Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#doswiadczenia

Gruba ryba

w Psychologia

18piorunów

Chowanie dziecka w szafie

Żeby nie było — mojego wewnętrznego dziecka 😉

Wpis spontaniczny, pisany teraz.

Miałem okazję poobserwować siebie w odmiennym środowisku (hehe, mikro [!?] hejtopiwo wiz @MuojemuKotu).

Po tych kilku dniach czuję się jakbym zrobił zwrot o 360 stopni ( ͡° ͜ʖ ͡°) Ba! Udało się wyciągnąć wnioski, że zamykam tytułowe wewnętrzne dziecko w szafie na cały rok, po czym daję mu wyjść na kilka dni i to tyle.

A po ludzku, to sam sobie zabieram możliwość cieszenia się, bycia pozytywnym, bycia sobą. Dlaczego daję wolność sobie tylko przez te kilka dni? Hm, otoczenie jest luźne, biorę przykład z ludzi. Tylko dlaczego dorosły chłop ma korzystać z zewnętrznego przyzwolenia i dostosowywać się, zamiast samodzielnie regulować? To schemat przetrwania z dzieciństwa.

Minęły trzy dni od powrotu do rzeczywistości, ale staram się utrzymać wajbik pozytywności ᕦ( ͡° ͜ʖ ͡°)ᕤ

Mata cios ze sprężynki: https://www.youtube.com/watch?v=I3zj0Rd28jw

Autorytet0piorunów

Komentarz usunięty

Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Psychologia

28piorunów

Postęp cz. 3

Jest wczoraj, a właściwie dzisiaj, bo właśnie minęła północ. Lekko ponad dwanaście godzin po rozmowie rekrutacyjnej. Poszedłbym spać, ale łapie mnie jakaś refleksja, tylko jeszcze nie wiem jaka. Zmęczenie czasem przyzywa różne takie przemyślenia, bo przestaję uparcie kontrolować siebie.

Kurdebele, mam!

Na samą rozmowę poszedłem z założeniem, że nie bardzo chcę tam pracować. Daleko (20 km), nie tak do końca co chciałbym robić, widełek w ogłoszeniu brak, jedynie hybryda trochę ratowała sytuację.
Przypomniałem sobie, jak wyglądała sama rozmowa, ich pytania, moje odpowiedzi, ale też odwrotnie. Przypomniałem sobie, że… nie czułem strachu. Tak, pojawiał się, ale momentami, w mikrodawce, z moją wiedzą o nim i to w trybie „teraz”.


Byłem, rozmawiałem, nawet śmieszki byli (już wiem, że kierownik umie w 2137 😆 ). Ba, nie widziałem ich jako lepszych ode mnie, byliśmy po prostu równi. Rozmawialiśmy 1,5 godziny, a mnie ten czas nie tylko minął szybko, ale również nie bardzo chciałem wychodzić.

Czy mnie przyjmą – nie wiem, mam dowiedzieć się w przyszłym tygodniu. Jeśli się uda, będzie bardzo fajnie. Wiem jednak, że ta jedna rozmowa już dała mi dużo, bo widzę swoją zmianę (zacząłem siódmy tydzień L4, do tego 13 miesiąc terapii). Wychodzę z ogólnego trybu przetrwania i zgnojenia.

Lider6piorunów

@macgajster piękny postęp, gratulacje stary! Jesteś wspaniałym człowiekiem, nie masz co się czuć gorszy od innych :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (2)

Gruba ryba

w Psychologia

19piorunów

Na plus

Żeby nie było, że smutas jestem i tylko same negatywy w życiu, opiszę coś, czego nie da się opisać :smiley:

Jechałem dobrych kilka lat temu, może nawet osiem, swoim samochodem (maluchem) za znajomymi, w kolumnie 3-4 aut.

Zjechaliśmy się na zlot i akurat objeżdżaliśmy Balaton od Siófoku do Tihany. Nie działo się nic szczególnego, ot jestem ostatni w kolumnie (mój wóz był obciążony tylko mną, a zawsze był jakoś dziwnie mocniejszy i nie miałem problemu z doganianiem). Jest ciepło, to w końcu lipiec, oba okna w dole, jadę w przeciągu, 50 km/h bo ciągle teren zabudowany z kempingami.

Nagle wyczułem, że pojawiła się jakaś bardzo pozytywna emocja. Coś, czego wcześniej nigdy nie doświadczyłem. Zupełnie obce, ale na tyle dobre, że do dziś chcę więcej.

Byłem świadomy w pełni i na tyle, żeby to zapamiętać.

To był błogostan, uczucie jakby przynależności do czegoś dużego, jednocześnie do wszystkiego. Brak presji, brak zobowiązań, brak stresu. Objęło mnie mentalne ciepło, nie miałem w tamtej chwili problemów, po prostu byłem i to było wystarczające.

Dziś mogę przypomnieć sobie jedynie cień tego uczucia.

Według aji jest to zachwyt (ang. awe) z plusem wynikającym z poczucia przynależności. Awe of belonging.

https://www.youtube.com/watch?v=CFe7qaJ22jA

Lider1piorunów

@macgajster ahh nocowałem w Siofok, jadąc tam Jeepem z wyjącym mostem. Niezapomniane przeżycie. xd

Stan, o którym napisałeś to radość z bycia tu i teraz. Uczucie znane i pożądane przez wszystkich praktykujących medytację. Zdarza mi się doświadczać jakichś jego zalążków dosyć regularnie, a takiej pełnej błogości, o której napisałeś udało mi się zaznać kilkukrotnie. O tej przynależności do czegoś dużego pisał m.in. Marek Aureliusz:

> Jest jedno świa­tło słoń­ca, cho­ciaż je dzie­lą mury, góry i inne ty­sią­cz­ne rze­czy, i jeden wspól­ny byt, cho­ciaż jest roz­dzie­lo­ny na ty­sią­ce ciał o wła­ści­wych sobie przy­mio­tach. I dusza jedna, cho­ciaż dzie­li się na ty­sią­cz­ne osob­ni­ki o wła­ści­wych sobie ce­chach. I jedna dusza ro­zum­na, cho­ciaż po­zor­nie zdaje się roz­dzie­lo­ną.

Gruba ryba

w Psychologia

28piorunów

Ucieczka

Jest taka część mnie, którą ukrywam nawet przed sobą. To ta "smutna" część, której pokazanie komukolwiek, a przede wszystkim sobie, maskuję żartem, teatralnym zachowaniem, przerysowaniem reakcji, komizmem, sarkazmem, ironią.

Boję się, że pokazanie tej części odebrałoby mi przynajmniej w jakimś stopniu człowieczeństwo, na pewno nie zasługiwałbym na empatię (głównie swoją).

To jest pierwotna, jeszcze niedawno nieświadoma, przyczyna, dla której nie piję alkoholu, nie wciągam żadnych używek. Po prostu wiem, że alkohol luzuje hamulce, uwydatnia śmieszka, agresora albo smutasa. Nie wiem skąd, ale skądś wiem, że okazałbym się tym ostatnim. Co mógłbym sam sobie okazać, skoro tego nie akceptuję? Pogardę? Obrzydzenie?

Na pewno zapamiętałbym zbyt dużo, a następnie sam siebie gnoił, rozpamiętywał, tworzył wyrzuty. Nie jest wielkim problemem to, że stałoby się to przed ludźmi. Głównym byłaby moja świadomość tego, co zrobiłem, że pokazałem swoją słabość. Upadłbym we własnych oczach.

Wiem, że nie wszyscy widzowie mieliby takie zdanie o mnie, że to projekcja. Boli jednak jak prawdziwe zdarzenie, które niemalże miało miejsce.

Ta część to chyba emocje i uczucia. Niby nie jest "smutna" jako zestaw cech, ale jest przeze mnie odtrącona, niezaspokojona.

Nie mogę okazać słabości, muszę trzymać gardę. Zawsze musiałem.

Rechot losu. Przez łącznie dziewięć (!) lat chodziłem do klas integracyjnych. Może i klasa nie była zintegrowana, ale nikt też nie zauważył, że ja nie jestem zintegrowany ze sobą. [Sarkazm w swojej naturalnej formie, maskujący cierpienie]

Gruba ryba2piorunów

@macgajster mam bardzo podobnie, choc chyba nie az tak skrajnie:

> odebrałoby mi przynajmniej w jakimś stopniu człowieczeństwo

U mnie to raczej po prostu smutek i zlosc na samego siebie.

Mi pomoglo kilka sesji z psychologiem. Przede wszystkim trzeba te swoja "smutna" strone poznac i... polubic sie z nia, albo chociaz zaakceptowac, ze jest. Jakbys chcial czasem o tym pogadac z anonem z neta, to smialo wal priv.

PS. Dokladnie taki byl Chandler w "Friendsach" :grinning: i raz go nawet tak psycholog podsumowal :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Psychologia

13piorunów

Biologia wychowania

Właściwie nie wiem, jak nazwać ten wpis, żeby sam tytuł stanowił skrót ¯\\_(ツ)_/¯ Na pewno będzie trochę do poczytania teorii i mojej historii.

Grzebię w swojej pamięci, czytam „mądrą” książkę, słucham opowieści jak to drzewiej było i staram się wyłapać jakieś zależności, strzępki informacji, cokolwiek znaczącego dla przeszłego, obecnego i przyszłego mnie.


Poradnik „Powrót do swego wewnętrznego domu. Jak odzyskać i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko” poleca zagłębienie się nawet w etap niemowlęcy, jakieś medytacje, nawet hipnozy. Dla mnie to trochę głupie więc nie robię, ale trochę tym tropem, przypadkiem, poszedłem.

Otóż jednostka rodzicielska żaliła się „gdy byliście mali, ciągle opiekowałam się wami sama”. W sumie dość popularny schemat, ale nieoczywiste jest, co to robi.

Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Dziecko biologicznie wie, że musi być więcej niż ~jedno zwierzę~ (hyhy, ) jeden stabilny opiekun, bo strata jedynego opiekuna to dla niemowlęcia wprost zagłada. Tylko co, jeśli tego drugiego opiekuna (dziecko nie rozróżnia płci) nie ma?

Rodzi się strach, który jest zakodowany w najbardziej pierwotnej części mózgu. Ta część to mózg „pnia” / rdzeniowy (reptilian brain). Coś jak BIOS w komputerze. Jeśli tutaj coś się zakoduje, to jest to bazą danej osoby. Zmiana jest możliwa, ale to nie takie hop-siup.


Druga część to układ limbiczny / emocjonalny, rozwijany trochę później, też jest bazą osobowości. Tutaj strach może się utrwalić, jak w moim przypadku.

Wspomnień z tego okresu niestety mam niewiele, jako niemowlę nie mam wspomnień wcale :smiley: Patrząc jednak na historię, przeżycia, problemy i logikę, brzmi to jak pewien mocny trop.

Lider2piorunów

@macgajster to jak działa ludzka psychika jest fascynujące. Czasem mnie to wkurza, że to jak się czujemy jest zależne od tego typu rzeczy. A czasem mi się to podoba, bo tam zawsze będzie coś do pogrzebania i żeby coś usprawnić, a potem się okaże, że jest tam drugie dno i trzecie. No nie ma nudy jak ktoś sobie lubi dłubać w głowie. xd

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Psychologia

15piorunów

Wieczny strach

Rozwiązania przychodzą niespodziewanie. Choć na razie znam jedynie jakiś zarys przyczyny.

Napisałem dziś jednemu takiemu smsa podsumowującego naszą wczorajszą rozmowę. W skrócie było to:

> Od zawsze się boję.

Dalej postąpiłem trochę automatycznie, zacząłem szukać w swej pamięci sytuacji pod tę tezę. Znalazłem. Znalazłem bardzo dużo jak na zbyt małe, ówczesne, siły.

Jeśli coś zrobiłem nie tak, zwracano mi uwagę z irytacją, wyrzutem, pretensjami i podobnymi rzeczami. Nauczyłem się, że muszę robić dobrze, ale też, że nie wolno mi dyskutować. Nie mogę też mieć wsparcia, muszę radzić sobie sam.

Tu przyszło oświecenie. Dokładnie tak samo komunikuje się ze mną kierownik. Jeśli zrobię dobrze - mam spokój. Jeśli zrobię źle - świat się wali, przeze mnie.

Wtrąca mnie to w schemat przetrwania z dzieciństwa, występuje regres, a ja jestem zamrożony w strachu.

Dlatego nie podejmuję wyzwań, boję się zmian (zmiana = ryzyko błędu = ryzyko opuszczenia [emocjonalnego] przez rodziców = śmierć dziecka).

GURU3piorunów

Komentarz usunięty przez moderatora

Pokaż więcej komentarzy (3)

Gruba ryba

w Psychologia

23piorunów

Dwa mózgi, jedno ciało

Trudno mi to jakoś opisać, nie mam porównania, ale spróbuję. Teraz udało mi się to jakoś usystematyzować i zrozumieć.

Od dość dawna zdaję sobie sprawę, że mój proces myślowy dzieli się na dwa „strumienie”.
Pierwszy, logiczny, jest dostępny na bieżąco, korzystam z niego ciągle. On odbiera, filtruje, nadaje, czasem powie coś logicznego, ale emocjonalnie lub moralnie dyskusyjnego.
Ten drugi za to pokazuje się od czasu do czasu, bo zazwyczaj jest tłumiony przez mózg logiczny. Daje znać o sobie kiedy jest źle, czasem podsunie jakiś pomysł <scenka myślenia z „Pomysłowy Dobromir” 😉 >. Taka intuicja, którą nauczyłem się wykorzystywać tak jak mogłem.

Jeśli mam jakiś problem i nie jestem w stanie sensownie rozwiązać go szybko, logiką, po prostu go zostawiam. Wiem, że za jakiś czas (nieznany, czasem dzień, czasem rok :smiley: ) rozwiązanie przyjdzie samo.

Widzę teraz co to mówi. Ta intuicja to umysł emocjonalny, który żyje jakby oddzielnie, którego nie słucham, bo tak się wykształcił / ja go wykształciłem. Na bazie doświadczeń musiałem chować emocje, tłumić je zamiast wyrażać.


Wiem też i mam przykłady, że ten umysł emocjonalny ratuje mnie w trudnych sytuacjach. Robi ze mnie takiego wytrwałego twardziela jak karaluch, co go zdepczesz, a on wstanie :grinning: Nie będę  szczęśliwy, ale przeżyję na podstawowych funkcjach życiowych.

Lider3piorunów

@macgajster ło Panie, żeby tych nas w nas było tylko dwóch. :stuck_out_tongue_winking_eye:

Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Psychologia

40piorunów

Nie wiem jak ludzie wyobrażają sobie proces terapii, ale z zewnątrz wygląda jak nudna pogadanka, a pod kopułą (po dobrej sesji) neurony robią brrr :smiley:

Jeszcze @knoor wziął zarzucił dobrym hasłem na temat stresu w pracy, to już w ogóle odpalił się zalew myślowy.

Myśl i wspomnienia, które pojawiły się dziś datuję na anno domini 2002 albo 2003. 4 klasa podstawówki, tu smaczek - szkoła i klasa integracyjna. Na pokładzie klasy nauczyciel "wspomagający".

Przyszedłem do szkoły dowiedziawszy się rano, że nie ma już z nami psa, z którym byłem mocno zżyty. Pierwsza bliska styczność ze śmiercią tak blisko.

Emocje dotarły do mnie dopiero pod klasą, tuż przed otwarciem drzwi. Osunąłem się na podłogę, zakryłem twarz plecakiem. Nie płakałem, ryczałem.

Jedyną osobą, która cokolwiek zrobiła, była koleżanka. Zapytała czy wszystko w porządku. Dałem radę powiedzieć jej w trzech słowach co się stało.

Od nauczyciela wspomagającego otrzymałem zaproszenie do sali na lekcję.

Moje emocje się nie liczą. Ważne jest wykonanie zadania.

> I was blind, but now I see.

:droplet:

Pokaż więcej komentarzy (5)

Gruba ryba

w Psychologia

56piorunów

Ponad miesiąc temu dostałem od internistki prikaz mierzenia ciśnienia i spisywania go w tabeli, bo wyszło wysokie na wizycie. Przez cały ten czas miewałem raz dobre, raz wysokie, mniej więcej zgodne z odczuwanym stresem.

Zauważyłem, że spinam się w trakcie pomiaru, twarzą, nogami, czasem ręką z rękawem.

Starałem się wymuszać na sobie konkretne ciśnienia, niczym jakimś zadajnikiem narzucać co ma wyjść. Co wychodziło - wiadomo 😉

Kontrola bowiem, choć czasem (lub często) nieskuteczna, daje mi poczucie bezpieczeństwa. To kolejna moja przypadłość z dzieciństwa, która robi mi źle.

Interesowanie się moim zdrowiem daje mi od roku poczucie, że coś z automatu jest ze mną źle, że czas na leczenie i ogólnie zbieranie za chwilę zabawek z piaskownicy zwanej życiem. To jest strach, lęk.

No i teraz

Opanowałem skubańca. Ostatnie cztery pomiary z rzędu są w normie, choć wciąż momentami spinam się fizycznie. Różnica jest w tym, że nie kontroluję na siłę, a obserwuję i odpuszczam.

Fanatyk4piorunów

@macgajster mam podobnie - w gabinecie wywalone na 160, w domu normalne :grinning: i weź tu lekarzowi wytłumacz żeby uwierzył. Pomogła mi dopiero apka, w której zapisywałem wyniki każdego dnia.

Gruba ryba1piorunów

@macgajster Od czasu do czasu łapie mnie w losowych momentach skurcz po lewej stronie klatki piersiowej. Mrowienie przenosi się na plecy, czasem pod ramię, czasem w stronę szyi.

Pierwsze kilka razy byłem przerażony ze może to już ten moment na wczesny zawał, a potem sobie uświadomiłem ze ostatnio odpuszczam trening a nawet poranna rozgrzewkę, mimo tego ze dalej siedzę zwinięty jak precel przez 6-14 godzin dziennie przed komputerem. W szczegolnosci - główny monitor mam po lewej, czyli tam gdzie przykurcz występuje powinienem się go spodziewać.

Pokaż więcej komentarzy (12)

Gruba ryba

w Psychologia

12piorunów

Idealizacja, dewaluacja, ambiwalencja

Pierwsze dwa hasła najczęściej można znaleźć w temacie narcyzmu. Mnie jednak gniecie to w inny sposób.

Idealizuję bliskich, nawet jeśli robią coś przeciwko mnie. Nie mam tego problemu wobec obcych, choć ich często traktuję z większym poważaniem i zaufaniem niż powinienem.

Jeśli ktoś mi podpadnie – demonizuję (dewaluuję). Czasem jedna sytuacja, odpowiednio silna, potrafi skreślić bardzo dużo pozytywów z relacji. Automatycznie tworzę w głowie jakieś scenariusze, przeżuwam, maltretuję się tym i w ten sposób zwiększam stopień, w jakim ta osoba jest „zła”.

Tu właśnie wchodzi środowa terapia, na której usłyszałem, że to nie jest normalne. To utknięcie w rozwoju emocjonalnym na poziomie dziecka, brak widzenia człowieka całościowo, ambiwalentnie. Logicznie wiem, że człowiek składa się z cech pozytywnych i negatywnych. Emocjonalnie… nigdy nie wytworzyłem takiego podejścia.

Utrudnia mi to życie. Raz „skreślona” osoba ma bardzo małe szanse na powrót w to samo miejsce. Nie mówię, że zerowe, bo raz albo dwa udało mi się to cofnąć. Tylko wymagało to bardzo dużego wysiłku z mojej strony. Wysiłku, którego nie chcę już ponosić, bo dużo lepszym rozwiązaniem jest dla mnie emocjonalnie dorosnąć, wykształcić ambiwalencję.

Nie spodziewałem się, że mogę nosić w sobie tyle „dobra” :smiley:

Gruba ryba

w Psychologia

87piorunów

Postęp cz. 2

Wczorajszego wieczora napisałem ten wpis. Teraz czas na kontynuację.

Przeskoczmy w czasie do wczorajszego poranka. Z wcześniejszym postanowieniem przybyłem do pracy. Towarzyszył mi pewien niepokój, bo przecież nie wiem co się zdarzy. No ale powiedziałem w myślach A, to trzeba powiedzieć BEEE.
Zgrałem dowody, wyczekałem moment, aż obaj panowie będą na swoich miejscach (obok siebie) i poszedłem.

Muszę wprowadzić ich krótki opis żeby było prosto i jasno:

* prowodyr - człowiek, u którego widzę od samego początku jakiś deficyt, kompleksy. To głównie on atakował.

* naśladowca - powtarzał podejścia prowodyra, sam z siebie relatywnie rzadko robił jakieś wrzutki.

Podszedłem do nich jak do ludzi, akurat naśladowca zagadał w sposób agresywny, więc miałem punkt zaczepienia. Wytłumaczyłem o co chodzi, widziałem jak naśladowca przyjął to (mina, mowa ciała, a następnie jego słowa). W trakcie rozmowy starałem się ich nie atakować, a opowiadać jak to na mnie działa. Prowodyr za to wychylił się zza monitora, posłuchał i wskazując na drzwi zadał pytanie:

> Czy może pan wyp*?

Już wiedziałem o co mu chodzi, ale dopytałem stwierdzeniem, na które przytaknął. Coś mu jednak nie pasowało, bo rzucił we mnie tekstem-wywodem (cytat przybliżony):

> Czyli rozumiem, że nie chcesz interakcji poza profesjonalną, ok, tak będzie.
>
> [lub]
>
> Czyli rozumiem, że nie chce pan interakcji poza profesjonalną, ok, tak będzie.

Którakolwiek forma miała miejsce, była wprost agresją słowną. Usłyszawszy to powiedziałem mu, że ekstrapoluje to co powiedziałem i zacząłem tłumaczyć. Dodałem, że nie biorę jeńców. Przerwał mi, powtórzył tylko "chcesz tylko komunikacji profesjonalnej, to tak będzie". Wyszedłem, bo temat skończony, a o nim już wiedziałem wystarczająco.

Chwilę później, do mojego pokoju przyszedł naśladowca, zapytał o co konkretnie chodzi, ale w formie próby dowiedzenia się, a nie zrobienia mi krzywdy. Dowiedział się też wtedy, że moje narzekania na kierownika nie są dla żartów, a są jak najbardziej na poważnie. Obiecał zmienić swoje podejście, więc osiągnąłem sukces na polu interakcji z nim.

Jakieś pół godziny później do pokoju przyszedł prowodyr, pogmerał przy urządzeniu i wychodząc zauważył, że jesteśmy tylko we dwóch w pokoju. Nachylił się do mnie ponad monitorem i powiedział beznamiętnie:

> Wybacz moje ofensywne teksty wobec ciebie.

Nie zastanawiając się nawet odpowiedziałem:

> Nie wiem czy wybaczę.

bo widziałem, że próbuje manipulować. Jednocześnie "przeprosić", ale w taki sposób, żeby nie zrobić tego przyznając się do jakiejkolwiek winy.

Dlaczego to jest znaczące?

Zerwałem ze swoim schematem zagryzania zębów, milczenia, pozwalania na przekraczanie granic i w jasny sposób tę granicę postawiłem.

Jeszcze lepsze, że moje przewidywania co do rozwoju rozmowy były bardzo trafne względem rzeczywistości.

Ta duma z wtorku towarzyszyła mi po rozmowie, ale także na spotkaniu terapeutycznym, które miało miejsce akurat wczoraj. Stonks.

Inspirator2piorunów

No i dobrze, krótko z nimi. A pan kolega przestraszył się konsekwencji, ale nadal nie na tyle, by pokonać dumę i chociaż udać szczere przeprosiny :D Mobbing w pracy to koszmar, powinno się takich z miejsca wywalać na ulicę z kopem na do widzenia jak w kreskówkach.

GURU3piorunów

Komentarz usunięty przez moderatora

Pokaż więcej komentarzy (11)

Gruba ryba

w Psychologia

60piorunów

Postęp

Wczorajszego wieczora, tuż po 19:00 wybierałem się do garażu. Natchnęła mnie jedna myśl, która szybko zaczęła kiełkować.

Mój dział w pracy składa się łącznie z siedmiu osób. Jakkolwiek kieras jest moim generatorem kieratu wprost, tak uderzyło mnie, że nie jest jedynym źródłem stresu podczas "pracy". Dotarło do mnie, że jest jeszcze dwóch gagatków, którzy wpływają negatywnie na moje samopoczucie. Jak?

Docinkami, niby niewinnymi, bro-jokes, ale jednak nie. To drobne noże wbijane w plecy i jakoś bardzo rzadko się z nich śmiałem, a w przeważającej mierze milczałem lub patrzyłem na nich gniewnym wzrokiem (czasem na jednego zadziałało). Te docinki dotyczyly cech fizycznych, ale też były wyssanymi z palca zaczepkami. Słowem: agresja. W końcu skumulowało się to we mnie, bo od pewnego czasu czuję podwyższone ciśnienie krwi, ból pleców itp. (Patrz temat somatyzacji pod tagiem).

Wieczorem, we wtorek, po powrocie z garażu, siedziałem jeszcze chwilę w samochodzie i opisywałem ai co widzę, co czuję, jak to wiążę z sytuacjami. Udało się wyklarować, że to mobbing poziomy tak na mnie wpływa. Mobbing, który trwa niemal od początku zatrudnienia w tej firmie.

Nakreśliłem (samodzielnie!) co muszę zrobić - porozmawiać. Trochę w trybie natręctw powstały różne scenariusze jak będzie wyglądała ta interakcja, ale dzięki temu zauważyłem, że nie jestem sam. W razie problemów w odzyskaniu szacunku mam za sobą kierasa, dyrektora i cięte haerki.

Tylko jak to udowodnić? Główny prowodyr podłożył się sam, czatem działowym :smiley:

To było dość dziwne jak na mnie, ale złapałem dumę z siebie, z tego rozpoznania co się dzieje w strefie emocjonalnej, ze znalezienia i zobaczenia problemu takim jakim jest. Wreszcie wiedziałem co jest nie tak. Co lepsze - miałem plan rozwiązania i postanowienie :3

Ciąg dalszy nastąpi jutro. Czas zadbać także o higienę snu żeby nie zacząć tak szybko łykać pigułków na pikawkę.

Kosmonauta10piorunów

@macgajster dobra robota. Czasem dokopanie się do źródła własnych emocji to ogromna praca

Kosmonauta1piorunów

Brawo, bardzo rozsądnie podszedłeś do sprawy, załatw wszystko na chłodno bez emocji i nie bierz jeńców

Pokaż więcej komentarzy (8)

Gruba ryba

w Psychologia

40piorunów

Mikrozarządzanie i jego wpływ

Temat dla mnie bardzo aktualny, bo ledwo co miałem pogadankę z obecnym kierasem jaki to niedobry jestem w jego kierunku. Może coś w tym być, bo podświadomie nie cierpię mikrozarządzania.

Od początku.
Do obecnej pracy trafiłem w maju z wiedzą, że to na przetrzymanie. Nie zakładałem, że dalsze szukanie będzie tak mocno się przeciągało. W ogłoszeniu oczywiście jest jeden zakres obowiązków (szeroki i w stylu „masło maślane”), zaś w rzeczywistości mógłbym swoją pozycję określić jako staż (ale to ja płacę). Moje obowiązki to po części bycie sekretarką, przynoszenie/wynoszenie paczek jak coś się zdarzy, przeszukiwanie katalogów (żmudne i nudne), dopasowywanie podzespołów wiązek kablowych do siebie (katalogi są porypane i choć brzmi to jak harness designer, to ja wolałbym robić obowiązki człowieka na produkcji). Zdarza się też wybieranie części z allegro żeby załatać jakiś fakap.
Jedyne projektowanie jakie mam pochodzi z tego co sam sobie przyniosę i po cichu robię. Daje mi to deko satysfakcji, dzięki której przestałem wstawać do pracy coraz później, a wręcz wstaję wcześniej.
Krótko: z one-man army w projektowaniu spadłem do pozycji podnóżka.

Kierownik niby jest spoko, ale mikrozarządza. Dyktuje maile, dyktuje zadania do wklepania w system zarządzania zadaniami (jakby sam nie mógł tego powprowadzać), kontroluje najmniejszy krok, a jednocześnie słabo rozdysponowuje pracę i nie wie co kto w dziale robi.


Zdarza się też, że umniejsza moje umiejętności (na rozmowie rekrutacyjnej i kilka miesięcy temu rzucił tekstem „najfajniejsze w twoim cv były samochody”). Jak tylko mówi „mam super zadanie dla ciebie”, to już wiem, że będę taplał się w gnoju.

Na jego działania reaguję alergicznie, choć dużo z tego się pozbyłem. Teraz po prostu staram się go czasami zbyć mówiąc coś spokojnie i bez emocji. Nie zawsze się udaje przejść suchą stopą, a nawet ostatnio dostałem za to reprymendę. Wiem już jednak, że on bez kontroli nie potrafi, dla niego kontrola jest równa świętości, a jakakolwiek niesubordynacja (często chce coś na już) jest równa naruszeniu hierarchii i jego ego. Swoimi tekstami wtłacza mnie w określone przez niego ramy wyrobnika.

I tkwię tak sobie w tym grajdole, bez perspektyw na jakikolwiek awans, lepsze pieniądze, za to z widokiem na nerwicę lub nieprzedłużenie umowy. To wszystko kłóci się z moją ambicją, której nie potrafię stłumić.


Jednocześnie mam zatem miks emocji, znajduję trochę pozytywów w negatywach, ale też mam szansę obserwować siebie.

Broni nie składam, aplikuję czynnie, trzyma mnie nadzieja 😉

Fanatyk3piorunów

Byłem w takiej firmie, mam nadzieję że aktywnie szukasz nowej pracy, bo generalnie scenariusze są dwa:

1. Zmienić pracę

2. Znaleźć psychiatrę który da leki które pozwolą ci to lepiej znosić, a potem zmienić pracę.

Toksyczne środowisko uzależnia i widzi się to dopiero długi czas po opuszczeniu go

Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Psychologia

69piorunów

Wyzyskiwanie

Dopiero kilka dni temu zdałem sobie z tego sprawę w kategorii emocjonalnej/uczuciowej. Wcześniej wiedziałem na logikę, ale trudno było mi konkretnie wskazać o co chodzi.

Ano, jeden z rodziców ma duże ciśnienie żeby mieć niewolników, jak najwięcej, jak najlepiej przykładających się do narzucanej roli. Często chce żeby wyręczyć go przy jakichś pierdach (ostatnio przegrywanie zdjęć z telefonu na komputer), których jemu nie chce się robić.

Jak to wyzyskiwanie wygląda?
„Ja nie umiem, pomóż mi”, bardzo proste, trzeba przecież pomagać, nie wolno odmówić rodzicowi. Problem polega na tym, że to pomaganie ma z góry określoną formę i rozwiązanie. Mam się zająć tematem zgodnie z wytycznymi, posłusznie wykonać polecenie.
Problem zdiagnozowałem w prosty sposób – chciałem przy okazji przegrywania wykonać szkolenie, bo przecież być chłopkiem od zgrywania plików, to takie średnie zajęcie. Wyobrażacie sobie wołanie o pomoc przy każdym pliku do zgrania?
Spotkałem się z oporem, aktywnym i upartym. Koniec końców padło „teraz to już nie chcę” i… foch. Dostałem informacją „zły_syn.exe”, zaczęło się sapanie, wyjście do drugiego pokoju, „ciche dni”, generalnie karanie pasywną agresją, manipulacja emocjonalna.

Z mojej strony zauważyłem strach i lęk przed… odrzuceniem. Nie spełniłem pokładanych wymagań, a do tego sprzeciwiłem się, dostałem chłostę mentalną. Nie pierwszy z resztą raz, bo skoro odczuwam ten strach i nawet nie pamiętam skąd, to musi on być zakorzeniony jeszcze przed jako-tako funkcjonującą pamięcią zdarzeń – w głębokim dzieciństwie.

Z takiej relacji wynika parentyfikacja (temat na przyszły wpis, odwrócenie ról w rodzinie), zablokowanie mnie w nie w pełni rozwiniętym dorosłym (nie ma na to miejsca, trzeba ciągle uważać i pomagać), przewlekły stres (nawet teraz czuję jak spiąłem mięśnie brwi i głowa zaczęła boleć), a dodatkowo najważniejsza sprawa:
NIE przeżyłem buntu nastolatka. Po prostu nie i tyle.

Wpływ na brak buntu miało też wychowanie na grzecznego, miłego, niezawadzającego, przydatnego. W ten oto sposób stałem się narzędziem zamiast być człowiekiem.

Specjalista3piorunów

@macgajster jestem w trakcie terapii o tym, o czym piszesz. Ten sam schemat. To tak utrudnia życie, że k... mać.

Autorytet6piorunów

@macgajster
>NIE przeżyłem buntu nastolatka. Po prostu nie i tyle.

O to tak samo jak ja. Moi rodzice wiecznie się kłócili o byle gówno. Robili fochy i sobie po złości więc zamiast skupić się na byciu głupim nastolatkiem to musiałem skakać wokół nich aby było dobrze xD

Pokaż więcej komentarzy (35)

Gruba ryba

w Psychologia

44piorunów

Poczucie bezpieczeństwa

Pierwotnie zapisałem ten wpis pod hasłem „stres od dzieciństwa”, jednak udało się określić na czym on polega, więc rozszerzę temat.

Mam w pamięci dwie scenki, jedna na pewno odbywa się w zerówce, na świetlicy. Ja i brat mieliśmy być odebrani przez rodzica (nazwijmy go roboczo 1) o konkretnej godzinie, jednak ta wybiła i nikt się nie pojawiał. Narastał we mnie strach, mocny, o tego właśnie rodzica. Niby brat uspokajał mnie, ale nie było to wystarczające, żeby zażegnać emocje. Co, jeśli zostałem porzucony?

Druga scenka odbywa się mniej więcej w tym samym wieku. Ten sam rodzic (1) wyszedł w gościnę, a ja zacząłem się martwić. Na tyle mocno, że nie byłem w stanie spać, a była już na to pora. Poszedłem do drugiego rodzica (rodzic 2) szukając ukojenia, pokazując mu swoje zaniepokojenie. Uspokajał mnie, ale to również nie wystarczyło.

Strach, porzucenie, bezsilność, to są uczucia, które wtedy dominowały.

Z analizy w terapii wynika, że jeden rodzic (2) nie był w stanie na tyle zastąpić drugiego (1), żebym czuł się bezpiecznie. Polega to prawdopodobnie na tym, że rodzic 2 był, podobno, na początku mojego życia, dość nieobecny. Naturalnie więc nawiązała się więź z rodzicem obecnym emocjonalnie i fizycznie.


Widać też, że ta reakcja ówczesnego 6-latka, mnie, była dość mocna, czyli czymś już była napędzana i mogła występować dużo wcześniej. Ba, mogła powstać na bazie wielu różnych wcześniejszych przeżyć negatywnych.

W obu tych przypadkach raczej nie dałem znać, że się boję i nie czuję bezpiecznie, nie potrafiłem, nie wiedziałem jak. Tak się domyślam, bo nie zapamiętałem rozwoju sytuacji.

Dziś, po 30 latach, wciąż to pamiętam i to ze szczegółami. Znaczy ważne to. Wciąż też wpływa na mnie, bo wciąż boję się opuszczenia. Nie pomógł też związek, jaki w życiu miałem.
Żeby nie zostać opuszczonym droga jest prosta – nie związywać się z nikim. W ten oto sposób wiąże się to ze stylami przywiązania. Jednocześnie chcę się związać, ale związek łączy się z zagrożeniem porzucenia. Żeby nie przeżyć ponownie traumy z dzieciństwa, moje szukanie jest bardzo mocne w teorii, słabe w praktyce. Z grubsza pozbyłem się już wyszukiwania igły w stogu siana (jednej małej wady, która przekreśla wszystko). To pozwalało odrzucić każdego, byle tylko się nie wiązać.

Muszę teraz zostać rodzicem dla samego siebie*, ukoić ranę.

Ad * - ależ mi tu pasuje pasta „sam sobie jestem ojcem i dziadkiem” 😆

Gruba ryba5piorunów

Jak czytałam to po samych incydentach to już zaczynało mi śmierdzieć zaburzonym stylem przywiązania. U mnie był to wzorzec ambiwalentny. Był, na szczęście.

To że pamiętasz takie scenki, z tą całą dramaturgią są paradoksalnie fajnym kluczem do rozwiązania zagadki dlaczego jest jak jest. Dobrze, że to wykorzystujesz.

Gruba ryba2piorunów

Starzy mieli na mnie tak wyjebane gdy byłem mały (i w sumie zawsze) że ze spektrum moich psychicznych problemów mógłbym stać się drugim Jordanem Petersonem (czyli takim marketingowcem)

Pokaż więcej komentarzy (8)

Gruba ryba

w Psychologia

16piorunów

Rozdzielanie rodzeństwa

Jak już wcześniej zdradziłem, mam rodzeństwo. Konkretnie brata, którego właściwie nie znam.

Wychowywaliśmy się, mieszkając przez ponad dwadzieścia lat w jednym, małym pokoju. Sam ten fakt nie pomagał w spokojnym życiu, ale był jeszcze jeden element, który dodatkowo (a może przede wszystkim) nas podzielił.

Ja byłem tym „lepszym” synem, on z automatu musiał być „gorszym”. Lepszym, bo się nie buntowałem, bo byłem spolegliwy, wykonywałem polecenia. On z kolei był moją odwrotnością – jeśli czegoś nie chciał zrobić, mówił to, buntował się, „pyskował”, a w zamian otrzymywał wyzwiska typu „głąb kapuściany”, negatywne komentarze, spojrzenia. Ogólnie on był wrogiem, a skoro ja byłem „przyjacielem” jego wroga, to automatycznie byłem również wrogiem.


Kiedyś, podczas zakazu korzystania z komputera dla obu z nas, ja dostałem hasło do konta, ale z zastrzeżeniem, żebym nie podawał go bratu. Podwójne standardy i wciskanie dziecka w sytuację bez wyjścia. Podam bratu – podpadnę rodzicowi, nie podam bratu – podpadnę bratu.

Dziel i rządź w prostym, skutecznym wykonaniu.

Koniec końców brat zerwał kontakt z tym rodzicem, choć już wcześniej ta relacja nie była zażyła. Przeprowadził się też wystarczająco daleko, żeby nie spotkali się nawet przypadkiem. Powoduje to we mnie poczucie, że on odsuwa się również ode mnie i drugiego rodzica.


Jego odcięcie się było poprzedzone terapią, która moim zdaniem nie rozwiązała wszystkiego (moim zdaniem nadal nie pogodził się z przeszłością), ale chociaż coś sobie przepracował.

Ciekawym zjawiskiem jest, że widząc, jak on obrywa, we mnie odzywały się emocje, jakby pogarda była kierowana na mnie. Odczuwałem wyzywanie jego jak wyzywanie mnie.

Inspirator3piorunów

@macgajster Jeśli tylko twój brat jest w stanie pojąć to w takim stopniu jak ty- to nie widzę przeszkód w pojednaniu. Prócz długiej i emocjonalnej rozmowy najwyżej.

Gruba ryba3piorunów

Kalka z mojej młodości. Chyba dlatego podświadomie wybrałem szkole z internatem bo połapałem sie, ze Jareccy nie grają fair.

Po latach sie odnaleźliśmy się i mamy teraz dobre braterska relacje (a starzy gotują się w tym swoim kościółku spierdolenia nadal).

Polecam wszystkim dobre relacje z rodzeństwem, warto!

Walcz Samuraju!

Pokaż więcej komentarzy (17)

Gruba ryba

w Psychologia

89piorunów

Jestem DDA, ale bez A

Będzie na grubo, bo to jest prawdopodobnie źródło największych moich smutków.

Schematy i mechanizmy mojego działania są bardzo podobne do tych, które przejawiają dzieci dorosłych alkoholików dorosłe dzieci alkoholików. Wiem, jak to się stało, bo o ile alkohol w domu był, to nie lał się często, strumieniami i nie do upadu (nigdy żadne z moich rodziców, na moich oczach, nie było na tyle pijane, żeby się zataczać lub gorzej). Nie on był problemem, a rodzic narcystyczny w połączeniu z drugim rodzicem – zależnym od narcyza.

Czuję się w obowiązku nieco edukować, dlatego też poniżej są obowiązujące w domu z narcyzem niewypowiedziane zasady:

* „Nie mów” – nie opowiadaj, co się dzieje w domu, bo to może zagrażać pozycji narcyza, może go zdemaskować. Tę regułę, wyjątkowo, usłyszałem w formie przysłowia „nie mów nikomu, co się dzieje w domu”.

* „Nie ufaj” – wszyscy są zagrożeniem, nie wiesz, gdzie je spotkasz. Nie ufaj nawet sobie, skąd wiesz, że się nie mylisz? Podważa to zaufanie do ludzi i samego siebie.

* „Nie czuj” – emocje są groźne, zbędne, prowadzą tylko do problemów (czyich?).

Efektem tych zasad jest u mnie oczywiście odcięcie od emocji i uczuć, brak zaufania, ale także wymazanie wspomnień negatywnych z dzieciństwa. Pozostaje obraz sielanki, spokojnego i fajnego dzieciństwa, takie idealizowanie. Do tego dochodzi chorobliwe przywiązanie do rodzica/ów, chorobliwy strach przed ich utratą (szczególnie jeśli zdarzały się manipulacje zdrowiem/życiem).

Doszedłem w tym roku do ślepego zaułka. Z jednej strony chcę żyć, czerpać ze swojego życia, cieszyć się, a z drugiej hamuje mnie mechanizm trzech zasad. Odciąć się? To potęguje strach przed utratą rodzica/ów. Obydwoje nie są odpowiedzialni za ten stan, a odcięcie jednego spowoduje częściowe ukaranie w ten sposób drugiego.

Wyrzucenie im tego w twarz nie zrobi nic dobrego – narcyz co najwyżej pogrąży się w depresji i będzie nas pogrążał, a rodzic zależny dostanie niezasłużoną karę. Zresztą, ja ich obydwoje racjonalizuję i tłumaczę we własnej głowie. NO NIE MOGLI INACZEJ, kropka!

Tak naprawdę, bez rodziców, pozostaję sam. Mam trudną relację z bratem, a raczej jej brak, bo tak potoczyły się losy (o tym też będzie wpis). „Nie ufaj” pozbawia mnie szans na związek, więc moje „stado” rozpada się i ta myśl straszy mnie od dłuższego czasu. To nakręca spiralę nie-przyciągającą w moim kierunku.


Mam zamiar spróbować poznać swojego własnego, rodzonego, brata. Jesteśmy sobie bliscy krwią, miejscem i czasem, ale nasze historie, mimo życia pod tym samym dachem, są bardzo odmienne.  To jest decyzja z mojej ostatniej sesji terapeutycznej.

I tu przyznam wam się do czegoś. Wykorzystuję was. Uczę się, mówić, ufać, czuć. Właśnie głównie po to są te wpisy.

Ten wpis miał wpaść w wigilię, z premedytacją wbić się na zadowolone stoły, żeby zacząć zadawać pytania. Tylko nie miałem weny ani czasu :grinning:

Polecam cały film, a dla niecierpliwych sam monolog: https://www.youtube.com/watch?v=7XcpvCLQDMk

Fanatyk2piorunów

Może nie jestem wzorem, ale polecam się wraz z całą mini społecznością, jaka utworzyliśmy po hejtonalewki

Koneser2piorunów

@macgajster widzę że zdejmujesz z rodziców odpowiedzialność za to jacy są. No nie, fajnie że rozumiesz w jakim byli położeniu ale zawsze mieli wybór. Ty też teraz masz, wybierz jak najlepiej dla siebie. Powodzonka!

Pokaż więcej komentarzy (27)

Gruba ryba

w Psychologia

46piorunów

Granice „grzecznego dziecka”

Wiele mówi się o granicach, jak to warto je mieć, żeby nie dawać ich naruszać i w ogóle. Wtrącę tu swoje kilka groszy, bo jestem z tej strony, której granice były co najmniej naruszane.

Od kiedy pamiętam miałem problem z granicami.
Gdzieś do 6-7 roku życia nie odczuwałem głodu, z najedzenia, albo nie potrafiłem go odczuć. Pamiętam nawet sytuację, w której zapytałem jak odczuwa się głód, gdy poczułem go pierwszy raz świadomie. Zawsze jednak byłem „niejadkiem”, który „nie wstaniesz od stołu dopóki nie zjesz” albo „nie po to tyle stoję przy garach żebyś zimne jadł”* tudzież inne podobne teksty. Byłem zatem zmuszany do odpuszczania swoich granic pod tytułem „nie jestem głodny”.
Zdarzyło się kilka razy, że gdy czegoś nie chciałem zrobić dla kogoś, to byłem „nieużytkiem”.
[* swoją drogą ciekawe jest, że w wielu domach padały podobne słowa, choć nikt nie spisał księgi wyrzutów słowno-kuchennych :smiley: ]

Generalnie mam takie odczucie, że nie liczyło się moje zdanie i nastąpiło to tak wiele razy, że… właściwie nie przeszedłem buntu nastolatka. Gdzieś od gimnazjum postanowiłem, że nie będę sprawiał rodzicom więcej kłopotów niż mają i będę bezkolizyjny. Dla nich na pewno super, dla mnie z dłuższej perspektywy gorzej.

W testach MBTI wychodziła mi asertywność, w życiu… nie do końca. Jeśli sytuacja wymaga obrony własnych granic albo ich stawiania, to jest to bardzo trudne w czasie rzeczywistym, bez logicznego kalkulowania. Dlatego też moja była miała łatwe zadanie, by wspiąć się na szczyt mojej głowy, umościć tam gniazdko, sterować i wyrzucić kukiełkę, kiedy się znudziła.

Nie powiem, pojawia mi się jakiś intuicyjny sygnał, że coś jest nie tak, gdy ktoś depcze mi po odcisku. Szkopuł w tym, że jest słabo wyczuwalny i mu nie ufam. To zaufanie będzie tematem następnego wpisu.

Autorytet2piorunów

Jak zwykle źródłem problemów w dorosłym życiu jest toksyczny dom. A to właśnie w rodzinnym domu powinna być bezpieczna przystań, schronienie, ciepło, poczucie stabilizacji i pewności siebie.

Smutne w chvj.

Ps.

To jest kolejny wpis motywujący mnie do stworzenia przytulnego gniazda dla mojej córki. Obiecałem jej (jak była jeszcze w brzuchu), że będzie mieć za⁎⁎⁎⁎ste dzieciństwo.

Gruba ryba2piorunów

@WysokiTrzmiel smutne jest, że dopiero pokolenie milenialsów przerywa przedwieczny krąg cierpienia, choć jednocześnie to radosne, że w końcu ktoś. Jest duża szansa, że kolejni ludzie będą bardziej uśmiechnięci w tym kraju :crossed_fingers:

Miło mi, że motywuję :smiley: Najważniejsze, to słuchać potrzeb dziecka, bo ono (z własnego doświadczenia) nie zawsze wie konkretnie i nie zawsze powie. Jednak z odpowiednim startem, bezpiecznym domem, dużo łatwiej żyć. Nawet jeśli coś jest do przerobienia, to zdrowa pewność siebie dużo daje.

A mniej poważnie: https://www.youtube.com/watch?v=AImHHMwn86s

self-help singh- parentingAuf YouTube findest du die angesagtesten Videos und Tracks. Außerdem kannst du eigene Inhalte hochladen und mit Freunden oder gleich der ganzen Welt teilen.YouTube
Pokaż więcej komentarzy (5)

Gruba ryba

w Psychologia

15piorunów

Pierwszy raz film "Siła spokoju" obejrzałem w 2016 albo 2017 roku. Znając tę "zasadę" dobrego życia tak długo sądziłem, że ją stosuję, a na pewno znam, więc przecież to działa. Przynajmniej przed izotekiem. Jedną z nauk jest, w uproszczeniu, żeby odpuścić rozmyślanie o przeszłości i przyszłości, a zacząć żyć tu i teraz. Przez ostatni rok, a raczej więcej, trudno mi było nie martwić się przyszłością. Izotek rozorał jeszcze przeszłość, więc miałem problem w obie strony.

Wczoraj, siedząc rano w pracy, zmieniło się moje postrzeganie zasad co do "przeżuwania" przeszłości i przyszłości. Nie tylko wiedziałem to umysłem logicznym, ale również poczułem sens. Nawet nie wiem jak to inaczej opisać, bo to abstrakcja.

Na tym właśnie polega moja terapia, żeby czuć, nie tylko rozumieć.

Popatrzyłem na to co robią mi te myśli nieco z boku. Co daje mi martwienie się, że 10 kilometrów dalej, w domu rodzinnym, dzieje się coś niedobrego ze zdrowiem rodziców (ten lęk nabyłem przez izotek), skoro nie jestem w stanie ani natychmiastowo im pomóc, ani wpłynąć na to żeby czuli się lepiej? Przede wszystkim nie wiem jednak jak się czują, bo może nawet nic złego się nie dzieje. Tymczasem ja zamartwiam się, angażuję swoje nerwy, jedynie w imię masochizmu. Byłem myślami oddalony od swojego otoczenia, nawet siebie, byle tylko mieć jakieś nikłe poczucie kontroli nad sytuacją.

Uświadomienie tego dało mi lekki zastrzyk szczęścia (bo coś rozwiązałem), ale także zdjęło duży ciężar, który nakładałem na siebie.

https://www.youtube.com/watch?v=cFbbV5a1Dds

Gruba ryba

w Psychologia

25piorunów

Style przywiązania

Teoria wstępna: wyróżniamy cztery style – bezpieczny (czyli ten fajny), unikający, lękowy (ambiwalentny), zdezorganizowany. Te trzy ostatnie to niefajen. Myślę, że nazwy mówią same za siebie, a w razie co odsyłam do internetuf.

Chciałbym powiedzieć „mój styl to bezpieczny, wszystko jest fajnie”, ale nie mogę. Jakiś czas temu dowiedziałem się, że prawdopodobnie mam styl unikający. Zapytasz – ale czego unikający? Przywiązania. Paradoks.
Z jednej strony bliskość jest dla mnie celem, z drugiej wizja jej osiągnięcia to odsłonięcie tego, co przez całe życie obudowywałem betonem. Ten beton ma chronić przed uszkodzeniem delikatnego „ja”.


Kolejny paradoks – z zewnątrz wygląda jakbym wszystko miał pod kontrolą, był spełniony, zaangażowany w różne ciekawe rzeczy. Wewnątrz jednak kryje się przestraszone dziecko, którego potrzeby nie zostały spełnione wcale lub w odpowiedni sposób. Dotyczy to głównie negatywnych i „trudnych” emocji. Jak konkretnie – nie pamiętam, bo styl kształtuje się podobno w wieku dwóch-trzech lat. Nie było sensu pokazywać swoich trudów, skoro nikt nie podejmował na nie jakiejś reakcji. Nie da się pamiętać rzeczy, które się nie wydarzyły, a takimi było niereagowanie na emocje dziecka. Trudno zatem wyłuskać ten kluczowy moment i go naprawić.

Dlaczego to nie działa
Związek, to (dla mnie) całkowite odsłonięcie się, z emocjami, pragnieniami, lękami, po prostu wszystkim. Gdzieś na drodze życia nauczyłem się, że moje potrzeby nie są aż tak ważne, a może nawet były wzgardzane lub wyśmiewane [patrzy w kierunku byłego związku]. Ukrycie ich jest metodą obrony przed powtórzeniem tego zranienia. Ot mechanizm „walcz lub uciekaj” w praktyce.
Nie da się zbliżyć do drugiego człowieka nie pokazując siebie. Nie da się stać zależnym od drugiego człowieka, gdy podświadomie wyznaje się zasadę niezależnego bastionu. Dochodzi do tego rzecz wtórna, o tym samym podłożu – perfekcjonizm.

Wiem jednak, że to pragnienie i jednoczesny strach przed jego spełnieniem prowadzą na manowce. Jest to także wielki bagaż, który hamuje mnie przed chociaż namiastką szczęścia. Wiem też, że potrafię pokochać, znam to uczucie i chcę go dla siebie i nie tylko. Potrafię opiekować się drugą osobą, także emocjonalnie, mam jednak problem dać się zaopiekować. Mam tę swoją przypadłość, która objawia się np. chęcią ucieczki jeśli jakaś kobieta okaże się zainteresowana mną (np. na sympatii, raz czy dwa); marzeniami o bliskości bez działań do ich spełnienia; wynajdowaniu kobiet, z którymi mógłbym być, ale [dowolny powód dlaczego nie].

Pewnie da się zauważyć, że ten wpis jest bardziej oparty na faktach. Pisząc go przeżywam emocje – konflikt między tym co chcę, a co dostaję.

Znam, nie stosuję:
A warrior is not about perfection, or victory, or invulnerability. He's about absolute vulnerability. That's the only true courage.

https://www.youtube.com/watch?v=IpsxpuXg64E

grafika ze strony [www.superego.com.pl]

Tytan1piorunów

Ty chciałbyś być zależnym od drugiego człowieka?

Gruba ryba0piorunów

@Zapster w pewnym stopniu, tak zdrowo.

Gruba ryba1piorunów

Nie mam dzis czasu pomóc Ci w analizie, ale jedną uwagę mam - rób prostsze opisy, mniej "embiwalentne". Dzięki temu dotrzesz do szerszego kręgu odbiorców.

Wypowiedź jest nacechowana zbyt dużą komplikacją słowną /terminologiczną IMO co może nużyć...i zwyczajnie ludzie, którzy mogą coś wnieść do tego arcy ciekawego tagu mają wyjebane.

Zmień styl...bądź jak prezydenci ostatni. Prosto i do celu.

Mieszasz wątki...niepotrzebnie zaciemnia to big picture (Twoje potrzeby, potrzeby lasek itp).

Nadal to tylko opinia szarego ludzia. No offence.

Gruba ryba2piorunów

@AndrzejZupa i to jest właśnie to, co widziałem jako potencjalną różnicę spowodowaną przeżywaniem czegoś 😉 zmieniłem styl automatycznie, bo odciąłem się od uzewnętrzniania żeby przeżyć to, co mi się kotłowało w głowie

Pokaż więcej komentarzy (21)