mam fajrant i pora na CS'a. Dajcie mi znać, czy mieliście kiedyś takie gastro, że pamiętacie je do dzisiaj. XD

"Trochę się naciumkałyśmy z T. Miałyśmy tylko jedną paczkę ciastek. Wzięłam te pyszne, biszkoptowe z Milka. Zjedzone. Były przecudowne, jakby aniołek dawał tysiące całusków w podniebienie.

Gastro nie mija. Godzina późna, ale znajdujemy Biedronkę otwartą do 22 na tym wypizdówku. Boże, dziękuję za Twę dobroć! Zamiatamy jakbyśmy brały udział w Wielkim Marszu. Ekscytacja poziom milion, aż szykujemy strategie, aby jak najszybciej obskoczyć półki. Klaszczemy i podskakujemy jak drzwi rozsuwają się przed nami. W sklepie przed półkami dyskusje nad produktami niczym na debacie. Od tego zależy nasze życie. Nasz dobrostan psychiczny. Musiałyśmy dokonać właściwych wyborów i skończyłyśmy chodząc wzdłuż półek, analizując chrupkość, miekkość i czekoladowość. Podkreślam, że wszystko co się działo nie miało charakteru ironicznego.

Po bardzo koślawym korzystaniu z kasy samoobsługowej wracamy z pełnym plecakiem i bagietką czosnkową w ręku do hotelu wzdłuż deptaku. Wyposzczone uznałyśmy, że w sumie tak po jednym ciasteczku to nie zbrodnia. Jak podekscytowanie gówniaki co ukradły plecak koledze aby mu 20 zł zakosić, tak i my otwieramy nasz słodyczowy skarbiec. Siedząc na ławeczce przy jakimś zalewie, dosiegnełyśmy poziomu doznań smakowych najlepszych kucharzy. Wszystko po kolei próbowałyśmy, odkrywając tę paletę tonów i form smaku. W końcu zrozumiałam, jak to jest widzieć w produktach pojedyńcze nuty, które w rękach mistrza potrafią zamienić się w niezapomnianą symfonie. Tak się skoczyło, że połowę zasobów na tej ławce owaliłyśmy. W końcu T. przypomniała nam o M., która czeka w hotelu. Czas wracać.

U nich w pokoju rozłożyłyśmy na podłodze całość tego co mamy. M. zamula w łóżku, nie płynie z nami na tej samej fali, więc jestemy tylko Ja, T. i One - skurwiele słodzone. Co to było! Łączyłysmy chrupki z ciastkiem, czekoladę z bagietką. Nie było żadnych uprzedzeń, tylko ciekawość i potrzeba nowych smakowych doznań. Czułyśmy nawet różnice w temperaturze (jak się zje ciastko piegusek z chrupkiem zielona cebulka, to chrupek robi się zimy, a ciastko wydziela ciepło) i nie wiem jak to się stało że byłyśmy w stanie tak samo to odczuć. T. wgryzała się w chrupka na bułce czosnkowej jak w najlepszego burgera. Na koniec szczerze dziękowałyśmy sobie za tą cudowną wieczerzę podając sobie ręce właściwie ze łzami w oczach. Niesamowita sprawa i cieszę się że choć raz mogłam przeczyć takie UltraTurboPlatiniumPremium Gastro."

PS Powtórzyłam później coś co mi mega smakowało, ale jednak bułka czosnkowa z czekoladą, to nie jest ta sama bułka czosnkowa z czekoladą co wtedy.

Pokaż więcej komentarzy (11)

Gruba ryba

w Hydepark

90piorunów

TLDR: Radość z bycia jak każdy i podziekowaniowy apel dla tych co już z nami nie smieszkują.

64.
Nie śpię, więc napiszę krótko jak tam u mnie względem głowy, bo już dawno nie poruszałam tego tematu, ani tutaj, ani w sobie.
Edit: skończyłam to pisać po 4 nad ranem i zasnęłam zanim wstawiłam. XD Oglądałam bardzo ładny świt nad miastem, ale to była cudowna symfonia barw, ale kontynuując...

Żyje sobie teraz jakby mnie ktoś posadził na taśmie produkcyjnej życia. Tak sobie sunę do przodu, a tu zbije pionę z kimś po drodze, a to długopis skręcę na szybciocha, jabuszko zerwę z drzewa. Patrzę przed siebie, lekko na boki aby jednak widzieć wiecej, ale wciąż do przodu.

Bałam się czegoś takiego, że będę wśród "normalsów" i te "normalsy" nie będą mogli zrozumieć moich "nienormalsowych" doświadczen i że to przygnebi ich, a mnie zabije i pozbawi ducha, który wciąż walczy. Uciekałam przed tym jak tylko mogłam, a gdy mnie posadzili na taśmie to pomimo chęci spróbowania, to nie wytrzymywałam długo uciekając w las z myślą o zniszeniu siebie, lub innych. No nic by to nie zmieniło w tamtym momencie, no nic - parafrazując klasyka.

To co jest wyżej, jest moim nastolatkowym przełożeniem lęku dostosowywania się, który współgrał z poczuciem wyjątkowości z powodu doświadczeń i rozmyślań. Wiecie "Oooo jesteś bardzo dojrzała jak na swój wiek". Bleh. Długo z tym toczyłam boje i nie dziwota, miałam sporo dystraktorów po drodze.

A teraz mi dobrze i sobie jadę uchachana. Jest spokój i kielkujaca świadomość, że ten nacechowany w duchu zazdrością "przeciętnizm" taki zły nie jest. Czuję, że mam ścieżkę po której mniej więcej wiem jak iść. To ścisły plan z dużą przestrzenią na komediową improwizację. Fajowo. Biorę razy dwa.

Czasem tam tylko mignie mi z tyłu, a to szpital, a to umieranie, a to przemoc, krzyki rany, upodlenie i inne takie takie, po których mnie ściska w klatce i zabiera wchech wraz z poczuciem świadomości. Lecz teraz czuję, wręcz wizualnie że się od tego oddalam. Ta treść zaczyna docierać do mnie z coraz większej odległości, a sytuacją tak daleką warto się mniej przejmować.

Chciałabym abyście też znaleźli sobie takie bezpieczne "normalsowe" ścieżki w życiu, zwłaszcza gdy znajdujecie się na etapie chaotycznego ganiania po ciemnym lesie z lekko działającą latarką i wykałaczką zamiast włóczni.

A i chciałabym napisać od siebie poza tematem, że bardzo mi smutno jak wielu z Was, dzięki którym właściwie po części jestem tu gdzie jestem, znika z portalu. Czasami wracałam do komentarzy pod wpisami, gdy znów chciałam odtworzyć pewne rozmowy, a tu buba, nima.
Nie oceniam i nie mówię, że jesteście tutaj uwięzieni, każdy wie jak wygląda dorosłe życie, ale tym komentarzem chciałam zwyczajnie wyrazić smutek z tego powodu, że Was już tutaj nie ma. Dziękuję za tak wiele wspólnie wymienionych komentarzy, że byliście, ubarwialiście, że chcieliście być przynajmniej przez jakiś czas w hejtobandzie.

Ode mnie prośbą taka, o ile nie będzie się to kłóciło z Waszymi potrzebami: jak nie musicie, to nie usuwajcie wszystkiego co stworzyliście w internetowym świecie. Bo wielu z nas Was pamięta i cześć tęskni w jakiś sposób, a otwierając pudełko wspomnień użytkownika PtysioMysio widzi w nim tylko pajęcze sieci, pomimo że wcześniej był tam bujny las szalonych pomysłów i cennych rad.
Pomyślcie o tym przyszli użytkownicy w kryzysie .

To wsio, dziękuję. Miłego dnia.

Pokaż więcej komentarzy (32)

Gruba ryba

w Hydepark

159piorunów

TLDR: Esencja bólu, ale czuję że z dobrym zakończeniem.

TRIGGER WARNING: Temat dotyczy wykorzystania s. dziecka, a wpis będzie topił się emocjach, jak to u mnie. Nie czytaj jak może Cię to zbyt mocno zoboleć. No nie warto.

63.
Dobra, będzie grubo. Rozmawiałam przed publikacją z partnerem, co on o tym myśli i słusznie stwierdził, że jak już pójdzie to nie będzie odwrotu pod wieloma kątami, więc myślałam, myślałam, myślałam nad treścią, własną motywacją i słusznością mojego działania też uwzględniając Was jako odbiorców, ale jak widzicie jest. Najbardziej intymne wyznanie mojego życia. Uznałam, że skoro i tak wiele już wiecie o mnie, widzicie już prawie cały obrazek moich życiowych puzzli, to warto byłoby otrzymać ten ostatni, tłumaczący dlaczego jest jak jest, albo dlaczego tak było. Sama nie wiem. Zrozumiem jak pójdę u kogoś na czarno, za to wyznanie, jako zbyt mocną psychologiczną przeginkę.

To co teraz zrobie, jest eksperymentem, próbą, nadzieją że to odejdzie. Bardziej dla mnie, bo tutaj nie ma za bardzo o czym rozmawiać. Shit happens. Teraz to co robię, jest aktem dużej dawki egoizmu. Nie zależy mi na piorunach, komentarzach. Wylewam to z siebie trochę Waszym kosztem. Wybaczcie mi, ale potrzebuję tego.
Zresztą też usłyszałam, że jest to na tyle temat tabu w społeczeństwie, że ofiarom ciężko się jest przyznać do takich sytuacji. Ofiarom jest ciężko, nie oprawcom. Wyobrażacie sobie?!
Moja historia już nie będzie tabu. Pi⁎⁎⁎⁎le to.

Przedmowa będzie długa, właściwie już jest, a druga część, k⁎⁎wa druga część będzie raportem- najstraszniejszy z mojego życia.

Będzie to też obraz jak działa cPTSD. Będziecie zrazem obserwować mnie z przeszłości jak i mnie, osobę która pisze ten tekst.

Czy to dokończę, czy utknę, czy znów zakopię? Nie wiem, ale mam dość czucia się wspołwinną temu całemu zdarzeniu. Ten temat Epstaina znowu budzi to uczucie, od którego uciekam od tyłu pierdolonych lat. Próbowałam to olać, szukać sposobów, unikać triggerów, rozmawiać na terapii, nic nie załatwia sprawy. Wszystko kręci i memli się w głowie, szukając ujścia co raz w jakiś abstrakcyjny dla świadomość sposób. Usłyszałam, że dużo osób nie wyznawało swoich doświadczeń, bo sami czuli wstyd, lęk przed byciem niewysłuchanym, lub co gorsza - zostać odwinionym za to, a i tak się zdarza. To jest szaleństwo, sztuka pisana przez kompletnego wariata analfabetę. Przecież to Ty, zostałeś zraniony, powiedz o tym. Wykrzycz! Ale nie, właśnie nie. Masz wrażenie, że to Twoja wina, wina z powodu naiwności. Zasługujesz na to, zasługujesz, zasługujesz...

I to jest ten pierwszy raz gdy odważnie na forum powiem:
ZOSTAŁAM ZRANIONA.
TO NIE MOJA WINA!
TO NIE MÓJ WSTYD!

To historia większości mojego życia w tragedii:

Do 6 r.ż.
Przemoc, bezradność, terror. Brak stabilnych fundamentów, chwieje moją samooceną jak fale dziurawym statkiem, zabierając powoli na dno.

6 r.ż. (najgorszy moment, bez szczegółów, ale przebieg całego zdarzenia może być dla wielu z Was bardzo trudny, dlatego dodatkowo ostrzegam. Jednak warto przeczytać ostatni akapit).

Byłam na podwórku, Boże boli Boże... piszę wbrew sobie, odcinam się od zdarzenia, bo inaczej wracam tam całą sobą. Boli. Dam radę. Wdech, nie moja wina... bawiłam się w osiedlu obok swoich bloków. Grupka dzieciaków, głównie dziewczyny. Pamiętam kolory tamtego dnia. Zdecydowanie za bardzo. Zawołał nas jakiś facet, no to co podbiegłyśmy jak to dzieciaki lat 2000.

Wieki tak daleko nie byłam i tak świadomie jak teraz w tamtej chwili. Ostatnim razem składałam w ten sposób zeznania.

Deklarował że ma małe kotki w piwnicy. Oczywiście, kotki. Długo odpowiadaliśmy że nie, ale tego typu sk⁎⁎⁎⁎syny, mają podłą umiejętność wyłapywania najsłabszych w stadzie i tak, to byłam ja. Za słaba by się sprzeciwić. Odchodziłam z nim i już wiedziałam, że źle postąpiłam, ale nie umiałam zadbać o siebie, tak nie można. Ja nic nie znaczę, ja i moje zdanie.

W tym momencie walczy tak wiele rzeczy we mnie. Palce ledwo trafiają w litery. Wszystko jest powolne, a świadomość rozciąga się jak guma pod wpływem myśli "nie bój się, nie jesteś w niebezpieństwie, jesteś pod kołdrą w dobrym życiu", a "uciekaj, uciekaj, uciekaj, uciekaj z tej piwnicy!!". Dysocjacja, kolejna. Cholera jasna, zawieszam się jakby ktoś się włącznikiem od światła bawił. Z szacunku dla siebie i dla Was, bo nie mogę być tak podła, zachowam elementy ze zdarzenia dla siebie. Uciekając w labiryncie piwnicznych korytarzy bałam się, że na niego natrafię. Znalazłam długie schody w górę, modliłam się aby były otwarte. Modliłam, do wszystkich bogów, których tych, których nawet nie znałam. Schody w mojej świadomości się nie kończyły. Nacisnęłam na klamkę, a światło uderzyło w moja twarz jakbym trafiła do nieba. Wolność! A jednak nie do końca. Pod pewnymi kątami te drzwi, nigdy nie uległy pod wpływem naciśnięcia klamki.

Wróciłam do domu, nie wiedząc co, ale to było złe. Dzieci to czują, nie muszą rozumieć. I pojawił się wstyd, który kazał mi milczeć. Co rodzice powiedzą, będą źli, zawsze są źli. Gdybym mogła, to przytuliłbym siebie z całych sił w tamtym momencie mówiąc jej to, co wiem już teraz.

Tutaj mam w sumie najważniejsze do przekazania dla Was - Ludzi, niezależnie czy to rodzic, czy kontaktu z siostrzenicą:
Uczcie dzieci sprzeciwiania się dorosłym i zdrowej asertywności. Sugestia nie rozmawiaj z obcymi niczego nie tłumaczy. Dzieciaki w pewnym stopniu muszą znać sedno problemu. Ja porozmawiałam, ale to zgoda zadecydowała o moim losie.
I niech ufają Wam, niech nie boją się mówić. Niech nawet nie będą w stanie pomyśleć, że tego nie uniesiecie

Do 17 r.ż.

To był dziwny czas, zawieszony między dwoma rzeczywistościami. Ja istniałam, walczyłam z innymi rzeczami, a z drugiej strony pojawił się lęk przed dotykiem, wybuchy kortyzolu w losowych momentach, samookaleczenia, strach przed innymi, drętwienie, omdlenia, pogarszające się samopoczucie właśnie z jakiego powodu? Wyparłam, ale ciało nie. Przez jakiś czas to było wygodne i wystarczało.

Pierwszym ważnym elementem, jest to że ten sk⁎⁎⁎⁎syn miał wodogłowie. Aż mnie ściska jak widzę i słyszę to słowo. Był charakterystyczny. Spotykałam go niedaleko osiedli z jego mamą- niskorosłął czy jakoś tak. Byli straszni, jak z horrorów o upiornej rodzinie. Zwlasza dla mnie. Poza osiedlem widywałam go w kościele, katolik zjebany. Jak raz go zobaczyłam na procesji, będąc z mamą to wpadłam w tłum niczym w tunel czasoprzestrzenny. I to były takie kadry, tu uciekałam, tu się bałam i tak w kółko. Przypomniałam sobie, nie pamiętałam tego wcześniej, widzę wszystko, gdzie i o jakiej porze. Kiedyś zobaczyłam go między garażami jak przechodziłam, miałam wrażenie że mnie rozpoznaje, lecz on szedł, a ja? Ja walczyłam o życie.

Okazało się że Wielka Głowa, tak go nazwałam (to najstraszniejsze dwa słowa dla mnie, a jak są w połączeniu to automatycznie panika, klik w głowie, napięcie, kręcę wtedy głową, jakbym chciała wytrącić mechanicznie temat), próbował z innymi dzieciakami. Tą samą podłą metodą. Zaczaił się na moją dawną przyjaciółkę. Dowiedziałam się o tym bardzo naturalnie - jak we dwie spierdalałyśmy przed nim i tą jego matką. Powiedziała, że przed samą klatką uciekła, bo się przestraszyła, a ja powiedziałam że też. Też uciekłam. Znów ta złość na siebie, jak mogłam być taka głupia. Ona nie była, a ja byłam. Moja wina. Obie milczałyśmy w tym temacie od tego momentu.

Drugim ważnym wątkiem tego etapu jest to, że do kościoła chodził też inny pobożny chłopak z wodogłowiem. Większym, straszniejszym. Wtedy nie wiedziałam, że boję się dwóch zupełnie różnych osób.

17 r.ż.

Chciałam się zabić, odratowali mnie, potem szpital. W nim jedna dziewczyna, z którą zbudowałam relację zaczęła mi wyznawać, że jakiś chłopak się na nią rzucił kiedyś tam i coś chciał zrobić. Później się z tego wycofała, ale to co zrobiła było kolosalne do mnie. Wybuchłam, ale tak dosłownie wybuchłam płaczem tak wielkim, że rozrywał serce i paraliżował mięśnie. Nie mogli mnie ogarnąć, ja sama nie wiedziałam dlaczego. Mur wyparcia padł. Całe miasto runęło. Null. Chcieli mnie uspać lekami, ale ta szalona dawka adrenaliny była w stanie przeciwstawić się zastrzykom. Czułam się jak Hulk. Chciałam się powiesić, znaleźli mnie. Spędziłam 3 dni w pasach. Na korytarzu. Upodlona. Znowu.
W końcu mogli ze mną rozmawiać. Musiałam opowiedzieć, czułam że nie może być inaczej. Zaprosił mnie psycholog (fun fact: występował w jednym z odcinków "Jeden z dziesięciu") i to rozdarcie, które czułam w trakcie jest nie do opisania. Pamiętam głównie to, że w kółko prosił mnie o spogladanie w oczy jak mówiłam. On facet, ja mówię o tym pierwszy raz, przepotężny wstyd, lęk, a ten w kółko "Spójrz na mnie. Spójrz na mnie". Podnosił za brodę, abym patrzyła. Gdybym mogła to teraz bym go mokrą ścierą za to w łeb strzeliła. Obiecał, że nic nie powie, że to tajemnica lekarska, on chyba musiał sprawdzić czy mówię prawdę. Nie wiem, ale poza tym że było to przykre, to również wkurwiające. Zaprosił mnie parę dni później, mówiąc że musiał zgłosić to do prokuratury. Rzuciłam się na niego, jak mógł, ale za późno. Już poszło. Potem jeszcze jakby ze wstydem dodał, że rodzice też już wiedzą. Mogłabym wtedy go zabić. Zniszczył wszystko co budowałam tyle lat. Ten piękny papierowy zamek, obok wulkanu.

Mama przyjechała do mnie. Ja jak zbity pies, przecież to mój wstyd, lecz moja mamunia przytuliła mnie tak mocno, tak płakałam i powiedziała coś, co tak bardzo chciałam usłyszeć "Dojedziemy tego sk⁎⁎⁎⁎syna". To było ostre i bezkompromprisowe. Na chwilę dało mi to siłę. W końcu.

Mój ojciec też wiedział, ale nie mówił o tym do pewnego momentu.

Po 17 r.ż.

Wróciłam do domu po 3 miesiącach, tzw. ustabilizowana. Nie musiałam długo czekać. Dostałam wezwanie na komendę. Co?! Już tak szybko? Dajcie się trochę pozbierać, odpocząć, pooglądać seriale. Znów muszę mówić, znów facetowi, lecz z większą ilością szczegółów. To było k⁎⁎wa podłe! Kazali mi pokazywać wszystkie miejsca zdarzenia, gdzie robili mi zdjęcia z wyciągnięta ręka mówiącą: "proszę to tutaj mnie zniszczył".
W tym momencie zaczeło występować zjawisko wtórnej traumatyzacji. Wracanie do tych samych miejsc, fizycznie i myślą, przepalało mi styki. Przecież minęło 11 lat od zdarzenia. Zero zaopiekowania psychologicznego. Sk⁎⁎⁎⁎syny, kolejne.

Nawet złapała mnie moja przyjaciółka z dzieciństwa, którą powołałam jako osobę też znająca Wielką k⁎⁎wa pierdoloną Głowę. Cieszyła się, że ruszyłam w sprawie i pamiętam jak powiedziała krótkie i smutne "Czyli Ty nie uciekłaś?". Od tego momentu byłyśmy w tej sprawie razem, tylko z innym balastem.

I tutaj znaczyna się dla mnie najdziwniejszy aspekt ogarniania tej sprawy przez prokuraturę, ale to tyle na ten moment, już nie mam siły na więcej na ten moment. I tak zrobiłam gigantyczny, ale to gigantyczny krok. W dziwny sposób się cieszę, ale to w bardzo dziwny.

Tak jak pisałam wyżej, nie wiem czy wrócę do tego, mam nadzieję że tak, ale to ze względu na to, że chcę zamknąć tę sprawę w treści, a nie tylko w świadomości. Znaczy nie wiem jak to opisać. Ja już tak wiele robiłam w tym temacie, uwierzcie mi, ale tak jeszcze nigdy w ten sposób i liczę, że dzięki temu nie będę już tak boleśnie mptyzowała słysząc o bólu innych zranionych dzieci.

PS Jestem z siebie dumna. Napisałam to, już jest. Nie wyję, nie dysocjuje, nie mam flashbacków. Konwersuje z koleżanką. Tak zwyczajnie.

PS2 Poprawiam tekst, nadal myślę czy to puścić, ale jest łatwiej, lepiej się w tym rozeznać, oswoić. Wiadomo, bez rewelacji, ale chociaż telefon mi nie wyslizguje się z dłoni z powodu przepoconych dłoni. Ciało mniej reaguje, a ciało nie kłamie.

Pokaż więcej komentarzy (57)

Gruba ryba

w Hydepark

202piorunów

TLDR: Ukradłam królika. Sorry, ale nie wiedziałam że tak nie można.

62.
Moje serduszko rwie się do pisania, a że główka grzeczna to tym razem nie o moim spierdoleniu. Dzisiaj zabiorę Was do świata mistrzowskiej intrygi, pościgów i spektakularnych wybuchów (dobra, bez tych dwóch ostatnich, ale zawsze jakoś tak bardziej patetycznie się robi).

W 2024 roku, siostrunia szefa pie⁎⁎⁎⁎⁎ięta uznała, że świetnym pomysłem będzie zakup bez konsultacji z jakimkolwiek pracownikiem, królika do przedszkola. Tak dla dzieci, aby go mogły zdeptać. Dobra kobita. Pojawiła się jakoś w październiku z klatką i tym małym uchatym stworzonkiem. Żaden z memów ze zdziwionymi twarzami nie odzwierciedla naszych min w tamtym momencie. Nawet nie było możliwości dyskusji. Królik ma być i już. Będzie fajnie wyglądał na zdjęciach profilu przedszkola. Ja pi⁎⁎⁎⁎le, dzizys krajst co za ludzie.

No nic to, trzeba się ogarnąć z tym, chociaż problemów logistycznych pojawiła się masa. Zaczęłam się ekspresowo wdrażać w temat zajęczakow. Kupowałam warzywka, ziółka i inne takie takie, aby dobrze miał ten nasz Kicuś. Puszczałam go kiedy mogłam wiedząc, że potrzebuje dużo ruchu, a bycie w klatce jest wręcz torturą, lecz nie zawsze mogłam. Terapie same się nie zrobią. Serduszko mi pękało gdy wychodząc z budynku i mijając mój gabinet widziałam Kicka wychylającego się spomiędzy żaluzji i patrzącego na świat. Dodatkowo zabezpieczanie sali to było planowanie strategiczne, zastanawiając się co ten gałgan może nabroić bez kontroli (i tak nigdy nie wiedziałam co zastanę następnego dnia). Kurde lipa, straszna lipa. Wagi poczucia winy i żalu we mnie nie szło zmierzyć. Przyjeżdżałam do niego na weekendy, aby choć godzinkę dwie posiedzieć, Wyczyścić klatkę, salę i dać szamkę. No i pomiziać, dużo pomiziać. Zabierałam go na dłuższe okresy do siebie w czym bardzo mi pomagał mój partner. Jak on kicał radośnie u nas. No wariat, zwariowany wariat. Zupełnie jak ja. Pojawiały się małe problemy z nim, ale to takie pierdolety.

W końcu mówię dość, on nie może mieć takiej perspektywy życiowej, więc wykorzystując zbliżający się termin kastracji za zgodą dyrektorki zdecydowaliśmy się go uśmiercić. Tak na ament. Siekierą i młotem. Nigdy nie fingowałam śmierci, ale jakby co już mam doświadczenie, polecam się. Moja mama zgodziła się go przyjąć mając do dyspozycji 3 wolne pokoje. U mnie klatka stałaby na środku pokoju, więc nie było opcji. Zabrałam Kicucha do weta, zadziało się co się zadziało. Jeszcze fakturę na firmę wzięłam na to. XDD Po powrocie od razu napisałam do dyrki płaczliwego smsa obwieszczający o jego tragicznej śmierci. Śmiesznie to było pisać, widząc tego słodziaka patrzącego się na mnie z pozycji bochenka chleba. Przedszkolne fanty oddałam, aby przypału nie robić, a ja już wcześniej kratki do kojca zakupiłam plus najpotrzebniejsze rzeczy. Parę dni później nastąpił transport do mojej mateczki, gdzie Kicuś zaczął nowe, spokojne życie. Brojąc i skacząc radośnie pod niebiosa. No słodki jest, mięciutki i mega puchaty. Miziu, miziu, miziu. XD

A to pizdzisko co sprowadziło tego zwierzaka do nas dopiero po jakimś czasie skapneło się, że go nie ma. Na pytanie co z nim, wzruszyłam ramionami mówiąc, że zdechł po kastracji. A okej - no okej i tyle. Ja pierdziu. Szkoda strzępić ryja.

Tak też płenta z tego taka, dla jego dobra jak trzeba- zakoś zwierzaka.

Pokaż więcej komentarzy (70)

Gruba ryba

w Hydepark

56piorunów

TLDR: Liczę owce bez końca.

61.
Witam strudzonego wędrowca. Dzisiaj bez czyszczenia psychiatrycznej kartoteki. Napiszę coś bardziej aktualnego.

Życiu poza przestrzenią pracową żyje mi się bardzo dobrze, ale i z tej trudności można wykuć coś dobrego. To dla mnie istny poligon cierpliwości i nauki stawiania granic. Poza tym nastrój wyrównany, relacje kwitnące i chęc do żyćku jest. Baja, ale... nie ma tak dobrze, musi być u mnie jakieś ale. Znaczy nie musi, ale tym razem jest.

Nie mogę spać, znaczy śpię bardzo dobrze, lecz aspekt zasypiania to istny horror. Trwa godzinami. Różni się to od niespania hipomaniakalnego tym, że jestem zwyczajnie zmęczona. Pragnę wypoczynku, ale głowa nie umie wyłączyć tego pociągu myśliwego.
Zapraszam do wagonu, wybierz sobie jakieś miejsce, najlepiej przy oknie i ruszamy!

Zapada ciemność, ale tylko chwilowa. Zaraz przed oczami pojawiają się kształty, barwy. Wszystko płynie jak po psychodelikach, jedna rzecz przechodzi w drugą. Widzę kozę (dlaczego koza?!), zbliżam na oko, oko zostaje, koza znika, na jej miejsce wjeżdża wąż, wije się sekundę, wyrastają mu koła, jedziemy, zmiana kierunku obrazu, za rogiem miasto, fajnie ze to chociaż ma sens, bloki, tylko trzy, wjeżdżam do mieszkania przez okno, tam jakieś świdry, fraktale, j⁎⁎ie się od tego w głowie. Otwieram oczy, ja pierdziu. Nie chcę już ich zamykać. Ogółem można się tym pobawić, ale tylko chwilę, bo po paru sekundach wszystko pędzi na złamanie karku i czuję że neurony mi się przepalają.

Czasem sobie po przeżywam jakieś stresowe sytuacje, tworzę jakieś dialogi narracją nadające się na dobry film sensacyjny, a przynajmniej tak mi się wydaje. Czasem mignie jakieś bolesne wspomnienie. To są najgorsze batalie. Wszystko poza moją kontrola. Po godzinie jestem jeszcze bardziej pobudzona, niż przed położeniem się. Serce wali odejmując mi rytmicznie kolejne sekundy snu.

Relaksacja nie pomaga, odliczanie wstecz nie pomaga, wizualizacja nie pomaga, oddechy nie pomagają, obserwacja myśli jak nurtu rzeki kończy się na księżycu. Wszystko ląduje w ostateczności w myślowym bagienku. Lżejsze leki nasenne albo są obojętne, albo dają takie skutki uboczne, że są nie warte świeczki. Jedyne co pomaga to zasypianie do podcastów, ale nie zawsze mogę i chcę sobie je puszczać, przy TV na kanapie i oczywiście zajadanie zolpidemu, który mogę brać sporadycznie aby sobie większego kuku nie zrobić. Jam Ci załamana jestem i nie wiem co ta moja głowa znowu wyprawia. Autentycznie, przytulenie głowy do poduszki bez tabletki wywołuje we mnie stres, bo już wiem co mnie czeka.

Czy ktoś oświeci mnie jakaś koncepcją na taki szaleńczy, nocny overthinking?

Pokaż więcej komentarzy (35)

Gruba ryba

w Hydepark

78piorunów

Przedwczesne podsumowanie roku z Popularity Check (reupload)

Na setny wpis na #hejto chciałem zrobić coś większego.\ EDIT: i rozjebałem Hejto xD to jest reupload oryginalnego wpisu, który, być może, nie napsuje znowu. A jakby jednak tak, to nie przepraszam ( ͡° ͜ʖ ͡°) Co powiecie na #podsumowanie , co tam u uczestników "2 edycji

Gruba ryba

w Hydepark

69piorunów

TLDR: Jak kiedyś z psychiatryka zwiało się.

60.
Żyjąc sobie myślę, co jeszcze mogłabym napisać pod tagiem, tak aby tchnąć w niego trochę życia i powrócić do przyjemności pisania. Obecnie swoje żyćku mogłabym zawrzeć w dwóch prostych słowach piosenki Ladaco "Jest dobrze".
Ostatnio w rozmowie z kumpelą doszło do tego momentu, że opisywałam jej jak zwiałam z psychiatryka w wieku 17 lat przy pierwszej hospitalizacji, a jako że to całkiem zabawna historia postanowiłam podzielić się nią również z Wami. Tak też więc, zaczynamy.

W Garwolinie w szpitalu, zbliżał się już 3 miesiąc pobytu. Stan zdrowia mocno uregulowany, więc w głowie pojawiały się tylko harce i swawole. Zalewanie łazienki, bitwy na poduszki, kolędowanie po salach. Taki kolonialny vibe, tylko że zamiast repremendy do nauczycielki, kończyło się czasem zastrzykiem pacyfikującym w d⁎⁎ę. W niektórych miejscach nie wolno się śmiać. W tamtym już momencie w głowie pojawiała się natrętna myśl "a gdyby tak rzucić to wszystko i wyjechać stąd... gdziekolwiek"? Miałam sny dzień w dzień z uciekaniem. Na samą myśl o tym, czuje jak hormony zaczynają pracować w pobudzeniu nawet teraz. Moja przyjaciółka z tamtego okresu A. też miała w sobie taki gen gagatka, więc fantazjowałyśmy sobie o tym w wolnych chwilach, które to mieliśmy w sumie cały czas. XD
Przed budynkiem był sobie taki plac i spacerniak w moim ulubionym stylu, który bym określiła jako "PRLvibe". Miałyśmy zgodę, aby z opiekunem i niewialką grupką innych pacjentów wychodzić tam i korzystać ze słońca. Od razu przy wyjściu łypnełam swoim bystrym oczkiem, że brama wjazdowa główna do kompleksu jest otwarta, pewnie z powodu jakiś dostaw. Ja pierdziu, ja pierdziu tam zza bramy już powiew wolności uderza mnie w nozdrza. Daje grypserą znać ("ej, ej A. patrz! XD), że to może być ta chwila. Teraz jak się tam zbliżyć z tego placu bez przypału. Niczym pomysłowy dobromir stworzyłyśmy najbardziej innowacyjną zabawę ucieczkową, czyli rzucanie piłeczką przez koło hula-hop. Piłka hyc przez kółko coraz dalej i dalej wzdłuż budynku. Pod sam koniec jak byłyśmy z pareset metrów od grupy uslyszałysmy tylko "Dziewczyny wracajcie tutaj", łyp-łyp oczami po sobie i sekundę po, już bieglysmy w stronę bramy. Wyleciałyśmy jak burza, z tyłu słysząc naiwne ochroniarskie "Dziewczynki, gdzie Wy tak biegniecie?". Widziałam, że próbuje ruszać za nami jak musiałam się wrócić po zagubionego po drodze buta, ale nie miał szans z psychiczną, młodą krwią.

Hi hi ha ha, zwiałysmy he he he i co teras? Głupio to rozegrałysmy na starcie, bo wyleciałyśmy w stronę od miasta, zamiast do. Wyladowałyśmy w krzakach przy jakiś pobliskich działkach, dygając co chwila w paranoi ze ktoś tam chodzi i szuka nas. Każdy dźwięk to było wstrzymanie oddechu. Co gorsza to był krzak pokrzyw, ale bałyśmy się zmieniać miejsce. W końcu w naszych głowach trwała obława na uciekinerki z helikopterami i psami tropiącymi. XDD Trochę tam posiedzialimy, myśląc do dalej. W końcu na działkach nie będziemy budować nowego życia. Trzeba się jakoś dostać do miasta. Na drodze stał nam tylko Wielki Garwoliński Kompleks Psychiatryczny. Nie wiem co my miałyśmy w głowach, ale zamast jakoś od tyłu to wszystko okrążyć, to my dzida przez sam środek wzdłuż takiego sądowego oddziału, dla tych najgorzej pofiziowanych i oddział detoksykacji. Jakoś przez te płoty przeszłyśmy. Idziemy na PKS. Chcemy się dostać do Wawki.

Na dworcu rozglądamy się, za jakimiś dobrymi duszami, co mogłyby nam pożyczyć na bilet, udało się. Pan Numer Trzy na pytanie czy będzie mógł pożyczyć na bilet, a w Warszawie siostra koleżanki na dworcu odda (nie wiem jak to wykombinowałyśmy sobie), powiedział że na spokojnie kupi nam te dwa bilety. Taki fart, nie wierzę. Czekamy już z tymi biletami, które pachniały jak niezły przypał, a tu ziut podjeżdża radiowóz. Nie minęła chwilą jak nas wyczaili i podeszli. Poszło szybko:
"Pani Fafa, Pani A.?- Eee tak. - Zapraszamy do radiowozu".
Jeszcze spojrzałyśmy na twarz tego Pana co nam bilet kupił. Kurde, mam nadzieję że nie złamałyśmy mu jakoś zaufania do świata i młodzieży. My się nie dowiemy, on się nie dowie. Głupio wyszło. XD

W szpitalu oddali nas bez większych ceregieli, chwilą gadania i następnego dnia był już wypis ze szpitala. XDDDD Jeeej! Udało nam się wywalczyć wolność!!! XDDDD

Do dzisiaj sobie myślę, że mogłyśmy to inaczej, sprytniej rozegrać, aby rzeczywiście się udało. Tylko w sumie po co, bo na tym etapie pozostało ze mną to nieźłe, przypałowe wspomnienie.

Pokaż więcej komentarzy (29)

Gruba ryba

w Hydepark

96piorunów

TLDR: Hej.

59.
Czołem cyfrowi przyjaciele.
Dzisiaj krótko, aby znów nie zaczynać z przydługim formatem.

Na samym początku przepraszam jak kogoś zmartwiłam, zaniepokoiłam swoją osobą.
Po drugie dziękuję, dziękuję, dziękuję bardzo Wam, że pomogliście w tym pierwszym odruchu jak nocą zawołałam po pomoc. Nawet nie wiecie ile ulgi i stabilności mi to przyniosło, której wtedy potrzebowałam.
Czułam się źle. Idąc przez życko na mojej drodze natrafiłam się bagno, a im dłużej się w nim szamotałam, tym bardziej się w nim emocjonalnie zatapiałam. W pewnym momencie chciałam, wręcz czułam przymus by dać się wchonąć. Wtedy zrobiłam coś czego nie robiłam do tej pory i dzięki temu pisze kolejny post. Chociaż nie wypuszczam go bez lęku. Cykam się niemało, tego co będzie po, jak to zostanie odebrane, ale nie mogę nie być sobą. Kocham sobie wystukiwać te literki, które układają się w słowa, znaczenia, sens, obraz człowieka, mnie. Przepraszam, że nie mówiłam o tym Tobie wprost. Nie chciałam martwić, przygniatać, dokładać. Miałam być dzielna i silna.

Na ten moment jest lepiej, dużo lepiej. Na zewnątrz siebie widzę więcej światła i nadziei na poprawę, na więcej ciepełka, akceptacji wokół mnie, a w środku... hmm czuje, że nie muszę już myśleć o końcu. A to już tak dużo.
Dziękuję Wam i tym co są obok mnie.
Dbajcie o siebie i kochajcie bez lęku.

Pokaż więcej komentarzy (62)

Gruba ryba

w Hydepark

104piorunów

TLDR: Duży progres w małych rzeczach.

58.
Żyje sobie ostatnio w poczuciu osobliwego spokoju. Bez szaleństw, wzmocnionej ekscytacji, czy poczucia wyższości. Ot tak mijają mi dni, na wyregulowanym chillu.
Ciężej mi co prawda wejść w głębiej siebie, bez tych silnych emocji i wewnętrznych wybuchów (może to też kwestia bycia nafaszerowanym paroma stabilizatorami), ale chyba nie na tym polega życie, aby stale grzebać w swojej głowie.

Staram się wychodzić z koszmarów społecznych konwenansów i akceptować rzeczy na poziomie realnych zagrożeń, niżeli obaw jak dane rzeczy mogą zostać odebrane przez innych. Ostatnio zaspałam, potężnie zaspałam, dobre palulku było. Z taką mocą czasami nie idzie wygrać. Tego dnia byłam zobowiązana do grupowych spotkań z rodzicami, więc lipa. Powinnam być punktualnie. Normalnie wstałabym w pełna paniki że zawiodłam, że nie potrafię sprostać danym obowiązkom, że d⁎⁎a i kupa ze mnie. Wiecie, te milutkie i cieplutkie epitety na samego siebie. A tak, zdałam sobie sprawę, że stało się, przykra sprawa i nie zmienię tego stanu rzeczy. Prosta refleksja, że wściekanie się na siebie nie sprawi, że magicznie anuluje opóźnienie w czasie. Miałam też świadomość, że w spotkaniu uczestniczą inne terapeutki, więc rodzice będą i tak zaopiekowani. Zebrałam się najszybciej jak mogłam, zapakowałam w auto i w 40 min byłam już w pracy. Weszłam, bez przesadnego poczucia winy przeprosiłam i dzień leciał dalej, pomimo potknięcia. Magic!
Ja zdaje sobie sprawę, że to pierdoła, że dla niektórych to oczywiste i automatyczne, lecz dla mojej osóbki to sygnał, że trud jaki wkładam w osobisty rozwój pozwala mi na wyjście z utartych schematów i nadmiernej krytyki ukierunkowanej na powolną samozagładę. To dobre uczucie.

Niedługo też zbieram się na pierwszą improwizowaną podróż. Od Świnoujścia, stopniowo w dół w kierunku Wawy. Bez planu i zapewnionego noclegu. Dzień po dniu w innym miejscu. Ufam sobie, wiem że ogarnę, a jak nie ogarnę to nic się nie stanie. Będę mieć śpiworek, więc spanko w aucie też jest brane pod uwagę. Why not. Po ostatniej podróży zauważyłam, że lubię spędzać ze sobą czas.

Mam świadomość, że to co piszę, może być odbierane jako pysznienie się do samej siebie, ale musicie mi uwierzyć, że w ten sposób wyrażam dumę i radość z tego że powoli odnajduje spokój w swoim życiu, oraz głowie. Czuję, że zaczynam być taką osobą, jaką zawsze chciałam być pomimo tego że wiele rzeczy które działy się w moim życiu, sukcesywnie chciały to zniweczyć.

No czuj dobrze człowiek.
Dobrego dnia, pysznej kawusi czy herbatki i zaczynamy dzionek Hejtowicze!

Pokaż więcej komentarzy (40)

Gruba ryba

w Hydepark

74piorunów

TLDR: Świrkowy come back, czyli ciamkam o tym samym w kółko i w kółko.

57.
Jakoś było mi wstyd pisać ostatnio, a chciałam bardzo. Mój tag to takie epitafium z narzekania. Ja tak nie chce. W moim życiu nie jest tragicznie, jak właściwie to zarysowuje. Mam radości, mam smutki jak każdy. Jestem kochana i ja też kocham. Mam pasje, mam przyjaciół, mam miłość. Moje życie to nie tylko choroba. To tętniący tysiącem barw obraz, zmieniający się tak dynamicznie, że nie wiadomo czasem co na nim jest. Potrafi olśnić jak i przygnębić. Czasem zieleń się z czerwienią miesza. Złoto z brązem. Ten obraz oddycha, zupełnie jak ja.

Znów mnie oderwało. Już od lutego słyszałam że jestem w górce, ale kłóciłam się że mam prawo czuć się dobrze. Ciągnęłam to do końca kwietnia, aż się zrobiło grubo. Głupie wydatki, mało spanka, niemożności bycia bez działania, agresja etc. U psychiatrki już spina, bo widać że kontakt z bazą coraz gorszy. Wysoka hipomania tak też rzekła. Cieszę się, że umiałam się zgłosić po pomoc.
Dostałam nowego dropsa po którym wpadłam w dołka, o czym chyba pisałam. Na szybko na szczęście przeszło, bo już się bałam że po mnie. Teraz już jestem na ziemi. To dobre uczucie.

Dobra, nie ma co więcej strzępić ryja. Nie chcę temu poświęcać więcej czasu niż jest to potrzebne. Warto uwagę skupić na zdrowiu i równowadze, przynajmniej tak chcę zrobić. Show must go on!!!! Żyje, oddycham, walczę.

Jakby co komiks z moim story został wydany już jakoś w poprzednim tygodniu: Przerysowani II komiksowe opowieści o samouszkodzeniach. Sama go jeszcze nie czytałam w całości. Jakoś nie mam gotowości. Jest specyficzny, z dwoma perspektywami. Nie wiem jak to wytłumaczyć. To jedna z 10 powieści, jakie się tam znajdują jakby co.
Jeżeli chcecie poszerzyć wiedzę o mechanizmie samouszkodzeń to polecam się z nią zapoznać. Zarówno jako narzędzie i ciekawostkę. Zwłaszcza że temat jest jakoś tak po macoszemu potraktowany.

Dobrego dnia i uroczyście przysięgam mniej skupiać się na negatywach. Ament.

Pokaż więcej komentarzy (25)

Gruba ryba

w Hydepark

66piorunów

TLDR: Nawet nie wiem jak przedstawić i wytłumaczyć Wam, jak wielką gorycz czuję teraz.

56.
Zasypianie po 2 i pobudka o 6 to była już miesięczna codzienność. Jeszcze wczoraj po północy ogarniałam szafę, którą zaniedbywałam parę miesięcy. Tanecznym krokiem wracałam z treningu, czując muzykę w każdej komórce ciała. Byłam na posiedzeniu zespołu orzeczniczego angażując się w udawanie poważnego, dorosłego człowieka. Bawiłam się, śmiałam, wymyślałam zadania, momentami do ostrej przeginki. To co czułam nie nazwałabym szczęściem. To przedłużająca się głupawka, kóra daje radość, ale z czasem znacznie bardziej męczy, niż cieszy.

Bywałam agresywna, nie radziłam sobie ze złością. Moje zachowania, były tak wysoce skrajne, że aż się bałam siebie momentami. Od zapalnika do działania dzieliły mikrosekundy. Dosłownie. Aż mnie coś ściska jak pomyślę o tych konfrontacjach z ludźmi, a jak trafił swój na swego to i sk⁎⁎⁎⁎syny razem z ku⁎⁎⁎mi leciały na lewo i prawo. Jak bajeczne kwiaty patologii. Wstyd mi, bo czasem mogło pójść o coś tak prozaicznego jak wolne pakowanie zakupów. A i tak się hamowałam, uwierzcie mi. Nie umiałam inaczej.

Ja wiedziałam, że coś jest nie tak. Czułam że na tym Everescie zabawy, zaczyna mi brakować tlenu. Poszłam do psychiatrki, która zna mnie bardzo dobrze. Od razu nowe piksy. K⁎⁎wa nie mogę. Już 4. I biorę to wszystko, dzień w dzień. Pilnuje, bo chce normalnego życia, a nie pierdolnika, czy zbędnego cierpienia. A to wszystko dlatego, bo moje chemiczne-mózgowe laboratorium przypomina bardziej te polowe narkorykowe w Kolumbi, niż te na Uniwersytecie Cambrige. Nie widomo jaki kociął się tym razem wypierdoli.

Powiedziałam, że nie umiem stać. Kręcę kółka na przystanku. Nie umiem już chodzić, tylko tańczę. Koleżanki mi mówią w pracy że c⁎⁎⁎ek ze mnie wychodzi, gdzie zawsze żyłam w chęci czucia szacunku do każdego.
Wczoraj na jodze, bo poszłam aby się wyciszyć c'nie, w każdej przerwie robiłam kółka na sali. Wiedziałam, że nie powinnam czułam się zawstydzona, ale musiałam. Był tylko bodziec, który trzeba zaspokoić. Już czekałam na pierwszą dawkę, z lękiem i nadzieją.

A teraz siedzę pod kocem, ani to nie śpię, ani to czuwam usychając z żalu, że to tak musi wyglądać. Że ja już sama nie wiem, czy umiem być normalnie szczęśliwa.
No i znów, jak w pętli myślę o śmierci.

Lider13piorunów

@Fafalala (づ•﹏•)づ

Współczuję Ci, bardzo. Trzymaj się tam i nie poddawaj. Jesteś dzielna, nadal walczysz. I nadal jest co mieszać w pigułach, więc wciąż jest nadzieja.

Pokaż więcej komentarzy (63)

Gruba ryba

w Hydepark

85piorunów

TLDR: Pysznię się do siebie, ale to nie z próżności, lecz szczerej radości.

55.
Właśnie dzisiaj mi stuka 32 rok mojego szalonego życia. Trudnego, zadziwiającego, intensywnego i dobrego zarazem. Sama czasami nie wiem co na to życie powiedzieć, ale chyba tylko to, że przeszłość jest historią. Można się na niej uczyć, wyciągać wnioski, ale nie ma mocy na niebie i ziemi aby ją zmienić. Mam teraz gotowość aby to zaakceptować. Pomimo że nadal ta "historia" potrafi żywo zaboleć to najważniejsze jest, co jest teraz. A teraz jest gitówa ziomy i ziomczynie.

Probuje sobie przypomnieć poprzednie urodziny i mam problem. Gdzie byłam, co robiłam, z kim... pustka. Jakby mi ktoś może coś przypomniał, to by klikło ale tak sama z siebie to nie umim. Nic w sumie dziwnego, niedługo po nich wylądowałam na oddziale psychiatrycznym w pełnowymiarowej manii z objawami psychotycznym. Była heca, zresztą sami wiecie. Ten ostatni rok znaczył dla mnie, tyle samo, co nie wiem... załóżmy 5. Zrobiłam tak wielki progres. Tak dużo się zmieniło. Tak zmądrzałam. Pojawiły się nowe problemy, inne straciły na ważności, no normalne żyćku. W końcu!

Jestem dumna z siebie, bo w końcu wiem gdzie są moje nogi, a gdzie głowa. Oddzielam swoje ja od świata. Nie idealnie, ale już wiem co co chodzi.

Jestem dumna, bo szukałam pomocy i z niej skorzystałam. Dzięki temu pewnie nie muszę pisać zza grobu. Śmierć była zdecydowanie zbyt wiele razy blisko mnie i to na moje życzenie.

Jestem dumna, bo uczę się spokoju i pokory w stosunku do siebie i świata. Powtarzane jak mantra "Nie denerwuj się na rzeczy, na które nie masz wpływu" pozwala uratować się przed niepotrzebnym morzem frustracji. W tym miejscu bardzo dziękuje Tobie @splash545 . To Ty mi pokazałeś tę drogę, którą mogłam się wybrać. Prawie że, wskazałeś palcem mówiąc: "pa, to stąd spokój i akceptacja wyszli".

Jestem dumna, bo naznaczam granice. Przestaje działać według zasady, nic nie mów bo się narazisz, a działam bardziej w kierunku stop being nice. Oczywiście nie patologicznie, ale nie silę się już na uśmiechy w stosunku do osób, które mnie drażnią swoim zachowaniem. Jako człowiek mam do tego prawo. Nie muszę być odzwierciedleniem oczekiwań innych w stosunku do mnie, bo w jakiś irracjonalny sposób boję się, że ktoś rzuci się na mnie i złoi mi skórę. Jak kochany tatuś.

Jestem dumna, za to jaka jestem. Doceniam to kim jestem. Za swoje dobre cechy, które sprawiają że robi mi się ciepło w serduszku, jak i te złe, które w jasny sposób pokazują mi co jeszcze powinnam zadziałać aby było mi lepiej. To prawie jak droga w trakcie której, mogę nauczyć się czytać drogowskazów, aby lepiej wiedzieć w jakim kierunku jechać.

Jestem dumna, bo jestem dobra w tym co robię i mam zawodową misję. Mam swoją specjalizację, która mnie czasem frustruję, ale jak zaczynam wariować i gadać z dzieciakami na sali to jakoś czas tak szybciej leci. Chcę im pomagać, aby nie musiały potem aż tak wydrapywać wszystkiego pazurami w życiu. Moje działania to setna procenta ich potrzeb, ale jak chociaż przez te 45 min u mnie w sali mogą poczuć się dobrze i bezpiecznie, to zdecydowanie warto.

Jestem dumna, bo kocham i jestem kochana. I wiem, że na to zasługuje.

Jestem dumna, bo uczę się systematyki w działaniu, zarówno w pracy jak i czasie wolnym. Ja do tej pory szyłam wszystko na bierząco, nie miałam dosłownie głowy aby myśleć o regularnym ganianiu na siłownię czy wyrabianiem się z rzeczami w pracy. W szkole też tak było, zdolna ale leniwa. Znacie ten vibe. Teraz to robię, naturalnie i mam takie czuj dobrze człowiek. Nie wiedziałam, że tak umiem. W ogóle za⁎⁎⁎⁎scie, że pomimo problemów mimo wszystko rozwijałam się zawodowo.

Jestem dumna, bo od paru miesięcy nie myślałam o własnej śmierci. Wręcz przeciwnie, zaczynam się martwić że mogłabym je stracić w momencie, gdy w końcu rozumiałam skąd ten cały fun.

Jestem dumna, bo jestem. Jestem w swoim domu z partnerem, jestem tutaj z Wami, jestem z mamą, przyjaciółmi... jestem, jestem, jestem i cieszę się bardzo! W końcu przestałam przepraszać za to że istnieje. Nie rozumiem teraz, tej potrzeby, ech zresztą nieważne.

Jestem daleka od tego, by mówić: dobrze że takie miałam życie, bo jestem dzięki temu jaka jestem. Oj nie. Nie wyobrażam sobie jak wielkiego poziomu akceptacji to wymaga, aby powiedzieć to szczerze. Zresztą czuję że nie muszę. "Nic nie muszisz, ale możesz" powtarza mój niebieskie wręcz z uporem maniaka.

To tyle, bajo jajo i życzę wszystkim Wam miłej, cieplutkiej niedzieli. Dbajcie o siebie, proście o pomóc jak trzeba i korzystajcie z niej. Pomyślcie dzisiaj chociaż o jeden rzeczy, z której jesteście dumni że wypracowaliście.

PS Myślę że tag z fafa się zaburza, powinnam chyba zmienić na fafa się odburza czy coś takiego. Trochę nieaktualne to teraz jak na to patrzę. :D

Fanatyk4piorunów

@Fafalala Zerkam na Twoje wpisy, gdy się od czasu do czasu pojawiają, i przyznam, że to dziwne uczucie. Z jednej strony, tak szczerze - nie znam Cię, jesteś tylko jedną z setek "nicków w internecie" - ludzi, z którymi na 99.99% nigdy na żywo się nie spotkam, i w żaden bezpośredni sposób nie mają wpływu na moje życie... z drugiej, widząc, że Ci się udaje wyjść na prostą, autentycznie się ucieszyłem. Przyznam, nawet, że dawno nie dotarł do mnie tak pozytywny news.

Tak czy siak, trzymaj tam się, i wiedz, że tym wpisem mocno poprawiłaś mi dzień.

[p.s] Tak jak przedmówcy już wspominali, po prostu dobrze się te Twoje teksty czyta. Niezależnie od tego jakie emocje stoją za tym co w danym momencie piszesz, zwinnie i ciekawie je wyrażasz.

Fenomen4piorunów

@Fafalala Wspaniałe wieści. I wszystkiego dobrego z okazji urodzin! :birthday:

Pokaż więcej komentarzy (52)

Gruba ryba

w Hydepark

54piorunów

TLDR: Jak różowe ściany mogą napawać lękiem.

54.
Zastanawiam się często, czy po bólu jaki doświadczyłam w życiu wypada mi być szczęśliwą. Znacie tą wątpliwość? To tak jakby ktoś zasadził Ci bułę w ryło, a Ty zamiast płakać czy bać się zaczynasz śmiać się w głos. Zupełnie jakby oszukiwało się system i działało na przekór wszystkiemu. Jestem niezwyciężona czy niezrównoważona? Biorę 500 zł od każdej drużyny i słucham Państwa.

Przybyłam do domu rodzinnego. Obiadki na życzenie, pogaduszki przy kawie z mamą, cała sobota przebimbana w piżamie. Niebo na ziemi... teraz, ale działo się tutaj zdecydowanie zbyt dużo. Nie mogę spać w swoim starym pokoju, bo aż czuje bijącą ze ścian rozpacz. Tam widziałam diabła stojącego nademną o 3 w nocy, tam przelewałam swoją krew w prawie codziennych rytułałach w skarpetę z flagą Kanady, tam myślałam o śmierci przekładając swoje nogi za okno na 10 piętrze i tam chowałam się przed gniewem ojca, modląc się z bezsilności do wgapujacego się upiornie we mnie znad drzwi Jezusa i błagajac o to, by go uśmiercił. Nie wierzę, że to miało miejsce. Nie umiem zestawić się z przeszłością i sobą. Wiem, że mielę ten temat od jakiegoś czasu, ale dopada mnie nawrotowo takie dziwne uczucie, które sprawia że moja przeszłość jest odległa, obca. Zupełnie jakbym obejrzała film ze swojego życia, a nie realnie tego wszystkiego doświadczyła. No nie wiem, dziwne to takie wszystko. Niezrozumiałe i pomieszane.

Jak sobie radzicie z cierpieniem z przeszłości? Daję 10 gum turbo, za każdą strategię i radę.

Gruba ryba4piorunów

Nie mam podobnych doświadczeń, więc i każda rada, która pałęta mi się po głowie, brzmi banalnie. Z tego co piszesz wynika jednak, że jesteś świadoma tego co przeszłaś, wydaje mi się również że znalazłaś sposoby, dzięki którym potrafisz poradzić sobie z sytuacjami, kiedy przeszłość powraca.
Więc radził nie będę, w zamian trzymam kciuki i przesyłam pozytywne wsparcie (nie wiem czemu objawiło się ono w postaci pioruna).

Lider1piorunów

@Fafalala
>Zastanawiam się często, czy po bólu jaki doświadczyłam w życiu wypada mi być szczęśliwą.
Na świadomym poziomie wiem, że znasz odpowiedź na to pytanie. Gdzieś głęboko w podświadomości masz wątpliwości i jest to typowy błąd poznawczy. Wiesz gdzie jest problem, teraz wypadałoby się nim zająć.

>dopada mnie nawrotowo takie dziwne uczucie, które sprawia że moja przeszłość jest odległa, obca. Zupełnie jakbym obejrzała film ze swojego życia, a nie realnie tego wszystkiego doświadczyła.
Bardzo dobrze, jest to zdrowe i stoicy polecają myśleć o swojej przeszłości właśnie w ten sposób. Zdejmujesz wtedy z siebie jej ciężar:
>Wyobrażaj też sobie, że to, co ci się wydaje twoją przeszłością, co pamiętasz z dzieciństwa, młodości, wszystkich lat dorosłego życia, także ostatnie dni, zapisane w twojej pamięci najbardziej żywymi barwami, że wszystko jest jedynie snem albo obejrzanym wczoraj filmem - nic z tego nie jest naprawdę twoje. Twoja dziedzina, twoje jedyne królestwo, jedyna rzeczywista przestrzeń twojego życia zaczyna się w tej chwili, w chwili przebudzenia - a objęcie panowania to przepatrzenie twoich zasobów, wszystkiego, co ci przypadło w udziale, a następnie podjęcie decyzji, jak dzisiaj będziesz tym zarządzał.
>Podobnie wyobrażaj sobie, że jutrzejszy i wszystkie następne dni, lata dorosłego życia, jakie cię jeszcze czekają, następnie starość i umieranie, wreszcie śmierć, czymkolwiek ta ostatnia jest, to inny sen, właściwie baśń, której ci jeszcze nie opowiedziano, a ty słyszałeś dopiero jedynie jej zapowiedź - nic z tego nie jest naprawdę twoje, nic z tego nie musi się przydarzyć tak, jak to sobie wyobrażasz, jak byś tego sobie życzył. Jeśli masz jakieś nadzieje i obawy związane z przyszłością, potraktuj je jak fantazje wokół opowieści, której ci jeszcze nie opowiedziano. Jutro przejdzie ci może nawet ochota, żeby jej wysłuchać.
Tomasz Mazur, Nieustające napomnienia

Pokaż więcej komentarzy (35)

Gruba ryba

w Hydepark

46piorunów

TLDR: Wracam do swojej głowy myśląc o tym kim i czym jestem.

53.
Jak to mówią mądre ludzia, najtrudniej jest zacząć. Dlatego rozpoczynam powolutku od marszu, który zaraz zamieni się w trucht, następnie bieg, by na końcu zapierdzielać na łeb na szyję w szalonym sprincie, czyli w skrócie... chciałbym się streszczać, ale ja już się znam i jak usiądę i zajrzę do tej swojej głowy, to będę miała problem by z niej wyjść. A dzieje się w niej sporo, zresztą jak zawsze.

Pomysł na treść przewijały mi się w głowie w sumie większość czasu. Chyba w jakiś sposób jestem uzależniona od pisania i analizowania siebie i swoich działań. Atencjuszka alert! Nie dzwońcie tylko po wykopków, bo mnie rozszarpią. Nie wiedziałam też do końca, czy chcę się zestawiać obecną siebie z tym co było wcześniej, ale doszłam do jedynej słusznej myśli - i ta i tamta ja, to nadal ta sama osoba, choć potrafi to zaboleć. Zwłaszcza obrazy i poczucie abstrakcyjnosci niektórych sytuacji. To, że można szaleć tak, że tak może boleć ból istnienia, że może mnie tak odcinać od świata. Psychiatryk był dla mnie trudnym doświadczeniem. Nawet wspomnienie tego białego światła, odbijającego się od jasnych ścian aktywuje jakieś dziwne obszary w głowie, doprowadzając do tego, że mnie ściska w klatce piersiowej. Nawet to mnie rusza. Powinni czasem odpalać tam jakieś kolorowe ledy, byłoby weselej, a tak smród, bród i ubustwo. I chrapiacy ludzie, wszędzie w każdej sali. Czasami wręcz łapali synchro. No nie polecam ogółem, chyba że chce się mieć dużo czasu na czytanie książek i spanie to wtedy tak.

Co do samopoczucia, to często czuje że chodzę po krawędzi. Nie wiem, czy czuje się dobrze i radośnie, czy do drzwi puka już hipomania. To wydaje mi się najgorsze, że sam nie wiem skąd wynika mój stan. Czy podejmuję się nowych działań, bo mam do tego gotowość, czy może poszukuję zwiekszonych bodźców? Czy gniew na innych wynika z potrzeby wyznaczenia granic, czy wykazuje zwiększony poziom rozdrażnienia? Czy radosny zryw tańca na ulicy jest wynikiem osobistej ekspresji i czucia muzyki, czy może znowu powoli odrywa mnie od norm społecznych? Gubię się w tym wszystkim, tego co jest moje, a co jest chorobą. Zabiera mi to osobowość. Lecz dla mnie wszystko jest okej, czuje się dobrze i tylko łykanie dzień w dzień różnorakich piguł ratuje mnie od szaleństwa, a zarazem bólu istnienia. W sumie dobrze że są.

Dobra, już widzę że nie udało mi się krótko. Bywa, z fartem. A! Dzięki że jesteście. Myślę, że tworzymy tutaj coś wyjątkowego.

PS Pochwalę się, że rozkręcamy poradnię zdrowia psychicznego i dołączyłam do zespołu orzecznictwa o niepełnosprawności dzieci. To dla mnie duży krok w karierze. Jest trudno, czasem bardzo trudno, zwłaszcza na początku, ale myślę że będzie warto. Fun fact: sposobem na określenie tego czy ktoś jest - powiem to niegrzecznie -"spierdolony" jest głosowanie. Tak też banda różnorakich specjalistów i psychiatra na komendę przewodniczącego podnoszą pokornie rączkę do góry, zupełnie tak gdy zgłaszało się do odpowiedzi w szkole. Później zlicza się głosy i większość wygrywa w pojedynku. Bawi mnie to, że tak infantylna rzecz decyduje o tak ważnym aspekcie życia innych.

Lider1piorunów

@Fafalala
>Chyba w jakiś sposób jestem uzależniona od pisania i analizowania siebie i swoich działań.
Polecam pisanie dziennika codziennie, albo co drugi dzień byle by regularnie. Widać, że masz taką potrzebę, a może i częściej by Ci się samoistnie napisało coś fajnego czym byś się tu z nami podzieliła.
Wpis bardzo fajny, lubię ten Twój styl pisania. 😉 To dobrze, że jest dobrze, a to, że się gubisz i nie wiesz co jest od Ciebie a co od choroby, to cóż sądzę, że każdy tak ma, ale niewiele osób się nad tym zastanawia.
'Co jest moje a co mi się przypałętało c⁎⁎j wie skąd?' - Myślę, że każdy powinien sobie stawiać takie pytanie i im częściej tym lepiej. Ty to robisz i idziesz dzięki temu w stronę rozwoju samoświadomości a to jest niekonczaca się, ale też ciekawa droga.
Fajnie, że udało Ci się załapać tak ciekawą pracę. Podziel się czasem jakimiś smaczkami bo strasznie mnie interesują tego typu tematy. :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (26)

Gruba ryba

w Hydepark

74piorunów

TLDR: Zapraszam na wywiad że mną.

52.
Dzisiaj króciutko.
O 16:30 w radiu Pik będziecie mogli posłuchać wywiadu ze mną w którym opowiadam o swoich zmaganiach z tematem samookaleczeń i procesem tworzenia komiksu "Przerysowani", gdzie użyczyłam swojej historii.
Wywiad w sumie nie wiem jak wyszedł, raz nas rozłączyło bo w pracy mam okropny zasięg. :p Gadałam też trochę od rzeczy, tak jak mam to w zwyczaju, ledwo powstrzymałam się o opowiadaniu o kozach, albo mówiłam o tym, już nie pamietam. XD
Jezeli ktoś jest ciekawy tego tematu to zapraszam, chociaż wydaje mi się że wyszło trochę dziwnie.
I CO NAJWAŻNIEJSZE, jeżeli ktoś w waszym otoczeniu zmaga się, albo zmagał z tym tematem może warto dać im cynk o tym. Temat jest wyjątkowo niszowy, więc tym bardziej warto w ten sposób komunikować o tym problemie. Dodam, że nie traktuję się jako jakiś autorytet w dziedzinie rozcinania swojej skóry, ale chciałabym, tak bardzo bym chciała choć trochę ulżyć i uświadomić tych, którzy myślą, albo już działają w tym zakresie.

No i teraz widzę, że znów nie wyszło mi to krótko. Zdecydowanie jestem bardziej into pisanie, niż gadanie. XD

Gruba ryba5piorunów

@Fafalala Wysłuchane.
Trzymaj się tam dziewczyno. Będzie dobrze.

Pokaż więcej komentarzy (75)

Gruba ryba

w Hydepark

56piorunów

TLDR: Jak mi minął ten dziwny rok i czy zmiany w zdegradowanym mózgu są jeszcze możliwe.

51
Gdy tak sobie myślę, to ten rok był wysoce kluczowy dla kolosalnych zmian w mojej głowie i aby to zapamiętać i uporządkować, połasiłam się na ten wpis.

- Styczeń: Raz dołeczek, raz góreczka. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co to oznacza.

- Luty: Odrwa mnie coraz bardziej, ale jeszcze na poziomie jest chujowo, ale stabilnie.

- Marzec: Przestaje powoli kojarzyć co się wokół mnie dzieje. Utykam na kanapie śpiąc po 13h i marząc o śmierci, albo latam pięć metrów nad ziemią śpiąc po 3h dziennie. Kolory, muzyka, emocje - wszystko jest bardziej intensywne. Problemy się nawarstwiaja, biorę kredyty, unikam obowiązków. Jest w pytę.

- Kwiecień: Mam tę moc!! Mańka wjechała na pełnej. Tańczę na ulicy, wyzywam obcych ludzi, rzucam pracę, biorę narkotyki i mówię że mam nadludzkie moce. Karuzela kręci się już tak mocno, że zaraz odkręci się śruba i wszystko poleci w kosmos. Pierwszy raz dzwonię na telefon zaufania, gdy zaburza mi się poczucie rzeczywistości świata. Potem do psychiatry, a po wizycie już nie wróciłam do domu. Pierwszych tygodni nie pamiętam, wciąż jechałam na benzo i spałam, spałam, spałam prosząc w przebłyskach aby mnie zabili.

- Maj: Wkręcam się już w psychiatryczny wir. Chodzę w kółko całe dnie, biegam zamiast chodzić, bawię się i cierpię. Próbuje się zabić, bo już nie mogę tego wytrzymać. Po próbie trafiam na oddział intensywnej obserwacji. Zaraz po tym opowiadam lekarzom o skorpionach. No po⁎⁎⁎⁎ne. Czytam z pasją o stolicyzmie- dzięki za inspirację @splash545. Słoneczka doświadczam tylko na spacerniaku i świrko-wycieczkach do lasu raz w tygodniu, ale to jak się było grzecznym. Do teraz nie mogę sobie poradzić z niektórymi rzeczami, które się tam działy, a najgorsze z tego wszystkiego było zniewolenie. To że jesteś uwiazany do miejsca, z którego zwyczajnie nawet jak chcesz to nie wyjdziesz. Wola należy do ludu wszech lekarzy. Ludzie przychodzą i odchodzą, najróżniejsi i najdziwniesi, a ja nadal jestem. Tylko Franek i Tomek byli że mną zawsze. Dzięki chopaki!

- Czerwiec: Wychodzę na prostą, leki zaczynają mnie skutecznie stabilizować, nie czuje musu aby opowiadać ordynatorowi oddziału na obchodzie o swoich snach. Szacun dla niego, że zawsze mnie uważnie słuchał. XD Jakoś pod koniec miesiąca wychodzę, po 2,5 miesięcznym pobycie w czubkolandi, z diagnozą zaburzeń afektywnych dwubiegunowych i cPTSD. Wszystko to co się działo było straszne i zabawne zarazem. Czułam się jak zwierzak z zoo wypuszczony na wolność, ale musiało być przypałowo nie raz, w końcu trafiło się na swoich.

- Lipiec: Od razu idę do nowej pracy, a to był błąd. Byłam zagubiona, zagubiona i jeszcze mocniej zagubiona. W tym miesiącu była walka aby nie pogrążyć mojej reputacji w pracy. A Pani Doktor mówiła, żebym sobie odpoczęła, no i kurde miała rację. Ale cóż, walczyłam, przynajmniej za dobre pieniądze. Nawet łyknełam wakacji. Odhaczyłam Pol'and Rock i Uroczysko. Było za⁎⁎⁎⁎scie. Zaczynam też terapię grupową dla osób z CHAD. Dzięki temu przestałam się czuć tak wyobcowana w swoich doświadczeniach. To też pozwoliło mi się poczuć mniej poza społeczeństwem. No i leki, leki trzeba brać, bo Pan Krzysio byłby rozczarowany.

- Wrzesień: Chodzę na terapię, PTSD chce mnie zabić. Ale nie dam się. Nie po tym wszystkim. Leki pomagają, otoczenie też mimo że nadal widać widmo wcześniejszych wydarzeń.

- Październik: Stabilizuje się, rosnię w siłę. Ogarnia mnie osobliwe uczucie, że jestem silna i że warto walczyć o siebie samą. Nie wiem czy kiedykolwiek tak miałam. Zaczynam dbać o siebie i idę pierwszy raz na paznokcie. Niby głupota, ale w końcu przestałam brzydzić się swoich dłoni. Zaczynam być w swoim rozumieniu kobietą. Pozdro @szkocka.

- Listopad: Zaczynam wiedzieć kim jestem, że to moja wola kształtuje rzeczywistość i że złość nie może być na cenzurowanym. Kończę 2 letnią terapię, z dwóch powodów: wyciągnie brudów zaburzało mój spokój, na co nie jestem gotowa i zaczynała mnie wkurwiać moja zbyt metodyczna terapeutka. Mój związek przechodzi potężny kryzys, ale o dziwo nie myślałam o śmierci. Za to przybiła bym sobie piątkę. Nowe koleżanki z pracy dostarczają mi wiele radości. Śmieje się nim tak jak dawno się nie śmiałam. To im pierwszy raz wyznałam, z jaką chorobą się mierzę. Wyszło naturalnie i bez wstydu. W końcu to cześć mnie. Trochę niechciana, ale wciąż ja. Moja dziwna, trzecia ręka.

- Grudzien: Czasem walczę z demonami, ale trzymam fason. Wiem, że czasem może boleć i pewnie będzie, ale nie muszę już z tym walczyć gdy nie mam sił, a tym bardziej się tego wstydzić. Jestem z marmuru, przynajmniej z zewnątrz, ale czuję się wspaniale. Przeszłam wielką drogę i jestem z siebie bardzo, bardzo dumna, chociaż gdybym mogła pominęła bym pewne elementy if u know what I mean. Rok kończę słuchając muzyczki pod kocykiem, pełna spokoju i zdrowej radości. Piszę sobie do Was Hejciaki na sam koniec, bo bardzo to lubię.

Wszystkim najlepsiejszego i jeżeli tego potrzebujecie, to wiedzcie że z każdego gunwa da się jakoś powoli wypełzać, chociaż 12 miesięcy temu na coś takiego za śmiałabym się w głos.

Dobra, już przestaje produkować dalej ten dlugaśny tekst. Bawcie się dobrze tak jak lubicie i bezpiecznie. Do usłyszenia w nowym roku. 🙂

Autorytet6piorunów

@Fafalala Fajnie, że Ci się udało zrobić taki mega progress. Kciuki dalej trzymam, oby 2025 był jeszcze lepszy 😉

Pokaż więcej komentarzy (16)

Gruba ryba

w Hydepark

71piorunów

WARNING: Wpis porusza wiele trudnych tematów, więc żeby sobie nie psuć nastroju w ten piękny, poniedziałkowy poranek, jeśli chcesz czytać to polecam zostawić sobie lekturę na wieczór. Piszę o tym, tak na zaś, bo nie chcę aby było komukolwiek gorzej, przez moje literackie maziaje.

TLDR: Cierpiałam, cierpię i będę cierpiała, ale to nie znaczy że nie mogę być szęśliwa - czyli nie praktyczny przewodnik po cPTSD cz. 1.

50.
Patrzcie! Właśnie wypuszczam w swojej karierze 50 album! Nie wiem jak do tego doszło, ale jestem dumna z siebie i ze swoich czytelników. Poza tym, że jesteście niesamowitymi i mądrym w swoim podejściach ludźmi, to jesteście dla mnie zwyczajnie dobrzy robiąc mi najlepszy grunt pod moje wyznania i zmiany. Dziękuję Wam ludziska, jesteście Wielcy!
Kocham Cię również hejto, za to że dałeś mi idealną przestrzeń do rozpoczęcia procesu pisemnej autoterapii. Gdyby nie Wy i miejsce w którym jesteśmy tutaj wspólnie, w wielu sytuacjach wybrałabym inną ścieżkę, która być może doprowadziła mnie do innego, być może gorszego miejsca, a na ten moment cieszę się będąc tu gdzie jestem.

Wybaczcie również że milczałam, dając Wam wyłącznie strzępki informacji, ale powodów ku temu jest wiele, ale głównym z nich jest to, że bałam się, że znów zacznę pisać i zacznie się robić ze mną gorzej. Mimo tego strachu, czuje się w końcu gotowa, aby choć trochę zacząć się z tym zmierzać. Mam coraz stabilniejszy grunt pod nogami i to mnie niesamowicie cieszy. Do tej pory próbowałam zapomnieć o pewnych rzeczach, ale to zwyczajnie nie działa. One nadal dobijają się z podświadomości do świata w którym obecnie jestem. Trują mnie i zaburzają rzeczywistość. Karzą mi być i tu, i tam zarazem, wpływając na umysł i ciało. Każdy atak flashbacków, to jak dostanie fajerwerkiem prosto w goły tyłek- boli tak mocno, że aż odcina Cię od rzeczywistości.

Zaczynając pisać i wiedząc już o czym pocę się i jest mi tak strasznie gorąco. Pojawia się, ten charakterystyczny ścisk w klatce piersiowej, a ja zawieszam się raz za razem w reakcji obronnej na zbyt dużą ilość stresu. Wszystko sygnalizuje mi to, że wchodzę na niebezpieczny teren. Nie chcę, ale trochę muszę. Tym razem to ja chcę być górą, więc aby to osiągnąć muszę pisać, mówić, wypluwać treść, w nadziei że zadziała to równie oczyszczająco, jak bełt po zbyt mocnej libacji. Tylko to będzie taki paw, że wanna nie starczy, aby go pomieścić. Takie duże to będzie ptaszysko. Okej, odleciałam, czas wrócić do tematu...

Dopadają mnie wspomnienia, zawarte w jakimś zagmatwanym łańcuszku:

- pierwszy upadek- osoby, które powinny mnie zbudować najlepiej jak mogą na resztę czasu bytowania na świecie sp⁎⁎⁎⁎zyli sprawę po całości. Znając od podszewki tajniki rozwoju psychospołecznego człowieka, również pod tym neurologiczny kątem, wiem że jestem zrujnowana w każdym aspekcie i to już tak nieodwracalne. Przegrałam w loterii życia już na starcie. Tak jak wielu z nas. Wyrywane ucho, trzaśnięcie pasa, ucieczki z domu, ciemno, zimno, ławki na których spędzaliśmy czas, prześladowania, groźby odebrania sobie życia. To są niektóre z klatek, które budzą się jak diabły o 3 w nocy.

- drugi upadek- obcy człowiek, wykorzystujący naiwność małego dziecka, zabił mnie, zabił małą mnie. Deklaracja, słowa, rury, ból, smród piwnicy, to do mnie wraca jak bumerang, który za każdym razem jak nawraca napierdala mnie prosto w twarz. To boli najmocniej.

- trzeci upadek - szkoła, która gnebiła mnie tak wiele lat w obliczu niezrozumienia tego, jak bardzo mało wydajny jest człowiek będący stale w trybie przetrwania. Ja walczyłam o życie, to czym dla mnie ma być walka o oceny?! Kolejne klatki, kolejne bolesne emocje, porażki które niszczą powolutku poczucie własnej wartości.

- czwarty upadek- samookaleczenia, jako próby urealnienia bólu fizycznego. Jak mogło być dobrze na zewnątrz, kiedy w środku byłam płonacym wysypiskiem? Tak nie mogło być. Ból ranionego ciała, mięso, otwarte rany, kąpiele we własnej krwi, opatrywanie i ukrywanie aktów brutalności w stosunku do własnej siebie, blizny rosnące jak grzyby po deszczu w szczycie sezonu pokazujące rosnący poziom degradacji. Czuję wstęt i żal z tego powodu, ale wiem że nie mogło być inaczej. Niestety.

- piąty upadek - procesy sądowe, które wytaczalam ja sama, jako młoda dorosła przeciwko mojemu ojcu. To ruszyło kolejkę pędzącą ku zmian. Pozew pisałam razem z przyjaciółką, dzień przed maturą z polskiego. Nasze przygotowania skupiały się na googlowaniu treści sądowych, a nie na przypominaniu sobie "Lalki". That's fucking normal. Czekanie przed salą sadowa w epogeum stresu, niepewności co do własnych racji, widok twarzy oprawcy, gdzie wciąż zwyczajnie się go bałam i te głupoty, które z pokorą musiałam wysłuchać.

- szósty upadek- uzależniona przyjaciółka, która dzwoniła do mnie o każdej porze prosząc o kasę na kolejną działkę, bo się zabije na zejściu. Nigdy nie sądziłam, że można mieć objawy odstawinne, bez zażywania. A jednak. Z każdym telefonem, trzęsłam się i automatycznie zalewałam zimnym potem. Pomaganie przy wkłuwaniu się, słowotok, trzęsące ręce, jej zdesperowana twarz i próby utrzymania jej przy życiu, to że mną zostanie.

Później upadłam raz za razem, tym razem wtórne. Te klatki, te upiorne klatki ranią jak ostrza. Staram się sobie z nimi radzić, ale momentami nie mam sił, dlatego muszę tutaj przerwać. Jak będę gotowa napiszę resztę.

PS Miłość wygrała, tak po prostu. Bolało, ale tak kurawsko ale teraz jestem szczęśliwa z osobą, którą kocham i która kocha mnie. Muszę zmienić parę rzeczy, ale to jest proces, który idzie w dobrą stronę. Czuję się, też mocniejsza sama ze sobą, więc łatwiej, a zresztą! Jest po prostu okej. Nie będę się rozpisywać w kolejnym wątku, i tak ten wpis jest przeraźliwie długi.

Gratuluję jeżeli tutaj dotarłeś i dziękuję, że jesteś, bo przyznaję- nie piszę tego tylko dla siebie. Piąteczka!

Lider4piorunów

@Fafalala najważniejsze, że idzie w dobrą stronę, oby tak dalej. 😉

Wirtuoz1piorunów

Bubka (również nie czytałem wpisu bo na hejto jest za dużo dramatów a za mało króliczków)

Pokaż więcej komentarzy (35)

Gruba ryba

w Hydepark

112piorunów

49.

25.11 skończyłam 2 letnią terapię, bo byłam na to gotowa.

2h później skończył się mój 11 letni związek, na co już nie byłam zupełnie gotowa.

Ja tylko chcę, aby było choć trochę okej.

GURU26piorunów

związki są nie fajne
np taki związek radziecki

Lider9piorunów

@Fafalala slowa wspolczucia jakies bym wykaraskal ale sam jestem swiezo po zakonczeniu zwiazku. Ale ten to pikuś, w zgodzie i zrozumieniu. Poprzedni to byla jazda, po 12 latach typiara znikla z polowa mojego inwentarza w tym calym hajsem jaki mialem w domu. Znikla jak duch. Trzymaj sie tam, jakbys chciala komus ponarzekac to zapraszam na PW. :)

Pokaż więcej komentarzy (31)

Gruba ryba

w Hydepark

78piorunów

TLDR: Próbuje się odnaleźć, wciąż i wciąż i wciąż.

48.
Wybaczcie, że tyle milczałam, nie miałam przestrzeni ani chęci by pisać. Chyba trochę umarł we mnie ten pisarski sznyt. Jeszcze go spróbuję reanimować...ale nie tym razem, bo będzie krótko, chyba.

Szukam się, szukam się na milion sposobów. Na terapii, na grupie, u lekarzy, przy dobieraniu leków, rano gdy wstanę szykując się do pracy, aż do momentu gdy zasypiam i topię się w swoich myślach. Nie jest łatwo Wam powiem. Czuję tę górę lodowcową sam szczyt i może lekko pod powieszchnia, ale głębiej nadal ciemno. Daje sobie czas, bo podobno czas nie goni nas. Podobno.

W ostatnim też czasie, przymuszona swoją sytuacją życiową powoli zaczynam budować swoją autonomię tak na zdrowo. Czuję coraz bardziej co jest moje, a co innych. Nie zawsze udaje mi się wybrać czy nawet sobie uświadomić odpowiedni wybór, ale lekko coś tam w środku kiełkuje. Obciążona ciągłym strachem przed odrzuceniem, popełnieniem pomyłki czy bolesną ocena coś we mnie kliknęło, że nie muszę się tak płaszczyć i błagać o miłość, bo przecież mam ją w sobie. Brzmi to jakbym wyrwała kilka losowych słów z akapitu słabego romansidła, ale może i w nich jest trochę prawdy. Gdy już to poczułam trochę rzeczy w mojej głowie stało się jakby jaśniejsze. Mam szczerą nadzieję, że i w Was znajduje się taka potężna wewnętrzna energia zwana miłością.

Anyway zaczynam czuć, że idę dobrą drogą.

PS Ja chyba jednak nie umiem w krótko.

Inspirator2piorunów

Miło Cię widzieć :slightly_smiling_face: Poprzedni wpis był znacznie bardziej pesymistyczny, nieco mroczny, więc tym bardziej dobrze jest przeczytać, że jest dobrze, lub przynajmniej choć odrobinę lepiej.

Wirtuoz2piorunów

@Fafalala fajnie było przeczytać parę słów od Ciebie, takich od siebie. Trzymaj się cieplutko bo za oknem już potrafi złapać chłód
Za to zachody ostatnio magiczno czerwienią się.

Pokaż więcej komentarzy (27)

Gruba ryba

w Hydepark

63piorunów

TLDR: Nie mam dobrych wieści, czuje że jestem zepsuta.

47.
Jestem zmęczona, jestem zmęczona sobą. Swoimi rozkinami, lękiem jaki się z tym wiąże. Tego że nie wiele jestem w stanie coś ze sobą zrobić, bo w kółko blokuję mnie nie tylko głowa ale i ciało. Jestem jednym i drugim zawiedziona, żałuję że taka jestem i nienawidzę się. Nawet już nie wiem co mogę zlokalizować przyczyny aby z tym walczyć. Czyje się przegrana na całej lini. Boli mnie to i zabiera chęć do działania ze sobą, tak aby o siebie zadbać, zainwestować, zaangażować się w coś nowego.

Czy jest jeszcze dla mnie nadzieja?

Wiem że nie powinnam tak o sobie myśleć na poziomie racjonalnym, ale w środku czuje coś zupełnie innego. Trujacego i paraliżującego. Gdy mam natarczywe myśli moje serce przyspiesza, ciało sztywnieje, mózg z produkcją lękowych myśli pracuje na najwyższych obrotach. Nie umiem tego zatrzymać. Męczę się i wręcz boli to wszytko. Nie chcę tak żyć.

Przy lekach emocje te nie były tak silne, ale nie czułam nic i bolało mnie to również. Funkcje poznawcze i społeczne spadły do minimum. Nie mówiąc już o skutkach ubocznych, które czułam na ciele. Nie widzę dla siebie dobrego wyjścia z tej sytuacji co dodatkowo obniża poziom motywacji aby o siebie zawalczyć.

Nic mi się nie chce, nawet oddychać. Działam wbrew zmęczeniu. Na tym etapie uważam to za czyn heroiczny. Tak proste rzeczy mnie wykańczają i czuje że więdnę. Ale walczę, nadal walczę, chociaż jestem już tym bardzo zmęczona. Muszę to przetrwać i utrzymać się na powierzchni. Trzymajcie za mnie kciuki.

Fanatyk4piorunów

Ja się trochę pogodzilem, że w niczym nie jestem na tyle dobry, żeby powiedzieć, że się znam. A już na pewno nie w czymś, co by się mogło przydać, aby przeżyć, czytaj zarobić na chleb. Trochę to kłopot, ale jakoś będzie chyba.
Męczące, demotywujace, ale z czasem się przyzwyczaja człowiek chyba.
Tak mi się zdaje.

Gwiazdor1piorunów

Trzymam kciuki

Pokaż więcej komentarzy (38)