Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Top — ostatnie 30 dni

gość

Typ wpisu

Gruba ryba

w Heheszki

71piorunów

Dzień 326., strona nr 376

- Tato, ile kilometrów ma Nil?

- Nie wiem.

- A kto to był Dąbrowski?

- Nie wiem.

- A stolicą którego państwa jest Madryt?

- Nie wiem.

- Synku, nie dręcz tatusia - prosi matka.

- Nie strofuj dziecka, kochanie. Jak nie będzie pytał, to się niczego nie dowie...

Tag do obserwowania lub blokowania:

Gruba ryba

w Hydepark

71piorunów


Mieliśmy iść na plac zabaw, ale dzieci stwierdziły że szukanie grzybow jest ciekawsze ;O

Pokaż więcej komentarzy (10)

Gruba ryba

w Hydepark

71piorunów

Jedna z gorszych rzeczy która niesamowicie mnie wkurwia, to nawet nie jest to że mój nick na allegro wybrany w wieku 15 lat ma na końcu 666 i nie mogę go zmienić mimo pisania maili do supportu XD

Najgorszy jest wybór hostingu mailowego wp.pl którego dokonałem w wieku tym samym. Ten hosting przez ostatnie hmm.. 5 lat stał się takim gównem że nie mam pytań. Każdy kto myśli "No to załóż nowego maila i spoko" chyba nigdy nie próbował takiej operacji XD

Ten mail był podawany przez jakieś 20 lat wszelkim rekruterom, instytucjom, no k⁎⁎wa wszystkim. Próbowałem już przepinać rzeczy ale często jest to niewykonalne z różnych powodów więc muszę z nim żyć XD (Przykład: Niektórym instytucjom np już im 5 razy wysyłałem maila że nie mieszkam gdzieś od 10 lat, no i nie zgadniecie).

Ten zjebany hosting nie pozwala mi wysyłać maili z klienta poczty i mogę tylko czytać wiadomości, więc muszę za każdym razem logować się na stronę żeby napisać jebanego maila.

Ale dzisiaj to już ich popierdoliło, bo widzicie oni mają własną aplikację do autentykacji (można było użyć innych ale nie działały XDDD). No i chciałem się zalogować żeby odpisać na maila ale ich aplikacja miała aktualizację i wylogowała mnie. "No trudno Czoko zaloguj się i tyle" NIE MA TAK. Żeby się zalogować muszę mieć kod z aplikacji która mnie właśnie k⁎⁎wa wylogowała. No loop spierdolenia.

Oczywiście mogę odzyskać dostęp do konta kodami które 10 lat temu gdzieś zapisałem na kompie ale powodzenia żeby to znaleźć XD Były w bezpiecznym miejscu ale po aktualizacji windowsa wywaliło mi część danych, a backup mam owszem ale w tak bezpiecznym miejscu że już sam nie mogę go znaleźć XDDDD (tutaj to ja zjebałem heheh przyznaję)


może dla kogoś XD

GURU9piorunów

@Czokowoko przerabiałem to lata temu, przy czym pracując przy cyberbezpieczeństwie używam menadżerów haseł aby uciknąć potem szukania kodów zapasowych, jedna baza do haseł, druga do haseł.

W tym roku udało mi się zejść z darmowych polskich adresów email które zakładałem 25 lat temu i jeszcze wcześniej. Polbox pamiętamy [*] Zapasowo mam gmail. Jedynym syfem nie jest obecnie jedynie interia, reszta to dramat. Tylko nie wiadomo co będzie za pół roku.

Najlepszym rozwiązaniem jest użycie własnej domeny z catchall tylko trzeba zainwestować parę stów na początku, można kupić domenę .pl, .eu na 10 lat do tego hosting nawet za 50 czy 100 zł, ja tak używam do spamu. Tania regionalna polska domena kupiona na 10 lat, gdzie były po 10 zł za rok, teraz jest za 30. Ewentualnie tanie są .es i .de.

Jak ktoś chce lepsze to płatne rozwiązania to tuta.com lub proton.me. Robimy sobie aliasy z catchall i wiemy skąd nam dane wyciekły, robimy unikatowe adresy we własnej domenie.

Tylko usługi rejestrujemy na jakąś zapasową skrzynkę.

Autorytet0piorunów

@Czokowoko Mam wp.pl od 20 lat chyba i jest super. Co Ci się nie podoba? Nie napotkałem problemów o jakich piszesz, appka jest dobra, stronka dobra, premium tanie i działa, spam filtr dobry...

Pokaż więcej komentarzy (44)

Fanatyk

w Hydepark

71piorunów

Jak działają ruskie ku.rwy:

Obrońcy ostatnio ujętego żołnierza ale to nie tak istotne.

Jeden profil podaje fejka o logo z herbem ukraińskim na bluzie policjanta, druga ruska kur.wa, która jak sama twierdzi we wpisie omawiała materiał wiedo więc go widziała i może spokojnie do niego wrócić ale woli puścić fejka dalej nakręcając dezinformację.

Oczywiście FB nie widzi problemu mimo zgłoszenia.

PS. W wołanych Leszek Miller i cała zgraja totalnych pojeb.ów.

Pokaż więcej komentarzy (8)

Autorytet

w Dyskusje

71piorunów

Kolejne urodziny współdzielone z putinem, to już 36 na liczniku.

Szansa 1 do 365. Zawsze takie losy na loterii trafiam xD

Ale za to piękne niebo teraz jest.

Pokaż więcej komentarzy (33)

Mistrz

w Wiadomości Świat

71piorunów

Nobel dla Henriego B. Kagana z Francji oraz Kenso Soai z Japonii za rozwiązanie asymetrycznej zagadki chemii

Nagroda Nobla w dziedzinie chemii została dziś przyznana Henriemu B. Kaganowi z Francji oraz Kenso Soai z Japonii. Ich przełomowe odkrycia pozwoliły rozwiązać jedną z kluczowych zagadek współczesnej chemii - wyjaśnić, w jaki sposób można kontrolować powstawanie tylko jednej z dwóch lustrzanych

Fanatyk

w Ciekawostki

71piorunów

Podstępne kwiaty jak kaczuszki :duck: Storczyk _Caleana major_, popularnie określany w języku angielskim jako large duck orchid, ma ciekawe kwiaty przypominające trochę małe, latające kaczki.

Storczyk ten rośnie we wschodnich i południowych regionach Australii, przede wszystkim w lasach eukaliptusowych, na wrzosowiskach i na podmokłych terenach porośniętych krzewami. Kwiaty mierzą przeciętnie około dwóch i pół centymetra, kwitną od września do stycznia i mają zwykle kolor purpurowy lub czerwonobrązowy. Są zapylane przez owady, przede wszystkim przez samce błonkówek, które storczyk wabi, wydzielając substancje zapachowe przypominające feromony samic.

„Kaczuszki” są tak naprawdę zmyślnymi pułapkami. Kiedy zwabiony samiec błonkówki ląduje na ruchomej warżce (to ta część przypominająca głowę kaczki) przekonany, że czeka go tam randka – warżka gwałtownie odblokowuje się i przyciska go do głównej części kwiatu. Szamoczący się samiec czy chce tego, czy nie, gromadzi na swoim ciele pyłek. Storczyk po jakimś czasie go wypuszcza, a kiedy ten sam owad da się za jakiś czas nabrać innemu storczykowi, przeniesie zebrany pyłek do innego kwiatu, tym samym zapylając go.

:arrow_right: tag serii:

Fanatyk5piorunów

@Apaturia

Kiedy zwabiony samiec błonkówki ląduje na ruchomej warżce (to ta część przypominająca głowę kaczki) przekonany, że czeka go tam randka – warżka gwałtownie odblokowuje się i przyciska go do głównej części kwiatu. Szamoczący się samiec czy chce tego, czy nie, gromadzi na swoim ciele pyłek.

Chcieliście wydymać Freda, a to Fred wydyma was

Fenomen

w Hydepark

71piorunów

Vox populi - vox dei, będzie pełna relacja z TET Bułgaria. Dopóki wpis będzie dostawał chociaż jeden piorun, będę wrzucał kolejny, więc zapraszam do czarnolistowania :)

Preludium

W czwartek przyjeżdża busem P. - wtedy się poznajemy, to nasz organizator i przewodnik. Zaplanował przejazdy, zarezerwował co trzeba. Zabiera mój motocykl na pakę. Oprócz mojego będą jeszcze 3 inne, z tego tylko moja CFMoto 450, a reszta Kove 800.

Piątek to pakowanie. Ciężko mi ogarnąć wszystko: sakiewki z narzędziami, sakwy ze sprzętem na camping i jedzeniem, drybag na ciuchy, śpiwór i materac, plus namiot. Sporo tego. Nie mam jeszcze doświadczenia z takimi wyjazdami - zawsze pod namiot jeździłem autem i nie było tego problemu.

Sobota o 3 rano zaczynamy road trip. Przyjeżdżają do mnie J. - którego poznałem w tym roku i jeździłem z nim na krótsze tripy offroadowe w PL - oraz K. - znajomy naszego organizatora. Ja mam C5 w kombi, więc przeładowują cały swój szpej do niego i ruszamy.

P. wyjechał wcześniej niż my, jedzie sam, więc jak mu się chce, to śpi w busie. Świt zastaje nas na Węgrzech, w Rumunii doganiamy busa i zjadamy razem lunch. Odtąd jedziemy razem na camping Starite Borove. Granicę przekraczamy w Calafat - mostem nad Dunajem (it's uuuuge). Pierwszy raz stoję na bułgarskiej ziemi. Szybkie zakupy w Kauflandzie i pół godziny później zaczynamy rozpakowywać maszyny i stawiać obóz.

Wieczorem siadamy do stołu w kempingowej kuchni, żeby przepłukać gardła i omówić ważkie sprawy wymagające omówienia 😉 Towarzyszy nam miejscowy piesek, kotka i pajęczyca z jakąś setką młodych na plecach (Hans...). Na koniec ostatni ciepły prysznic na jakiś czas i do spania...


Niedziela

Umówiliśmy się na 9:00, więc mój budzik dzwoni o 7:00. Nad ranem było jakieś 6 stopni - w środku nocy zakładałem softshell, mimo że miałem na sobie bieliznę z merino, to będzie nauczka na przyszłość. Nie chce mi się wychodzić ze śpiwora, ale wiem, że trzeba, bo pakowanie trochę mi zajmie. Zaczynam od zrobienia kawy i pochłaniam serek wiejski z wczorajszą bułą. Po śniadaniu wracam i widzę, że chłopaki już wstali. Każdy ogarnia się, jak umie: opróżniamy auta, ładujemy sakwy. Ja i K. wyglądamy jak cygański tabor, a J. i P. - jako ci bardziej doświadczeni - stawiają na czysty minimalizm. No, zobaczymy!

Ruszamy po 9:00, prawie planowo. Pierwsze 40 km to asfalt. W końcu na horyzoncie pojawia się pasmo górskie, a po chwili zajeżdżamy do miasteczka Белоградчик (Bełogradczik) dolać wachy. Ruszamy dalej, przelatujemy przez ryneczek, na którym - o dziwo - kręci się karuzela z konikami. Jeszcze dwa zakręty i szok! Mieścina leży tuż obok ogromnych skalnych ostańców. Klimat trochę jak w Karkonoszach, widoki wspaniałe, na parkingach kręci się trochę turystów, ale my tylko się rozglądamy i zjeżdżamy winklami w dół. Kawałek dalej, obok Боровица (Borovitsa) ciągnie się cała ściana takich skalnych „mnichów” wzdłuż drogi. Niezbyt wysokie, ale robią spektakularne wrażenie! Jedziemy dalej, zakręty się wiją, ale przecież nie po to tu przyjechaliśmy!

W końcu odbijamy z asfaltu. Na dzień dobry doganiamy jakieś konie, które luzem kłusują ścieżką do góry. Czy tu są dzikie konie? A jeżeli czyjeś, to dlaczego biegają bez opieki po lesie? W końcu odbijają na bok, mijamy je i natychmiast zaczyna się grubo. Droga jest sucha, ale strasznie rozjeżdżona: głębokie koleiny wyżłobione przez wodę, progi skalne i pełno luźnych kamieni. Czasem wykładam się ja, czasem K., który wyznaje, że taką drogą jeszcze w życiu nie jechał.

Ja padam na jednym z podjazdów - stromo w opór, wypadłem z koleiny i nagle mnie zarzuciło. Motocykl ciężko postawić w takim terenie. Próbuję ruszyć, ale znikąd nie da się nabrać prędkości na tych wertepach. W końcu wydrapuję się na bardziej płaski teren, ale po chwili znowu mnie zarzuca i leżę. J. pomaga mi postawić sprzęt, ale obwieszczam mu, że moje sprzęgło prawie nie chwyta. Sprawdza sam, próbuje podjechać i lipa. P. wraca do nas i stwierdza, że trzeba po prostu poluzować linkę. Kombinerki, chwila roboty, po czym P. próbuje startować, a ja pcham. Sukces! Wyjechał na prostszy odcinek, do którego muszę podejść jakieś 20 metrów. Stwierdzam w duchu, że za nic nie chciałbym iść tym szlakiem pod górę na piechotę.

Podjazdy robią się ciut łagodniejsze, wjeżdżamy w las, ale i tak trzeba bardzo uważać. W pewnym momencie stawia mnie bokiem i zaliczam kolejną wywrotkę. Jestem cały, chociaż stopa nieźle boli. Okazało się, że nie zauważyłem grubej gałęzi wystającej z boku drogi - wbiła mi się w sakwę i złamała, przez co nagle mnie przestawiło. Siedzę chwilę i masuję stopę, ale cieszę się, że mam dobre buty, a gałąź nie wbiła mi się w udo albo nie urwała nogi.

Dalej jadę już dużo ostrożniej, omijam większe kamienie i patyki, ale za chwilę staje P. - złapał kapcia z tyłu. Opona dętkowa, ma zapas, więc od razu zabiera się za wymianę. Badyl pod wahacz, klucz płaski i jazda. Mamy kompresorki, a chłopaki z niejednego pieca chleb jedli, więc praca idzie sprawnie. Schodzi na tym jakieś 40 minut. A kiedy w końcu ruszamy, okazuje się, że byliśmy zaledwie 100 metrów od wyjazdu z lasu na przepiękną połoninę. Nie mógł złapać gumy w pełnym słońcu, gdzie są takie widoki?!

Teraz jazda to już czysta przyjemność - zupełnie jak po Połoninie Caryńskiej w Bieszczadach, z tą różnicą, że dookoła nie ma ani żywej duszy. Zatrzymujemy się na szczycie, obok psów pasterskich, które na szczęście odchodzą, gdy słyszą gwizd pasterza. Na najwyższej skałce stoi ławeczka. Siadamy i podziwiamy krajobrazy - widoki są absolutnie niesamowite! Cykamy foty (wychodzą fantastycznie), pogoda jest dla nas łaskawa, tylko mocno wieje - ale trudno się dziwić na wysokości ponad 1500 m n.p.m.

Po dłuższej chwili siadamy na koziołki i ciśniemy dalej połoniną, z tą różnicą, że zaczyna się zjazd. W pewnym momencie drogę grodzi ogrodzenie pod napięciem - musimy odczepić przewody, żeby przejechać. Okazuje się, że pasą się tu krowy, które płoszą się na dźwięk silników. Odczepiamy kolejny drut i wyjeżdżamy.

Połoniny się kończą, wracamy do leśnej jazdy. Jadący na przedzie P. nagle się zatrzymuje. Schodzi z maszyny, patrzy... znów guma. Bierze trzy głębokie wdechy i mówi, że jak latali po Maroku, to w całej ekipie pękło 7 kapci, ale on sam nie złapał ani jednego, a tu ma dwa pod rząd! No trudno, kolejny postój i jazda z tematem. Łatanie trwa około godziny, bo zapasowa dętka poszła przy poprzedniej awarii.

Po ruszeniu ciągle w dół. Czasem robi się czysty hardcore: gołe skały, na których leżą kamienie różnej wielkości. Nie chciałbym tędy schodzić, a co dopiero zjeżdżać! Na szczęście w końcu pojawiają się pierwsze oznaki asfaltu oraz pierwsze wsie. Wyglądają jak opuszczone: budynki się walą, wszystko pozarastane, widać gołym okiem brak pieniędzy. W małym miasteczku parkujemy pod bułgarską „Żabką”, tuż obok wolno dekomponującej się buchanki. Kiedy K. robi jej fotkę, podjeżdża rozklekotaną Polówką jakiś gość i pyta, czy nie chcemy jej kupić za 1500 € xD. Robimy zakupy na wieczór, ale pieczywa niestety brak - w końcu to niedziela wieczór (ale humor gitówa!). Nie ma problemu, jak ktoś biedy zaznał, to i kiełbasę bez chleba zje 😉

Wjeżdżamy w końcu na szerszą drogę, ale niedługo potem odbijamy w stary, popękany asfaltobeton, ze szczelin którego wyziera mech. Żadnych aut, żadnych ludzi - klimat żywcem z Czarnobyla (na każdym znaku cyrylica), i tylko pozarastane cmentarze świadczą o tym, że kiedyś ludzie tu mieszkali.

Z tego odcinka skręcamy w las na końcówkę dzisiejszego offroadu. Jedziemy kilka kilometrów, lekko nie jest, ale bez większych niespodzianek docieramy do jakiejś polany. P. decyduje, że tu rozbijamy obóz. Parkujemy i od razu bierzemy się za rozkładanie sprzętu, bo słońce ucieka w mgnieniu oka. Tradycyjnie już chłopaki zazdroszczą mi namiotu rozkładanego w 5 sekund, a J. - wędkarskiego krzesełka.

Gdy obozowisko stoi, zbieramy drewno i rozpalamy ognisko na środku polany. Siedzimy do późna, a rozmowy podkręca zimne piwo i przywieziona z Polski wiśniówka. Zza drzew wychyla się łysy łeb księżyca, a z głośnika płyną klasyki - w końcu wszyscy tutaj mamy już solidnie wygrzane PESELe.

W końcu czas się rozejść do namiotów. Cieszymy się, że wszystko się udało i każdy z nas dotarł cało na nocleg. Pora spać.

Pokaż więcej komentarzy (12)

Gruba ryba

w Hydepark

71piorunów

Dziś dzień kasztana, a ja kasztaniara jestem. W wieku lat kilku odkryłam siłę odśrodkową kręcąc koszyczkiem z kasztanami.

Fanatyk5piorunów

@SilverMonkey

W wieku lat kilku odkryłam siłę odśrodkową kręcąc koszyczkiem z kasztanami.

Koszyczkowi oderwało się denko i kasztany wyleciały niczym pociski, a to akurat był 1 listopada i cmentarz?

Pokaż więcej komentarzy (6)