Tytuł: Miasto na Marsie. Czy możemy skolonizować kosmos, czy powinniśmy to robić i czy naprawdę mamy to dobrze przemyślane?
Autor: Zach Weinersmith, Kelly Weinersmith
Kategoria: popularnonaukowa
Wydawnictwo: Insignis
Format: książka papierowa
ISBN: 9788368352153
Liczba stron: 573
Ocena: 8/10
Książka obdzierająca ze złudzeń, że za naszego życia zaczniemy kolonizować Księżyc, Marsa czy inne planety (nie mówię o stacjach badawczych!).
Poruszone są tu praktycznie wszystkie najważniejsze kwestie. Od jedzenia, wydalania czy seksu w kosmosie. Braku wiedzy jak na ludzkie ciało będzie oddziaływać długotrwałe przebywanie w kosmosie.
Szereg niebezpieczeństw, które się czają aby nas zabić gdy wychylimy się poza ziemską magnetosferę.
Typy potencjalnych baz i jak wiele z nich to tylko mrzonki, niedostępne przy obecnych technologiach.
Wszystko okraszone zabawnymi rysunkami jednego z autorów (kreskę możecie kojarzyć z https://www.smbc-comics.com/).
Lekko nudniejszy rozdział związany z kwestiami prawnymi. Aczkolwiek bardzo ważny jeśli się zastanawiamy czy w kosmosie mogą powstać nowe niezależne państwa.
Tytuł: Historia makaronu w dziesięciu daniach. Od tortellini do carbonary
Autor: Luca Cesari
Kategoria: historia
Wydawnictwo: Znak Koncept
Format: książka papierowa
ISBN: 9788324084159
Ocena: 7/10
Książka, która ma być prezentem dla ukochanej na urodziny. No ale jak tak leżała i kusiła... (wyjątkowo książka, nie ukochana, której przez weekend nie było akurat) - proszę Jej o tym nie mówić xD
Nie zaskoczę o czym jest ta książka - autor wykonał fantastyczną robotę badając źródła pisane w poszukiwaniu pochodzenia poszczególnych dań makaronowatych jak i sprawdzając, na ile autentyczne są te "jedyne i autentyczne" przepisy wywodzące się z włoskiej tradycji. No i cóż, ani zdecydowanie nie są jedyne, ani zdecydowanie nie są autentyczne xD Zdecydowana większość obecnych ustalonych przepisów wywodzi się z pierwszej połowy XX wieku, nie wspominając już nawet o fettuccine alfredo czy spaghetti bolognese, których najpewniejszym źródłem są włoscy imigranci w USA. Ba, nawet takie "zbrodnie" jak śmietana w carbonarze ma swoją historię 😉 Natomiast lazania (językowo związana z naszym tortem!) czy gnocchi (acz oczywiście w mącznej formie, jako że ziemniaki są stosunkowo świeżym "wynalazkiem" kulinarnym pochodzącym z Ameryki) mają ładną, wielowiekową tradycję, choć przepisy oczywiście wielokrotnie się na przestrzeni wieków zmieniały.
Książka nie jest dla osób, które nie znają się na włoskiej kuchni - dużo tam kulinarnych sformułowań, które autor w miarę możliwości próbował tłumaczyć, ale nie zawsze się udawało. Zresztą tłumacz zrobił naprawdę fajną robotę, tłumacząc cytowane włoskie przepisy sprzed setek lat za pomocą archaicznego języka - głębokie ukłony za to! Natomiast przeogromny minus jest za brak JAKICHKOLWIEK zdjęć, obrazków, grafik, tabel - nic, zero, null. Wydawałoby się, że to idealna książka do bycia uzupełnioną sferą graficzną, natomiast prawdopodobnie wzorem oryginału nie ma nic. Wielka szkoda.
Podsumowując świetna książka żeby zgarnąć dużo ciekawostek o włoskiej kuchni, ale bariera wejścia jest niestety dosyć duża, a czytanie nie sprawia aż takiej przyjemności, jaką by mogła.
Po zeszłotygodniowych wydarzeniach z polskich szkół stwierdziłem, że w sumie mam na półce książkę, która mogłaby pomóc zrozumieć dlaczego do takich ataków dochodzi - mowa o reportażu pokazującym chyba pierwszy największy atak tego typu... który okazał się kompletną porażką, a mimo to niestety zyskał niesamowitą popularność.
Tak, 14 zgonów (+2 sprawców) to naprawdę niewiele w porównaniu do tego, czym atak miał się stać. Na szczęście dla wszystkich, umiejętności Erica Harrisa były zdecydowanie niewystarczające by zbudować działające bomby, które docelowo miały doprowadzić do śmierci nawet ponad 0,5 tys. nastolatków i dorosłych. Mimo tej niewątpliwej porażki, Harris i Klebold stali się "bohaterami" dla wielu nieletnich napastników, którzy próbowali powtarzać ich wyczyny w amerykańskich (i nie tylko) szkołach.
Książka zaczyna się na kilka dni przed samym zamachem i pokazuje kluczowe godziny doprowadzające do ataku, po czym rzetelnie i dokładnie relacjonuje niecałą godzinę dramatu dziejącego się w szkole... który niedoświadczona w traktowaniu aktywnych strzelców policja niepotrzebnie rozciąga do wielogodzinnej akcji, co doprowadza do śmierci niektórych osób, które mogły zostać uratowane. Następnie przechodzi w zasadzie naprzemiennie do zarówno wydarzeń sprzed zamachu, pokazujących drogę nastoletnich przestępców do zrealizowania swojego planu (a także kto i gdzie zawodził, żeby można było mu zapobiec) jak i wszystkich następstw ataku - zarówno ze strony ofiar i ich rodzin, losu samej szkoły, postępowań władz i służb porządkowych, a nawet zachowania rodziców sprawców, co jest moim zdaniem naprawdę dużym plusem.
Ten brak oddzielenia od siebie przeszłości i następstw ataku jest jedynym i zdecydowanie najpoważniejszym zgrzytem - moim zdaniem dużo lepiej było wyraźniej oddzielić te dwie części, kompozycja niestety niekoniecznie sprzyja płynnemu czytaniu.
Bardzo cieszy mnie, że w książce uwzględniono również stan psychiczny autora, który nie kryje jak trudnym doświadczeniem dla niego było spędzone prawie 9 lat na śledzeniu i zgłębianiu szkolnego dramatu, by móc go w jak najlepszym stopniu oddać czytelnikom.
@bojowonastawionaowca akurat wróciłem z biblioteki z tą książką :grinning: miałem na półce do przeczytania i też niedawne wydarzenia zachęciły mnie aby się za nią wziąć
Zawsze podchodzę z pewną ostrożnością do książek opartych na grach komputerowych. Szczególnie gdy mowa o horrorze, w którym ogromną rolę odgrywają atmosfera, dźwięk i sposób przedstawienia otoczenia. Layers of Fear było przecież grą, której największą siłą nie były potwory czy wyskakujące zza rogu straszydła, ale powolne odkrywanie historii człowieka pogrążającego się w szaleństwie. Marta Bijan postanowiła wrócić do tego świata i muszę przyznać, że zrobiła to naprawdę dobrze.
Akcja Oni wrócili rozgrywa się w posiadłości doskonale znanej osobom, które miały okazję poznać historię z gry. Tym razem jednak zamiast malarza obserwujemy pisarza, który wraz z żoną i synem próbuje prowadzić w tym miejscu zwyczajne życie. Mężczyzna pracuje nad kolejną książką, zmaga się z problemami twórczymi i alkoholowymi, a jego rodzina stopniowo zaczyna się rozpadać.
I właśnie ten powolny rozpad jest dla mnie najmocniejszym elementem powieści. Najbardziej podobało mi się obserwowanie głównego bohatera, który krok po kroku zatraca się we własnym obłędzie. Początkowo wszystko wydaje się jeszcze stosunkowo normalne. Pojawiają się drobne nieporozumienia, dziwne zachowania, pierwsze sygnały świadczące o tym, że coś jest nie tak. Bohaterowie nie zdają sobie jednak sprawy z tego, co właściwie dzieje się wokół nich, a może po prostu nie chcą tego dostrzec.
Z każdą kolejną stroną sytuacja staje się coraz bardziej niepokojąca. To, co wcześniej można było wytłumaczyć zmęczeniem, frustracją czy problemami rodzinnymi, zaczyna przybierać znacznie mroczniejszą formę. Granica między rzeczywistością a wyobraźnią stopniowo się zaciera, a my coraz częściej zastanawiamy się, czy możemy wierzyć temu, co opowiada nam główny bohater. A to nie tylko jego perspektywę tu poznamy, co też jest ciekawym zabiegiem autorki.
I to jest właśnie ten rodzaj horroru, który lubię najbardziej. Nie potrzebuję nieustannego straszenia, makabrycznych scen czy potworów. Znacznie ciekawsze jest dla mnie obserwowanie człowieka, który powoli traci kontrolę nad własnym umysłem, a wraz z nim nad wszystkim, co do tej pory uważał za pewne.
Świetnie wypada również sama posiadłość. Znajomość jej historii z gry dodaje kolejną warstwę niepokoju. Wiemy przecież, co wydarzyło się tutaj wcześniej, i trudno oprzeć się wrażeniu, że dom w jakiś sposób przechowuje tragedie swoich mieszkańców. Czy to miejsce rzeczywiście jest przeklęte? Czy może po prostu kolejny człowiek powtarza błędy swojego poprzednika?
Podoba mi się też sposób, w jaki autorka pokazuje rozpad rodziny. Nie następuje on nagle, w wyniku jednego dramatycznego wydarzenia. To proces rozciągnięty w czasie, na który składają się kolejne zaniedbania, niedopowiedzenia, obsesje, zatracanie w sobie i coraz większe oddalenie od najbliższych. Najbardziej przerażające jest chyba to, że bohaterowie przez długi czas nie dostrzegają, jak bardzo ich świat zdążył się już zmienić.
"Oni wrócili" jest dla mnie przede wszystkim bardzo udanym studium człowieka popadającego w obłęd, a dopiero w drugiej kolejności klasycznym horrorem o nawiedzonym domu.
Do przeczytania książni nie jest potrzebna znajomość gry, choć zdecydowanie pomaga i ułatwia imersję. Zdecydowanie polecam, jeśli jesteście fanami Layers of Fear, jeśli nie, to będzie to raczej horror jakich wiele.
Skoro juz przesluchalem prequel o protoplastach dynastii Jagiellonow - stwierdzilem ze warto kontynuowac. Jako ze nie byl to okres nieprzerwanego rozpierdolu jak za kolejnych monarchow to jakos o tych czasach wiedzialem sporo mniej. I wiedzialem, ze niewiele wiedzialem.
Ksiazka napisana bardzo przystepnym jezykiem i mocno casualowa - duzo bardziej jak dwie poprzednie ksiazki historyczne z ktorymi sie zmierzalem. Czasem az za bardzo autor probuje odnosic sprawy do wspolczesnych tematow - tez zapewne by przecietnemu czytelnikowi wyjasnic problem. Ksiazka napisana chronologicznie, co ulatwia sluchanie przez audiobooka (ta o Litwie byla raczej tematami - najpierw temat X przez 60 lat, potem cofka i temat Y przez 60 lat). Kazdemu krolowi poswiecone niemalo - nawet tym o ktorych w zasadzie nie ma w nauczaniu szkolnym - Janie Olbrachcie i Aleksandrze (ktorych notabane obu raczej ukazuje w pozytywnym swietle). Autor stara sie byc raczej obiektywny i bardzo czesto prezentuje krytyczne uwagi wobec zachowywania krolow i ich dworu. Takze poruszane sa (dosc pobieznie) watki o Jagiellonach co krolami Polski nie zostali - w tym o tych wladajacych Wegrami, a takze jest rozdzial o Annie Jagielonce (siostra Zygmunta Augusta, zona Walezego i Batorego, ciotka Zygmunta III Wazy)
Samej historii streszczal nie bede, ksiazke moge polecic. Nie jest to taka co zmieni moje zycie czy ze mm chec od razu powtorzyc (jak mialem z ta o Litwie), ale dobrze ze przeszluchalem. A Wladyslaw III Warnenczyk to tempy c⁎⁎j.
PS: Taki disclaimer. W bookmeterze moze sie wydawac ze mam niskie wymagania bo w zasadzie kazdej ksiazce daje 7-9/10. Coz, powody sa dwa. 1 - jak mi sie ksiazka nie podoba albo zaczyna nuzyc mam zero oporow, by przerwac ja w polowie. 2 - Nie wybieram ksiazki bo jakis temat mnie ciekawie. Patrze jakie sa ksiazki z dobrymi ocenami i jak mi sie podoba temat to czytam :smiley: W beletrystyce nie zawsze sie sprawda (przyklad Ani Kantoch - dwie moje zdecydowanie ulubione jej ksiazki maja najnizsze oceny u czytelnikow), ale w historycznych jeszcze sie nie przejechalem na tym, bo przypadkowe osoby raczej nie czytaja ich
Autor: Lee Child, Andrew Child Seria: Jack Reacher - Tom26
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Wydawnictwo: Albatros
Format: audiobook
Liczba stron: 384
Ocena: 7/10
Po 26 tomach przygód Jacka Reachera coraz trudniej mi napisać o tej serii coś odkrywczego. Mam nawet wrażenie, że można podzielić jej książki na kilka kategorii, a "Lepiej już umrzeć" idealnie wpisuje się w jedną z moich ulubionych: _Reacher przypadkowo trafia do pipidówy, spotyka kogoś, komu trzeba pomóc, a następnie wplątuje się w niezłe bagno, z którego nie wszyscy wychodzą żywi_.
Tym razem trafiamy do Los Gemelos, podupadłego miasteczka w Arizonie, niedaleko granicy z Meksykiem. Reacher spotyka tam Michaelę Fenton, byłą agentkę FBI, która próbuje odnaleźć swojego zaginionego brata. Motyw z agentem/agentką FBI/CIA, który/a szuka kogoś z rodziny, albo z firmy, jest mimo wszystko dość częsty w tej serii. Trop zaginionego prowadzi do tajemniczego Dendonckera, lokalnego wataszki, którego ludzie zdecydowanie nie należą do tych, z którymi warto zadzierać. Jak nietrudno się domyślić, Reacher postanawia zweryfikować ich rysopis i zdolności bojowe w praktyce i pomóc kobiecie. Sprawa szybko okazuje się znacznie większa niż zwykłe zaginięcie.
I właściwie tyle wystarczy, żeby opisać punkt wyjścia kolejnej historii o naszym majorze w stanie spoczynku. Dalej dostajemy wszystko to, do czego Lee Child przyzwyczaił mnie przez poprzednie 25 tomów. Reacher analizuje sytuację, zadaje niewygodne pytania, ktoś próbuje go zastraszyć, ktoś inny popełnia fatalny błąd, zakładając, że da radę go pokonać, a liczba połamanych kości i trupów stopniowo rośnie.
Czy to przewidywalne? Oczywiście. Czy mi to przeszkadza? Ani trochę. W końcu właśnie za to lubię tę serię. Nie oczekuję od każdego tomu literackiej rewolucji, wielkich rozważań filozoficznych ani bohatera, który nagle przejdzie całkowitą przemianę. Chcę dostać porządną historię sensacyjną, trochę tajemnicy, kilka bójek i Reachera, który po raz kolejny udowadnia, że wybieranie go sobie na przeciwnika jest wyjątkowo kiepskim pomysłem.
Tym razem podobało mi się również stopniowe odkrywanie, czym właściwie zajmuje się Dendoncker i dlaczego zniknięcie brata Michaeli może mieć znacznie poważniejsze konsekwencje. Historia zaczyna się od lokalnego problemu, ale z czasem jej skala rośnie, co zresztą jest kolejnym dobrze znanym motywem w tej serii. Pojawia się też bomba MOAB, o której już dzisiaj pisał nasz moderator w stanie spoczynku @bojowonastawionaowca - o tutaj.
Coraz bardziej zauważam natomiast pewną zmianę związaną z przejęciem pisarskich obowiązków przez Andrew Childa. Tomy tworzone wspólnie przez braci wydają mi się odczuwalnie krótsze od tych, które Lee pisał samodzielnie. Narracja jest bardziej skondensowana, wydarzenia następują po sobie szybciej, a na dłuższe przestoje czy poboczne wątki zostaje mniej miejsca. Te poboczne wątki są też mam wrażenie ważniejsze niż poprzednio.
Po bardzo dobrym "Strażniku" liczyłem na utrzymanie wysokiego poziomu. "Lepiej już umrzeć" nie zrobiło na mnie aż tak dużego wrażenia, ale nadal jest solidną odsłoną cyklu i mocno od średniej nie odstaje. Nie mam większych zastrzeżeń do kierunku, w którym bracia prowadzą serię razem, i cieszę się, że zmiana pokoleniowa nie odebrała jej charakteru.
Tytuł: Ptolemeusze i Rzym. Przyjaźń czy zależność. Stosunki polityczne w latach 273-43 p.n.e.
Autor: Tomasz Grabowski
Kategoria: historia
Wydawnictwo: Atryda
Format: książka papierowa
Ocena: 8/10
Drugie podejscie, pierwszy raz zaczalem pare lat temu ale jakos utknalem.
Bardzo solidna ksiazka - druga ktora czytalem o Ptolemeuszach. Tym razem mniej o wojnie i gospodarce, ale duzo, bardzo duzo o dynastiach i dyplomacji. Przyznaje, ksiazka potrafila usypiac bo to 250 lat historii ktore wpadalo w cykl spiskow, rodzinnych konszachtow i polityki poznej republiki. I jest to dynastia o absolutnie najbardziej popieprzonym drzewie genealogicznym - przy Ptolemeuszasz to Habsburgowie byli normalni w tym wzgledzie.
Bardzo solidna pod katem warsztatu, wciaz raczej dla koneserow.
@sireplama Ogolnie polityka Rzymu w tamtym rejonie bylo nie pozwolenie, by ktorys za bardzo urosl w sile. Wiec jak Seleucydzi byli bliscy zlojenia dupy Egiptowi to Rzymianie tupneli noga i im dupe uratowali. Ale to taka toksyczna przyjazn, wiadomo
Tytuł ten był jednym z najdłużej oczekujących na swoją szansę z mojej długiej półki na której znajduje się wyłącznie twórczość Kinga - opis z okładki jakoś mnie nie porwał. Okazało się, że powiedzenie "nie oceniaj książki po okładce"pasuje tutaj jak ulał bo "Łowca snów"okazał się jedną z lepszych książek tego autora jaką przeczytałem (a zaliczyłem już zdecydowaną większość). Może nie jest to ścisła czołówka, ale plasuje się tuż za nią. Mamy tutaj autentycznych, "krwistych" bohaterów z bogatym tłem historycznym i psychologicznym oraz dużo "siedzenia w ich głowie", całkiem zaskakujące zwroty akcji, ciekawego złola a pomimo tego, że King tak jak lubi meandruje po wspomnieniach i przemyśleniach (w pozytywny sposób) to akcja i tak toczy się wartko i nie przynudza.
Pomimo tego, że to spora cegła (ale w zasadzie wszystkie moje ulubione książki Kinga to cegły) to czyta się szybko i przyjemnie. Z czystym sumieniem polecam.
Motyw pętli czasowej nie jest w literaturze niczym nowym, ale uważam, że można z niego wyciągnąć jeszcze więcej. Szczególnie jeśli zamiast kolejnej historii o ratowaniu świata dostajemy opowieść o codzienności człowieka, który musi nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości pozbawionej jutra.
Główna bohaterka, Tara Selter, odkrywa, że czas przestał dla niej płynąć w normalny sposób. Kalendarz nieubłaganie wskazuje 18 listopada. Każdego ranka budzi się w tym samym dniu, ludzie wykonują te same czynności i prowadzą te same rozmowy, podczas gdy dla niej mijają kolejne tygodnie i miesiące.
Co ciekawe, Tary w ogóle nie powinno być tego dnia w domu. Zgodnie z pierwotnym przebiegiem wydarzeń miała nadal przebywać w delegacji w Paryżu. Jej wcześniejszy powrót sprawia więc, że znajduje się w miejscu, w którym nikt się jej nie spodziewa. Początkowo wydaje się to mało istotnym szczegółem, ale z czasem okazuje się jednym z najciekawszych elementów całej historii. Tara zyskuje ogromną swobodę działania – może pozostać niezauważona, ingerować w wydarzenia, wybierać inne miejsca i spotkania, a następnie obserwować, jak zmieniają się konsekwencje jej decyzji. Jeden dzień staje się punktem wyjścia dla niezliczonych alternatywnych scenariuszy, a każda podjęta decyzja otwiera kolejne gałęzie wydarzeń, których w normalnym życiu nigdy nie miałaby okazji poznać.
Najciekawsze jest obserwowanie, jak Tara stopniowo odnajduje się w tej sytuacji. Początkowo próbuje przekonać męża, że naprawdę utknęła w czasie. Opowiada mu o swoich doświadczeniach, rozrysowuje schematy, przewiduje wydarzenia i szuka zrozumiena. Problem w tym, że dla niego każda rozmowa jest pierwszą, podczas gdy ona przeprowadzała ją już wielokrotnie. Później próbuje dzielić się swoją historią również z innymi, aż w końcu dochodzi do wniosku, że być może nie musi już nikomu niczego udowadniać.
Ta ewolucja od desperackiej potrzeby bycia wysłuchaną do stopniowej akceptacji samotności jest dla mnie najmocniejszym elementem książki.
Sama Tara jest też dość wnikliwą bohaterką, bo zauważa np.: że produkty i jedzenie, które zużywa i zjada, się nie odnawiają i znikają ze sklepowych półek, ale nikt ich nie uzupełnia, bo w wersji historii bez niej, nie ma takiej potrzeby.
Podoba mi się filozoficzny wymiar książki:
* Co oznacza upływ czasu, jeśli tylko jedna osoba go doświadcza?
* Czy można budować relacje, kiedy druga strona nie pamięta wspólnych przeżyć?
* Czy wieczność zamknięta w jednym dniu jest darem, czy przekleństwem?
* Czy przeżywanie tego samego dnia jest realnie przeżywaniem tego samego dnia, jeśli bohaterka może go przeżywać na tysiące różnych sposobów?
* Czy robiąc to samo, dzień w dzień, idąc do pracy, pracując, wracając z niej, gotując i śpiąc, nie jesteśmy również zamknięci w takiej pętli, tylko może tygodniowej a nie dziennej?
* Czy w końcu jedna osoba zużywająca zasoby świata samotnie, nie będzie w stanie go pogrążyć i zniszczyć?
Problem w tym, że mam poczucie niewykorzystanego potencjału. Rozumiem, że niespieszne tempo i powtarzalność są świadomym zabiegiem autorki, ale momentami miałem wrażenie, że zamiast rozwijać kolejne konsekwencje życia w pętli, Balle zbyt długo zatrzymuje się przy tych samych obserwacjach. Jestem w stanie zrozumieć zagubienie bohaterki, bo w końcu jest to nietypowe wydarzenie, ale czasami autorka pędzie z jednymi tematami, żeby nad innymi się zbyt długo rozwodzić.
Nie pomaga również sposób wydawania cyklu przez WP. Kolejne tomy ukazujące się w odstępach miesiąca czy dwóch sprawiają, że historia zostaje podzielona na fragmenty, które trudno traktować jako samodzielne książki. A może nawet nie powinny być tak traktowane i oceniane. Pierwszy tom odbieram bardziej jako rozbudowane wprowadzenie niż pełnoprawną opowieść. Mogę tylko zgadywać, że każda kolejna książka to również będzie pełny rok (365 dni) Tary w tym dziwnym świecie. Przy tak powolnej narracji zdecydowanie wolałbym przeczytać większą część cyklu bez przerw, jeśli nie całość 6 tomów zamkniętą w 1.
"O objętości czasu" ma świetny punkt wyjścia, ciekawą bohaterkę i sporo interesujących refleksji nad samotnością, przemijaniem i sensem codzienności. Jednak po pierwszym tomie bardziej fascynuje mnie to, co jeszcze można zrobić z tym pomysłem, niż to, co autorka rzeczywiście zdecydowała się opowiedzieć.
Jestem ciekaw dalszych losów Tary, ale na razie pozostaję z poczuciem niedosytu.
Bardzo podoba mi się okładka, mega pasuje do treści po przeczytaniu, choć początkowo mi nie siedziała.
EDIT: edytowałem tą recenzję już tyle razy, że nie gwarantuję, że przeczytaliście to samo xD** Ostani EDIT:** Zachęcam do lektury jeszcze raz ( ͡~ ͜ʖ ͡°)
@WujekAlien brzmi ciekawie, uwielbiam wszystkie zabiegi związane z czasowymi anomaliami. I weź mi wytłumacz jak głupiemu ten temat z jedzeniem. Bierze jakąś szamę z półki w drugiej pętli i w trzeciej tej rzeczy tam nie ma, tak? To że się nie odnawia, to jeszcze rozumiem (prawo zachowania energii), ale że pracownicy tego nie uzupełniają? To co, po jakimś czasie sklep bedzie pusty, ale nikt nie będzie widział w tym problemu? Czy coś źle zrozumiałem?
@Cerber108 w dużym skrócie tak: idzie do sklepu spożywczego i sprzedawcy codziennie wykładają te same produkty w te same miejsca, więc jeśli dziś "kupi" 10 pomidorów, z łacznie 20 na półce w sklepie, to jutro sprzedawca ich nie uzupełni, bo codziennie wykłada np. 5 i kładzie je w te same miejsca. Dlatego zaczyna biegać po róznych sklepach. Mężowi też opierdzieliła grządkę warzyw, więc zamiast zjeść z własnego ogródka, chłop musi iść do sklepu.
@Cerber108 albo inaczej, całe miasto zaczyna dzień z pewnego punktu, który jest zależny od tego, co było na liście do zrobienia po poprzednim dniu (między 17 a 18 listopada). Jeśli ktoś miał zanieść listy na pocztę, to każdego dnia je zanosi, stoi w tej samem kolejce z tymi samymi ludźmi. Sprzedawca w sklepie ma X produktów do wyłożenia na półki, niezależnie od tego ile ich na półce obecnie jest. Dlatego jeśli Tara coś namiesza, kupi, zje, zrobi, to traci na tym całe miasto, bo punkt wyjścia i tego, co miasto robi dnia 18 listopada jest zawsze taki sam, niezależnie od tego, co ona sama zrobiła w poprzedniej iteracji 18 listopada.
W skali 1 dnia, to pryszcz, ale w 1 tomie ona przeżywa 366 iteracji 18 listopada 😉
Po "Carrie" sięgnąłem trochę z ciekawości, a trochę w ramach przygotowania do obejrzenia serialowej adaptacji na Prime Video. W końcu to debiutancka powieść Stephena Kinga, książka, od której zaczęła się jego wielka kariera, a jednocześnie jedna z najbardziej rozpoznawalnych historii w dorobku autora. I choć rozumiem, dlaczego zdobyła taki status, po lekturze pozostał mi spory niedosyt. Z resztą nie tylko po lekturze tej pozycji autora, bo mam wrażenie, że do tej pory, po za "Dallas 63", "To", "Pod kopułą", czy serią z panem Mercedesem, to mnie za mocno nie kupił.
Fabularnie:
Carrie White jest nastolatką wychowywaną przez fanatycznie religijną matkę, która właściwie od dziecka przekonuje ją, że wszystko, co związane z cielesnością i kobiecością, jest grzeszne. W szkole dziewczyna również nie ma łatwego życia. Wyśmiewana, poniżana i odrzucana przez rówieśników, staje się idealnym celem kolejnych okrutnych żartów. Jest jednak coś, co odróżnia ją od innych - posiada zdolności telekinetyczne, które stopniowo zaczynają się rozwijać, szczególnie pod wpływem silnych emocji.
I właśnie tutaj zaczyna się mój największy problem z tą książką.
Poznajemy Carrie właściwie z każdej możliwej strony, tylko zdecydowanie za rzadko za sprawą jej samej.
King buduje historię poprzez relacje innych bohaterów, fragmenty książek, artykułów, raportów i wspomnień dotyczących wydarzeń, które doprowadziły do tragedii. Zazwyczaj taki zabieg narracyjny, pozwalający spojrzeć na tę samą historię z różnych perspektyw, mi się podoba, ale tu jakoś średnio mi pasował. Dzięki niemu wiemy, jak Carrie postrzegają koleżanki, nauczyciele, matka czy ludzie próbujący później zrozumieć, co właściwie się wydarzyło.
Ale mnie najbardziej interesowała właśnie ona.
Chciałem zdecydowanie więcej czasu spędzić w jej głowie. Zrozumieć, co czuje, kiedy odkrywa, że potrafi robić rzeczy niemożliwe dla innych nastolatków. Czy traktuje swoje zdolności jak przekleństwo, czy może po raz pierwszy w życiu dostrzega w sobie coś wyjątkowego? Czy świadomość posiadania takiej mocy daje jej poczucie kontroli nad własnym życiem? Czy zaczyna rozumieć, że jest inna nie tylko dlatego, że nikt jej nie lubi i nie kocha, ale również dlatego, że naprawdę posiada coś, czego inni nie mają? Kolejnym aspketem jest długość książki, King przyzwyczaił mnie do książek 800-1000 stronicowych, a tu nagle kończę czytać książkę, w momencie, w którym większość innych jego dzieł się dopiero zaczyna rozkręcać.
Niestety nie przekonała mnie do siebie ta historia. Mam nadzieję, że serial naprawi błędy i pokaże, że da się naprawić pierwowzór. A jedną taką ekranizację Kinga mamy już za sobą i jest to "Skazani na Shawshank" na podstawie króciutkiej nowelki.
@WujekAlien ja osobiśnie nie odczułem braku jej perspektywy. Jestem zdania, że nawet lepszym rozwiązaniem jest poznawanie Carrie z niechlubnych perspektyw i wypaczonych przekazów. Solidna książka jak dla mnie.
Cóż.. moim błędem było to, że przed przeczytaniem, nastawiłem się na to, że to będzie jakiś drugi Hogwart, mam "urazy" z dzieciństwa po Harrym Potterze i tutaj często szukałem podobieństwa do tamtej serii, której tutaj nie było i niekiedy mi to przeszkadzało, choć byłem świadom, że wcale tego tutaj nie musi być. Gdzieś też przeczytałem, że ta książka to takie Igrzyska Śmierci, ale magiczne, więc też moja głowa zaczęła tego szukać podczas czytania i nie znalazła. Jednak była to bardzo przyjemna książka, taka do poczilowania, bohaterka bardzo fajna i charakterna, polubiłem ją. Czytając trochę miałem wrażenie, ze ta szkoła, choć wielka to opisana jest tak, że się czuje ciasnote jej, brakowało mi większego rozpisania przestrzeni i przez to wydaje mi się klimat byłby trochę lepiej wyczuwalny, poza tym trochę moim zdaniem powtarzalni ci złowrodzy. Mam nadzieję, ze druga książka pod tymi względami trochę rozszerzy się opisami i pomysłami, ale ogólnie miło się bawiłem i relaksowałem czytając, takie to spokojne.
“And so the world ends thus, not in defiance, but in madness”
VI część cyklu The Horus Heresy: Siege of Terra
Jaghatai Khan zmęczony wojną defensywną i licznymi niepowodzeniami opracowuje śmiały plan kontrataku. Osią wydarzeń jest ciąg dalszy konfliktu Białych Szram z Gwardią Śmierci, ale poza tym książka zawiera jeszcze mnóstwo innych wątków pobocznych.
Chris Wraight ma relatywnie lekkie pióro i nie stosuje takiej pompy i teatralności jak Dan Abnett czy Aaron Dembski-Bowden. W związku z tym, podobnie jak wcześniej “Szramy”, tak też i “Warhawka” czytało mi się przyjemnie niczym powieść przygodową, tylko tym razem zgodnie z cechą gatunkową nasyconą licznymi scenami walk, zarówno wojsk pancernych, piechoty, jak i indywidualnych pojedynków. W tej ostatniej kategorii, oprócz starcia dwóch prymarchów, książka zawiera też genialną konfrontację dwóch prawdopodobnie najpotężniejszych astartes uniwersum .
Bardzo ciekawie poprowadzona została ewolucja postaci, w szczególności Sigismunda i Caipha Morarga. Pierwszy trzymany dotąd przez Dorna na krótkiej smyczy zostaje z niej w końcu spuszczony. Drugi z troską obserwuje zmiany zachodzące w XIV Legionie.
Dodatkowo autor zastosował ciekawą zabawę, w której każde zdanie otwierające rozdział nawiązuje do zdania kończącego rozdział poprzedni, nawet jeśli dotyczy zupełnie innego wątku.
@ErwinoRommelo ta postać jest tak totalnie antypatyczna jak to tylko możliwe. Kor Phaeron też. Co ogólnie jest rzadkością, bo seria jest tak napisana, żeby dało się sympatyzować albo przynajmniej zrozumieć motywacje nawet typków pokroju Sevatara czy Kharna
@saradonin_redux caly 17sty legion to zjeb na zjebie, zauwaz jak duzy wplyw na fabule ma wlasnie to ze mozna zrozumiec motywacje postaci, w teori tyranidy powinny juz dawno wszystko zjesc, ale tak sie nigdy nie stanie bo nieda sie o tym napisac ksiazki tak zeby byla fajna do czytania.
Przyznam, że do "Strażnika" podchodziłem z pewnymi obawami. W końcu to 25. tom przygód Jacka Reachera i jednocześnie początek pisarskiej współpracy Lee Childa z jego młodszym bratem Andrew. Zmiana autora w tak długiej i lubianej przeze mnie serii mogła oznaczać początek jej końca. Na szczęście moje obawy okazały się kompletnie nietrafione. Co więcej, to jeden z najlepszych tomów trzeciej dziesiątki przygód Reachera, a być może nawet lepszy od wielu książek z poprzednich dziesięciu.
Fabularnie otrzymujemy motyw bardzo podobny do tego z 24. tomu, w którym Reacher pomagał starszemu małżeństwu. Tym razem na jego drodze staje Rusty Rutherford, informatyk pracujący dla miejskiego urzędu, który po ataku ransomware zostaje obarczony odpowiedzialnością za katastrofę. Problem w tym, że wcześniej wielokrotnie ostrzegał przełożonych przed lukami w zabezpieczeniach, ale jego uwagi były konsekwentnie ignorowane.
Jak to zwykle bywa, kiedy dochodzi do katastrofy, najłatwiej znaleźć winnego w osobie, która od dawna próbowała jej zapobiec.
Na tym jednak problemy Rutherforda się nie kończą. Informatykiem zaczynają interesować się dwie rywalizujące ze sobą grupy, a Reacher, który przypadkowo zostaje wciągnięty w całą sprawę, postanawia mu pomóc. Z czasem okazuje się, że na serwerach urzędu znajdowało się coś znacznie cenniejszego niż nudne dane mieszkańców. Tytułowy "Strażnik" to aplikacja, którą bardzo chętnie przejęliby rosjanie, a stawka całej rozgrywki szybko zaczyna wykraczać poza problemy jednego niesłusznie oskarżonego informatyka.
I właśnie tutaj Reacher robi to, co potrafi najlepiej. Staje pomiędzy człowiekiem potrzebującym pomocy, a ludźmi, którzy przekonani o swojej wyższości i sile chcą go wyeliminować. Bardzo podoba mi się ten motyw. Reacher nie potrzebuje wielkiego powodu, żeby zaangażować się w cudze problemy. Wystarczy, że widzi niesprawiedliwość, kogoś słabszego i przeciwników przekonanych o własnej bezkarności. Nie interesują go procedury, polityczne konsekwencje ani to, czy powinien mieszać się w sprawy, które go nie dotyczą.
Childowie łączą klasyczną formułę serii z zagrożeniami związanymi z cyberbezpieczeństwem. Ransomware, zaniedbania organizacyjne, ignorowanie ostrzeżeń specjalistów i poszukiwanie kozła ofiarnego po incydencie to tematy, które bardzo trafiają w moje serduszko i tym chętniej o nich czytałem.
Największym zaskoczeniem pozostaje jednak dla mnie sama współpraca braci Childów. Obawiałem się, że Andrew spróbuje na siłę zmienić bohatera, nadać mu nowy charakter, albo że książka straci ten specyficzny rytm, do którego przyzwyczaił mnie Lee. Może pojawił się tu na chwilę motyw muzyczny, ale też był związanych z próbą ochrony słabszych. To jednak Reacher nadal jest Reacherem. Spostrzegawczym, bezkompromisowym, technologicznie zacofanym, momentami absurdalnie skutecznym i przekonanym, że większość problemów można rozwiązać, jeśli odpowiednio dobrze zrozumie się sytuację, a następnie podejmie właściwe działania. Przy czym większość działań w jego wykonaniu, to skutecznie i praktycznie egzekwowana perswazja manualna, po której przeciwnicy akceptują argumenty i idą w drzemkę lub pospiesznie się oddalają.
Strażnik nie jest pozbawiony typowych dla serii uproszczeń. Reacher nadal potrafi wyjść cało z sytuacji, które dla zwykłego człowieka skończyłyby się tragicznie, a przeciwnicy nie zawsze wykazują się inteligencją proporcjonalną do zagrożenia, jakie mają stanowić. Ale po 25 tomach trudno traktować to jako zaskoczenie. To część konwencji, którą albo się akceptuje, albo dawno temu przestało się czytać tę serię. Ja nie przestałem i w pełni to akceptuję.
Dla mnie najważniejsze jest to, że po raz kolejny dostałem dokładnie takiego Reachera, jakiego lubię najbardziej. Człowieka, który miał po prostu przejść przez kolejne miasto, ale przypadkiem znalazł się w samym środku problemów kogoś, komu nikt inny nie chciał pomóc. Ja to kupiłem wiele tomów temu i kupuję nadal.
Tom, jak większość w tej serii, można czytać osobno, bez znajomości fabuły poprzednich tomów, choć tu mam wrażenie, że bardzo niewiele jest nawiązań do samego Reachera, chociażby jego cech fizycznych. Albo mi się nie rzuciło w oczy, albo nie było wzmianki o wzroście, wadze, braku drugiego imienia, czy przeszłości wojskowej.
Chyba zacznę znowu. Dojechałem do tego tomu, który jest teraz zekranizowany w serialu (nie oglądałem) i odstawiłem.
Najgorzej, że kompletnie nie zapamiętuję książek, seriali czy gier. Z jednej strony mogę czytać parę razy i się nie nudzę (czytam teraz trylogię husycką chyba trzeci raz i co chwilę mam: aaa to tak to było!) z drugiej np. jest teraz drugi sezon Strefy Gangsterów i muszę obejrzeć pierwszy bo nie pamiętam, tylko ogólny zarys fabuły.
@Ravm z serialu Reacher na Prime sezony odpowiadają książkom: - S1 - tom 1, - S2 - tom 11, - S3 - tom 7, - S4 - tom 13,
Filmy: - Jednym strzałem - tom 8, - Nigdy nie wracaj - tom 18
Serię bardzo polecam, dużą zaletą jest to, że można je czytać w dowolnej kolejności. Zerknij na inne moje recenzje tej serii i wybierz sobie ten tom, który fabularnie Ci najbardziej pasuje, a może Cię przekona do powrotu.
Jan Zumbach - człowiek który przeżył kilka ludzkich żywotów. Pilot, dowódca, przemytnik i najemnik. Są przynudnawe wątki, ale ogólnie w sposób sprawny i interesujący opisuje swój żywot, od dzieciństwa, przez naukę latania, wrzesień 1939, ucieczkę przez pół świata do Wielkiej Brytanii, gdzie podczas Bitwy o Anglię został podpułkownikiem i dowódcą Dywizjonu 303. Następnie opisuje swoją karierę przemytniczą oraz walki w roli najemnika w wojnach o niepodlegość Biafry i Katangi.
Mustafa Kemal. Mąż stanu, bohater i symbol, który sam siebie kazał nazywać "Atatürk", czyli "Ojciec Turków". I nie jest to określenie na wyrost, gdyż stworzył on Turcję od podstaw. Jego osoba jest przedmiotem żywego do dzisiaj w tym kraju kultu, widocznego niemal na każdym kroku.
Mustafa urodził się w 1881 roku w kupieckiej rodzinie w Salonikach, której korzenie według różnych źródeł sięgają do Bośni lub Albanii. Od młodości związany z wojskiem, najpierw przez szkołę wojskową gdzie otrzymał drugie imię Kemal ("Dokonałość"), a następnie przez karierę w armii. Już w okresie szkolnym angażował się w działalność ruchów młodotureckich i antymonarchistycznych, czego skutkiem było zesłanie do Syrii. Przed I wojną światową uczestniczył w działaniach zbrojnych na terenie Imperium Osmańskiego, ale dopiero wybuch Wielkiej Wojny i walki o półwysep Gallipoli przyniosły mu sławę. Po zakończeniu wojny sprzeciwił się niekorzystnym warunkom pokoju narzuconym przez mocarstwa zachodnie i jawnie zbuntował się przeciwko władzom w Stambule, czego konsekwencją była tzw. wojna o niepodległość. Przeprowadził także zwycięską kontrofensywę przeciw Grecji, której ukoronowaniem było wyzwolenie Smyrny/Izmiru. Po podpisaniu porozumień pokojowych objął przywództwo kraju i przystąpił do bardzo głębokich reform społecznych, politycznych i religijnych, nie bojąc przy tym korzystać z metod iście dyktatorskich. Zmarł w 1938 roku.
Postacią Atatürka, mimo że już wcześniej mi nieobcą, zainteresowałem się mocniej w czasie wakacji w Turcji, czego skutkiem był zakup niniejszej pozycji. Niestety aktualna oferta rynku wydawniczego w Polsce nie rozpieszcza w tym temacie.
Omawiana książka nie jest typowo naukowym opracowaniem. Jest to raczej opowieść o człowieku i o wydarzeniach które go dotyczyły, dzięki czemu czyta się ją bardzo dobrze i szybko. Tworzy ona bogaty w detale zarys postaci, który można potem poszerzać dzięki bogatej bibliografii którą przytacza. Została ona napisana pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku, ale nie jest to odczuwalne. Zdecydowaniem polecam miłośnikom historii i Turcji.
Wydanie z serii "Fantastyka-Przygoda" Iskier podzielone jest na dwa tomy. Pierwszy to głównie przedstawienie planety Arrakis i status-quo w 24 tysiącleciu. Fabularnie bardzo mnie wynudził, składa się głównie z dworskich intryg, spiskowania i zastanawiania się co ktoś powiedział czy zrobił i co to mogło znaczyć. Tom drugi rozpoczynający się wydaje się być dużo ciekawszy. Mamy w końcu pustynię, Fremenów z ich arcyciekawym wyposażeniem, no i w końcu pojawia się jakaś akcja, choć bardzo rozwleczona. Całość zamykają sążniste dodatki opisujące szczegółowo ekologię czy religię Diuny a także terminologia Imperium, w której znajdziemy odpowiedzi w razie niejasności.
Niestety, nie podeszła mi ta książka. Doceniam stworzenie niesamowicie rozbudowanego uniwersum, z własną religią, polityką i ekonomią, ale, no kurczę, jakoś ciężko mi się to czytało. Nie mogłem zupełnie się na niej skupić, myśli odpływały co chwilę. Postacie irytujące, sztuczne i pompatyczne, akcja rozwleczona i prowadzona jakoś tak maksymalnie zawile. Masa słów ale mało treści. Wkurzała mnie też ta cała pseudo-arabska otoczka i przeskoki fabularne (np. ) A gdy po raz tysięczny autor wstawiał te cytaty z zapisków księżniczki Irulan czy innych mądrych ksiąg miałem ochotę zgrzytać zębami. Moim zdaniem nic nie wnoszą do fabuły a tylko wybijają z rytmu. Poza tym, całe te dworskie intrygi, królowie i książęta czy walki na noże gryzą mi się ze światem przyszłości, ale czuję klimat, taki mariaż SF i fantasy. Cóż, może #niepopularnaopinia, ale mit Diuny upadł w moich oczach. Jak dla mnie Herbert stworzył genialny świat ale jak to mówią w korpo "nie dowiózł projektu" xD. Męczyłem ją ponad miesiąc i nie zamierzam raczej do niej wracać, a już tym bardziej nie sięgnę po kolejne tomy sądząc po recenzjach na tagu :smiley:
Kolejna świetna książka wpadła. Choć sam początek mocno średni - o mało co nie zrezygnowałem. Całe szczęście bo potem stopniowa akcja narastała a Rzadko się zdarza bym zarwał noc na dokończenie książki - ostatnie 40% wciągało i to mocno.
Zaskoczył mnie powód dla którego postanowił ścigać Roschmanna.
@Herr_Tygrysek Lubie Forsytha, choć wyjątkowo trudno teraz dorwać jego książki legalnie, bo prawie żaden z abonamentów ich nie ma, a ostatnie co się pojawiło to był chyba "Fox".
Dopiero po przeczytaniu tej książki, sprawdziłam, kim jest autor (dziennikarzem), co wyjaśniło wiele rzeczy. Przede wszystkim tą, dlaczego książka sprawia wrażenie bardzo chaotycznej, gdy spodziewałam się jakiegoś opracowania naukowego. Książki pisane przez historyków, archeologów są dużo bardziej uporządkowane i skrupulatne. Nawet jeśli autorzy pozwalają sobie na jakieś gdybanie, fantazję, własne opinie i przemyślenia, wyraźnie oddzielają to od faktów - źródeł pisanych, znalezisk.
Książka miała być o Nowogrodzie Wielkim, ale mamy w zasadzie przelecianą całą historię Rusi. Jest sporo ciekawostek, o których nie słyszałam, niemniej od typowej książki naukowej leży daleko. Bardziej to historia, beletrystyka, fakty, opinie i światopogląd pomieszane ze sobą.
Rok 1999, koniec wieku XX to czas, kiedy wydawało się, że Rosja jest na dobrej drodze do transformacji, jaką przeszły wszystkie post-sowieckie kraje. Pierwsza wojna w Czeczenii została przegrana, jej mieszkańcom pozwolono na niepodległość, a wszystko to, co dziś widzimy - imperialne zapędy, nie liczenie się z nikim i niczym, nawet własnymi obywatelami - wydawały się częścią minionej historii. Czy już wtedy w Rosji dominowały nastroje, które wyniosły do władzy Putina? Czy autor, utrzymujący kontakty z Rosjanami, widział i czuł, co nadciąga? W książce tej zwraca się do Rosjan, jakby chcąc wskazać im, że ich historia nie zawsze toczyła się i nie musi się toczyć po ścieżce wyznaczonej przez urojenia moskiewskich carów. Że, jako spadkobiercy Rusi, mają też inną przeszłość, z której mogą być dumni i ją kontynuwać. Przeszłość najstarszej słowiańskiej metropolii, demokratycznej kupieckiej republiki. Czy Putin jest złowrogim despotą, który trzyma pod butem zniewolony naród rosyjski, czy jest produktem oczekiwań tego narodu? Dziś coraz bardziej skłaniam się ku tej drugiej opcji. I myśli, że pewien nagłówek na pierwszej stronie wszystkich gazet - na który wszyscy czekamy, niczego nie zmieni. Putin jest jak grzyb, będący wytworem grzybni spowijającej pod ziemią całe połacie lasu. Grzybni, którą są imperialne ambicje jego obywateli.
Najważniejszymi ośrodkami na Rusi w czasach tuż sprzed powstania Cesarstwa Rosyjskiego, istniejącymi od najwcześniej spisanej historii, był Nowogród Wielki oraz Kijów. Miasta te były już kwitnącymi, ludnymi metropoliami na długo przed tym, jak powstała Moskwa. Miasta, które gdyby oparły się Moskwie pozostały stolicami Rusi - cała późniejsza historia mogłaby wyglądać inaczej. Miasta, których niezależne istnienie było poważną przeszkodą w koncepcji, w której to prowincjonalna Moskwa miała przejąć rolę "zjednoczenia całej Rusi" pod swoim przewodnictwem.
Nowogród Wielki wolał być lennem Wielkiego Księstwa Litewskiego niż Moskwy. I srogo za to zapłacił.
"Na przełomie 1569 i 1570 roku siły Iwana Groźnego zdobywały i niszczyły miasta na drodze z Moskwy do Nowogrodu. Po dotarciu na miejsce 2 stycznia oddziały opryczniny zaczęły otaczać miasto wysokimi drewnianymi murami, by uniemożliwić zeń ucieczkę. Następnie opricznicy pozamykali cerkwie i klasztory, by nikt nie mógł schronić się w świętych miejscach. W końcu 9 stycznia car nakazał rozpoczęcie rzezi ludności miasta. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, chwytano i spędzano dziesiątkami lub setkami tysiące osób (mężczyzn, kobiety i dzieci), które następnie brutalnie torturowano i mordowano na oczach cara i jego syna carewicza Iwana Iwanowicza. Potem, martwych bądź żywych, przywiązywano do sań i wleczono nad rzekę Wołchow, gdzie topiono w specjalnie wykutych przeręblach. Wciąż żywym próbującym się wydostać z lodowatej wody, rozbijano toporami głowy lub odrąbywano dłonie. Skuta lodem powłoka rzeki zaczerwieniła się od krwi."
Idioci usiłują się dogadywać z Putinem, sądząc naiwnie, że zadowolą go jakieś "deale", że dadzą mu zarobić hajs i wycofa się z wojny, że mają dla niego znaczenie jakieś zyski, miliardy, skarby, złoto, pieniądze. Ten człowiek ma więcej pieniędzy, niż jest w stanie kiedykolwiek przeżreć, ma wszystko czego zapragnie. Jeśli nie spędza każdego dnia z setką luksusowych prostytutek rozjeżdżając ludzi autem ze złota, to wyłącznie dlatego, że nie ma na to ochoty, a nie z powodu braku funduszy. Oprócz jednej rzeczy, na której tylko mu zależy i dla której, jak Iwan Groźny, jest w stanie poświęcić wszystko - każde pieniądze, miliony ludzkich żyć, gospodarkę kraju. Dla której jest w stanie kłamać, oszukiwać i dokonać każdej zbrodni.
Kijów.
Bo wie, że jeśli go zdobędzie, to historia oceni go łaskawie - będzie wychwalany jako wielki wódz i zwycięzca. 71% Rosjan uważa Iwana Groźnego za dobrego władcę. Typa, który wymordował całą metropolię i zamordował w napadzie szału własnego syna. Który zostawił kraj w nędzy i ruinie, pogrążony w domowych wojnach.