296 663,05 - 20,82 = 296 642,23
Pętla przez Skrzyczne:mountain:.
*
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified! #statsbymarvin

296 663,05 - 20,82 = 296 642,23
Pętla przez Skrzyczne:mountain:.
*
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified! #statsbymarvin

Z mojego pamiętnika:
Mały Szlak Beskidzki – 137 km w koncepcji wędrowania Fast & Light :mountain::tent:
*42 godziny i 4 minuty zap#%dalania** :man-running:
(2 godz. 36 min jedzenia w restauracjach i schroniskach, 10 godz. 53 min odpoczynku i snu w hamaku).
Lekki plecak, bez zbędnych ceregieli, namiotów i kilkugwiazdkowych noclegów BB. Początkowo zakładałem 3–4 dni, ale wyszło trochę inaczej… Problemem było zminimalizowanie wagi plecaka. Śpiwór, hamak, do tego mini zestaw ubrań na przebranie, ciut elektroniki, apteczka i spory pakiet jedzenia z wodą — chcąc nie chcąc, wyszło 8 kg na początku szlaku :toolbox:.
Dzień :one: – 63,5 km
Pobudka o 4:30 :alarm_clock: na szczycie Lubonia Wielkiego, 1022 m n.p.m. Spało się dobrze, komarów i innej zwierzyny brak. Według założeń startuję o 5:00, zaraz po pierwszym śniadaniu tego dnia, a było ich jeszcze trzy. Idzie się przyjemnie. Lekkie słońce, wiatr, aż do obiadu w Schronisku na Kudłaczach. Kończę zupę „Krem z czosnku niedźwiedziego”, zaczynam się ubierać w wersję przeciwdeszczową i wychodzę.
Po chwili zauważam pod stopami pełzającą salamandrę plamistą i doskonale zdaję sobie sprawę, że przy takiej pogodzie ten płaz czuje się jak na all inclusive. A skoro salamandra wyszła na spacer, to chyba można się spodziewać, że zaraz zacznie się taplanie w błocie.
Na zejściu do Myślenic przywaliłem stopą w skałę tak, że górnicy na Górnym Śląsku zastanawiali się, czy aby nie było tąpnięcia na ich szychcie. Mało tego rozpoczyna się ulewa, a szlak zamienia się w rwący potok.
Impregnacja obuwia zdała się wytrzymać ledwie godzinę, potem skarpetki zamieniły się w gąbkę żądną wody. W mieścinie pauzuję na burgera XL z pieczonymi ziemniaczkami i przez okno przyglądam się, jak woda z drogi przelewa się na chodniki. Rozmyślam, jak tu dalej iść i czy zmienić skarpety, a to ważna decyzja, gdy ma się tylko dwie pary. Miejscowi smakosze wołowiny spoglądają na mnie dziwnym wzrokiem, pewnie zastanawiając się, gdzie ten gość, ubłocony do pasa i z cieknącym plecakiem, chce wychodzić, gdy na zewnątrz nawałnica i potop.
W lokalnym sklepiku robię zakupy na kolację i śniadanie, po czym ruszam na właściwy szlak z uśmiechem na twarzy i chlupotaniem w bucie.
Docieram do miejsca zaplanowanego noclegu i tu pojawia się problem, bo wciąż leje. Minusem hamaka jest to, że strasznie zbiera się w nim woda, tworząc wannę. Zastanawiam się, czy nie wykorzystać go jako zadaszenia, ale koniem nie jestem spać na stojąco nie będę.
Zaglądam w mapę. Za 15 kilometrów jest wiata. Wylewam nadmiar wody z obuwia i dalejże do niej!
Po blisko czterech godzinach brodzenia docieram do tej drewnianej budki i rozpoczynam przygotowania do snu.
Dzisiaj nadrobiłem kilometrów, jutro będę miał mniej :rolling_on_the_floor_laughing:.
Dzień :two: – 74 km
Pobudka 4:28 :alarm_clock:. Sen średni. Dwa razy chciała mnie okraść z pożywienia ruda bestia zwana lisem. Na szczęście prowiant był zawieszony wysoko.
Dodatkową atrakcją był przejazd kilku quadów tuż po północy.
Śniadanie zjadam w wersji podwójnej, zapijam colą i rozpoczynam zwijanie majdanu. Zadowolony, że nie pada, zakładam mokre skarpety i wyruszam punktualnie o 5:00.
Przemierzam kolejne metry, planując następne posiłki i nocleg, a w butach jakoś tak bardziej sucho.
W Zembrzycach poszukuję otwartego sklepu. Dostaję reprymendę od kilku osób, że jest niedziela i moje miejsce powinno być na wyborach lub w kościele. Zdecydowanie nie polecam tej pipidówy!
W Krzeszowie zupę gulaszową zagryzam zapiekanką z pieczarkami i wyruszam na atak Leskowca – 922 m n.p.m.
Po drodze starszy pan śmieje się, że swojej grupy już nie dogonię przed szczytem. Pomylił się dwa razy, bo po pierwsze to nie moja grupa, a po drugie mijam ich dość szybko.
Tuż za wierzchołkiem miałem spędzić drugą noc, bujając się w hamaku z dobrym punktem widokowym. Jest godzina 13:25, ludzi więcej niż na dole. Zdecydowanie nie jest to godzina ani opcja do snu.
Zasuwam dalej. Wiem, że szlak zrobię w maksymalnie 3 dni.
Po blisko 12 kilometrach trafiam na Przełęcz Kocierską, gdzie odbywa się zlot ryczących i drogich aut, okraszony walącym pustym basem muzyki, jakby ktoś młotkiem schabowe tłukł przy niedzieli.
Zaglądam w mapę. Jeśli przed 20:00 zdążę na Górę Żar, tam podjem w spokoju i rozłożę biwak w pobliskiej wiacie.
Tutaj wedle planu miałem zjeść zupę gulaszową, ale chyba się skończyła. Pani z obsługi idzie sprawdzić na kuchnię.
"Proszę pana, w sumie to ostatnia porcja".
Czyli pewnie dostanę zlewki z gara, ale od 25 kilometrów nie jadłem nic na ciepło, to co mi tam.
Na stół wjeżdża talerz, a tam sama wołowinka, dwa kawałki pieczarki i jeden papryki. Takie coś to ja rozumiem.
Po posiłku rozglądam się. Z jednej strony wiata na nocleg, z drugiej zbliżający się zachód słońca, a w oddali trzeci widok łuna mieściny Bielsko-Biała, gdzie jest mój cel.
Zaglądam w mapę. Niecałe 20 km do celu. Nogi w dobrej formie. Czytam porannego SMS-a od kumpla:
„Niezła próba charakteru!!!! Już dużo Ci nie zostało, napieraj do przodu jak taran!!!!”
Hmm… Sprawdzam godzinę. Jest szansa, że wyrobię się przed północą i zakończę w dwa dni.
Łykam eliksir magnez Shot, wspierany produkowaną przez organizm adrenaliną, zaczynam pędzić w dół, szybko mijam zaporę i przystępuję do 5-kilometrowego podejścia na Horbaczą Łąkę.
Kilometry mijają dość szybko. Pod krzyżem obok schroniska śmigam w półmroku, jeszcze bez oświetlenia.
Ludzie z platformy widokowej głośno zastanawiają się, co to za zwierzę przemknęło. Mam z tego ubaw i jeszcze większą motywację.
Odpalam czołówkę na 400 lumenów, wyjaśniając ich wątpliwości, i turlam się do Bielska z maksymalną dla mnie prędkością.
23:04 – staję przy okrągłej czerwono-białej kropce oznaczającej koniec szlaku.
Czasami przeciwności mogą nas nakręcić do jeszcze lepszego działania 💪💪!
Mały kącik gastronomiczny ze szlaku :yum:
W przygotowywaniu energii, która mnie napędzała, pomagały:
* Woda niegazowana – 9 l
* Sok multiwitamina – 1 l
* Cola – 3 l
* 2× pierogi ruskie
* Pierogi z mięsem
* 2× zupa gulaszowa
* Zupa chrzanowa
* Zupa krem z czosnku niedźwiedziego
* Placek po węgiersku
* Zapiekanka z szynką
* 2 bułki z miksem serów żółtych i białych
* 6 batoników z orzechami
* Burger XL Arizona + pieczone ziemniaczki
* 3 konserwy – szynka z indykiem
* Kabanosy z chili
* 4 paczki żelków mini
* Jogurt do picia truskawkowy
* 2 garści świeżych poziomek na szlaku

33 369,11 + 6,64 = 33 375,75
Witam wszystkich biegaczy, tuptających i sprinterów! Nadeszła piękna polska jesień, temperatury zeszły czas powoli wrócić na właściwe tory. Pomysły na 2027 już się jakieś pojawiły, nadal stawiam bardziej na odległość niż na prędkość.😁
---
Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified! #statsbymarvin

Szlak Orlich Gniazd 200km rowerem w dwa dni :man-mountain-biking:.
Najtrudniejsze kilometry, które przejechałem w życiu, ilość podjazdów gdzie brakowało mi mniejszych przełożeń na zębatce była zaskakująca:man-gesturing-ok:. Konsekwentnie deptałem w pedał i tylko raz pchałem rower pod górę przez jakiś piach. Miło było wspomnieć pieszą wędrówkę tutaj, która zaliczyłem 10 lat temu. Dużo pozmieniało się na lepsze chociaż zdziwiła mnie opłata 20zł za bilet aby podejść pod zamek Bobolice, wejściówka w mury to dodatkowe 10zł. W lasach pełno grzybiarzy, rowerzystów już praktycznie nie było. Nocleg miałem zarezerwowany w Ogrodzieńcu także udało się jeszcze zaliczyć wieczorną imprezę Juromanii 😉. Nudne odcinki to 30km od Krakowa i 20km przed Częstochową. Kręciło się całkiem dobrze tylko drugiego dnia pod koniec trasy już strasznie bolało siedzenie, mimo spodenek z pampersem :man-shrugging:.

Zdjęcia
@Z_buta_za_horyzont za Jurę zawsze pierdyknę pierona.
19. Maraton Pieszy „Sudecka Żyleta”
71 km | 3695 m przewyższenia | 16:50:39
Nie wiem już, który to mój Żyletowy raz, ale najwyraźniej cierpienie w Sudetach weszło mi już w kalendarz :man-shrugging:. Było wszystko: mgła, słoneczna patelnia, strome podejścia, krzaki, nocne przedzieranie się przez las i tunel wyglądający jak wejście do horroru 😱. Po drodze zajadałem kwaśnicę, naleśniki, Snickersy, chipsy i hektolitry płynów. W schronisku przez pomyłkę kupiłem Colę Zero co było poważnym błędem taktycznym:man-facepalming:. Na trasę założyłem zajechanie skarpety merino i już po 20 kilometrach się przetarły na piętach. Gdy na jednej nodze zaczął pojawiać się odcisk dziurę w skarpecie załatałem kawałkiem mikrofibry😎. W nocy wyleciał mi z krzaków przyjazny wilczur, który przez kilometr uznał, że zostanie moim przewodnikiem. Były też podejścia, na których pozycja czworonożna okazała się zdecydowanie bardziej ekonomiczna niż chodzenie wyprostowanym 😂. A gdy nocą zbliżałem się do Głuszycy, zamiast ciszy gór usłyszałem BUM BUM BUM — CYK CYK CYK, bo trwała impreza techno :mirror_ball:. Przy „Adagio for Strings” Tiësto nogi same chciały tańczyć, ale niestety miałem jeszcze kilka kilometrów do mety 😉. Ostatnie kilometry maszeruję przy świetle księżyca :full_moon: i w końcu META!
Wakacje się skończyły pora zacząć myśleć coś o bieganiu i planować kalendarz na 2027:thinking_face:.

Gratulacje!
A gdy nocą zbliżałem się do Głuszycy, zamiast ciszy gór usłyszałem BUM BUM BUM — CYK CYK CYK
Jaj, hybrydy ( ಠ ͜ʖಠ)
bo trwała impreza techno
Ech ( ͡° ʖ̯ ͡°)

Trekking w Rumunii. Przeszedłem na spokojnie przez kilka dni prawie 100 kilometrów. Po drodze niosłem swoje miejsce noclegowe wraz z żywnością w plecaku który początkowo ważył 16,4kg. Po drodze sklepów brak chociaż można było kupić ser i bimber od pasterzy, woda oczywiście pobierana ze źródeł :shushing_face:. W nocy wstawałem popatrzeć na drogę mleczną, która tutaj była prawie na wyciągnięcie ręki.

@Z_buta_za_horyzont napotkałeś jakieś niedźwiedzie ? albo dzikie psy ? moich znajomych, kiedyś w Rumuni otoczyła taka zgraja, niemiło wspominają
Wspaniała wyprawa, chodziłbym. Ładne zdjęcia :smiley:
Zachód słońca gdzieś wysoko, trzeba było iść prawie godzinę w górę od namiotu ale widok wspaniały.:sunrise_over_mountains:.

buzie!
buzie, widzę w tym skału!

Czy można legalnie na dziko nocować?
Ile kg masz plecak?
Jecie po schroniskach, czy wszystko z sobą?
Jak z wodą? Czy szlaki dobrze oznaczone?
Dużo ludzi? i czy są po drodze rzeki lub jeziora?
Sorry, ale szukam miejsca na trekking
@Z_buta_za_horyzont Znacznie ładniejsze widoki niż tu w Hiszpanii
Debiut w triathlonie zaliczony. Najbardziej obawiałem się pływania bo basen zaliczam jedynie kilka razy w roku:man-shrugging:. Z wody udało się wyjść w połowie stawki. Pożyczony niemiecki rower z lat 90tych z trzema biegami i 2.8 atmosfery w dętce pozwolił wskoczyć o ponad 20 miejsc do góry:man-gesturing-ok:. Ależ było zdziwienie jak wyprzedzałem zawodników na kolarzówkach, maksymalna prędkość 45km/h oczywiście z górki :rolling_on_the_floor_laughing:. Bieganie poszło zacnie tutaj wyprzedziłem około 20 kolejnych osób. Impreza fajnie zorganizowana chociaż w tym roku poza mną niewiele osób miało przebrania/śmieszne akcesoria:thinking_face:. Wystartowało 166 osób ja zmieściłem się w pierwszej 35 zawodników na mecie także debiut idealny😎.

Po tygodniach obijania się czas na debiut w nowej dyscyplinie sportowej:man-swimming::man-biking::man-running:.

@Z_buta_za_horyzont jak się wyznacza "Januszowość" i "Grażynowość" w tych zawodach? Jakąś oponką?
A dla Zbyszków?
Diablak Ultra Trail 60:smiling_imp:
:straight_ruler: 63 km | :mountain: 3400 m przewyższeń
Noc przed startem spędzam we wiacie na Hali Barankowej. Z jednej strony dzwonki owiec, z drugiej techno w oddali. Gdy o 3:30 bas nadal dudni w tle, dochodzę do wniosku, że czyjaś impreza właśnie się kończy, a moja dopiero startuje:rolling_on_the_floor_laughing:.
Po śniadaniu w postaci żurku i pinsy ruszam na trasę. O 5:00 słyszę chyba najbardziej zaspane odliczanie w historii biegów. Bardziej przypominało pobudkę w internacie niż start ultramaratonu:yawning_face:.
Pierwsze podejścia szybko stawiają organizm do pionu. Przy nich kawa i energetyki mogą co najwyżej robić za izotoniki. Na Małej Babiej Górze widoki wzięły dzień wolny, ale przynajmniej mgła nie rozpraszała podczas biegu:rolling_on_the_floor_laughing:.
Zbieg do Markowych Szczawin pokonuję najszybciej w życiu. Najwyraźniej grawitacja i ja pozostajemy w bardzo dobrych relacjach, przynajmniej do momentu, gdy trzeba znów iść pod górę😁.
Na Perci Akademików bieganie zamienia się w coś pomiędzy wspinaczką a szybkim przemieszczaniem na czworaka. Ku mojemu zaskoczeniu idzie świetnie. Im bardziej pionowo i im gorsza pogoda, tym mój organizm bardziej uważa, że to doskonała zabawa:smirk:.
Pierwszy punkt żywnościowy to: pomarańcze, czekolada, krakersy i Cola. Dietetycy przewracają oczami, a poziom cukru osiąga orbitę okołoziemską. Niestety bukłak zostawiam zbyt mocno napowietrzony i podczas biegu chlupie tak, jakby stado bawołów przeprawiało się przez rzekę:man-facepalming:.
Na kolejnym punkcie pada magiczne pytanie: – Rosół z makaronem? Nie trzeba mnie długo namawiać:drooling_face:.
Po drodze spotykam panią fotograf ukrytą w trawie niczym snajper:camera_with_flash:, a później machającą z Mercedesa „uroczą blondynkę”, która z bliska okazuje się Romanem Fickiem:rolling_on_the_floor_laughing:.
Kolejne z podejść wyglądało tak, jakby ktoś narysował prostą kreskę na mapie i stwierdził: „będzie dobrze”. Wbijam kijki w ziemię i zaczynam rytuał podnoszenia kolan, jakbym próbował wejść po niewidzialnej drabinie.
Na zbiegach buty trzymają się błota jak kot zasłon, a ja lecę w dół tak płynnie, jakbym miał wbudowany gimbal😎.
Później zaczyna się zabawa z pogodą. Najpierw ulewa, jakby ktoś na górze przewrócił basen, potem palące słońce piecze skórę niczym gorące żelazko, a chwilę później kolejna ulewa dla zachowania równowagi:rain_cloud::sunny:. Pogoda najwyraźniej nie mogła zdecydować, czy chce mnie utopić, czy usmażyć.
Lewe kolano w pewnym momencie oznajmia, że pierniczy takie bieganie i wyjeżdża w Bieszczady:persevere:. Na finiszu funkcjonujemy już jak stare małżeństwo – ono narzeka, a ja i tak robię swoje:rolling_on_the_floor_laughing:.
Na ostatnim punkcie atmosfera przypomina dożynki. Biegacze zamiast tańczyć walczą jednak z przewyższeniami😆.
Na pół kilometra przed metą kibice zaczynają krzyczeć: – Dawaj, Zbyszek!
Odwracam się. Nikogo za mną nie ma.
– Zbyszek! Dawaj!
Skoro tyle serca wkładali w doping, szkoda było ich rozczarować. Na ostatnich metrach postanowiłem więc zostać Zbyszkiem😁.
Przekraczam linię mety przy akompaniamencie okrzyków dla Zbyszka, a zaraz po finiszu nie interesuje mnie medal ani wynik.
Szukam tylko jednej rzeczy...
Suchych skarpetek:zany_face:.
:soccer: Statystyki niczym z mundialu: :white_check_mark: 2 wślizgi na błocie :white_check_mark: 3 kopnięte kamienie(chyba odpadnie jeden paznokieć).
Po 63 kilometrach sędzia zakończył spotkanie, wręczył medal i można było uznać, że wynik jest korzystny😎.

Jak wygląda pilnowanie płynów na takim ultra? Jadąc na rowerze są sklepy, a jak nie ma to można mieć 10 bidonów, bukłaki etc. Jak to się robi w konkurencjach biegowych, by nie paść? W końcu 2-3% odwodnienia, to 20-30% spadku wydolności.
Gratulacje jeszcze raz! Masz już moze jakiś kolejny start w planach? 😃
21 707,25 + 6,71 = 21 713,96
Wakacyjne upalne miesiące na ogół pauzuję od biegania, taki okres regeneracyjny. Lubię nowe wyzwania i w sierpniu po raz pierwszy wystartuję w triathlonie. Triathlon dla Januszy i Grażyn, 400 m pływania, 17 km jazdy na rowerze i 6 km biegu. Z pływaniem u mnie słabo ale organizator zezwala na dmuchane kółka i rękawki. Pozostaje mi tylko poszukać jakiś wiekowy rower składak i dobrze się bawić:stuck_out_tongue_winking_eye:.
Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

@Z_buta_za_horyzont proszę, tutaj poradnik jak to zrobić. Generalnie polecam bloga a teraz profil na Facebooku.
https://www.facebook.com/share/p/17hta2BzvF/
ErrorFacebook20 675,12 + 62,73 = 20 737,85
Pobiegałem sobie dość nieźle, mimo cienkiego jak d⁎⁎a węża ostatniego treningowego miesiąca udało mi się przelecieć trasę poniżej 10 godzin😁. Było co podbiegać i co zbiegać. Na Babiej mgła i lekka mżawka ale na ostatnich 10km złapały mnie dwie solidne ulewy co mnie trochę odświeżyło i podniosło poziom ujebania od łydek po tyłek :stuck_out_tongue_winking_eye:. #zbuta #biegigorskie #biegiultra #babiagora
Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

Ale chore przewyższenie
Za⁎⁎⁎⁎ście xD Gratulacje!
@Z_buta_za_horyzont pięknie, kawał dobrej roboty:) gratulacje!
Ludzie dlaczego wy śpicie jak Zawojski Festiwal Biegowy trwa? :rolling_on_the_floor_laughing:
Startuję o 5:00, tym razem spokojny dystans Diablak Ultra Trail 60:smiling_imp:.
Linki do śledzenia:
https://poltrax.live/diablak-60

Dodajmy, że biegnie też Tomasz Kopyra z bloga tomaszkopyra.pl 😛
Lider trasy 100km. Goracy chłop
315 463,78 - 52,98 - 29,39 = 315 381,41
Drabina wałbrzyska 🏞️.
#zbuta #gory #trekking
Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

I jak ta drabina? Znajomy namawia by w przyszłym roku zrobic ja w 2dni po 42km xd
Brrr Wałbrzych :grimacing:
Drabina Wałbrzyska 82km:national_park:
„Drabina Wałbrzyska” — ponad 30 szczytów, niekończące się podejścia i zejścia, czyli klasyczna górska sinusoida. Dwa lata odkładałem ten szlak, aż w końcu się udało:rolling_on_the_floor_laughing:
Dzień 1 — 52 km
Podróż zaczęła się klasycznie: bilety kupione na ostatnią chwilę, więc pół drogi na stojąco, wysłuchując historii o ciężkim życiu kibiców z kanarami:rolling_on_the_floor_laughing:. Pociąg oczywiście złapał opóźnienie, ale o 6:43 melduję się w Wałbrzychu i od razu ruszam na szlak.
Zakupy strategiczne nie wyszły, bo Żabka w święto zamknięta:frog: — w górach przewyższenia są pewne, sklepy już niekoniecznie.
Pierwsze cele: Trójgarb, potem Chełmiec, który uciekał przede mną chyba pół dnia. Na szczycie oprócz widoków ktoś uznał, że górska cisza potrzebuje disco z głośnika:face_with_rolling_eyes:.
Schodzę do Boguszowa-Gorc i trafiam do restauracji „Smaki Świata”, gdzie zjadłem prawdopodobnie najlepszy schabowy w życiu:drooling_face:.
Pogoda sztos, krótkie spodenki na d⁎⁎ie:sun_with_face:. Kolejne szczyty wpadają jeden za drugim: Dzikowiec, Strachoń, Lesista, Lesista Mała. Podejście na Stożek Wielki (17%) przypala łydki skuteczniej niż saharyjskie słońce :hot_face:. Planowany nocleg przy Bociance szybko się zmienia i nogi same niosą dalej przez Sokołowsko, Włostową i Suchawę przy zachodzie słońca:sunrise_over_mountains:.
Z czołówką docieram do wiaty pod Waligórą. Nocleg ogarnięty, ognisko obok, ktoś pyta o kiełbasę ja automatycznie odpowiadam, że nie mam… dopiero później dociera do mnie, że to była oferta:man-facepalming:. Na kolację zjadam puree z boczkiem wchodzę w śpiwór mumię i szybko odcinam zasilanie😴.
Dzień 2 — 29 km
Pobudka 4:45 przy ptasim koncercie. Cicha ewakuacja z wiaty, herbata i w drogę. Zejście z Waligóry po ruchomych kamieniach, balansuję żeby nie testować ich twardości tyłkiem:stuck_out_tongue_winking_eye:. Poranna toaleta przy Andrzejówce, potem już klasyczne odhaczanie szczytów: Rogowiec, Jedliniec, Jałowiec, Borowa, Kozioł, Wołowiec. Kilometry lecą, nogi działają w trybie automatycznym.
Szlak kilka razy wprowadza mnie do Wałbrzycha i z powrotem do lasu, kontrast między ciszą gór a miejskim obskurnym klimatem dość mocny:man-gesturing-ok:. Na koniec jeszcze Lisi Kamień i Ptasia Kopa, powrót na dworzec Wałbrzych Miasto i stop na zegarku😎.
82 km Drabiny zaliczone :heavy_check_mark:
A przy okazji znalazł się już kolejny szlak „na później”:stuck_out_tongue_winking_eye:

Pięknie. Horyzont krzywo. (dawno nie było 😉 )
Bieg Kreta 148 km
Wrzucam tutaj mocno uszczuploną wersje tekstu o biegu. W poniedziałek poszedłem normalnie do pracy, początkowe kroki były w stylu pingwina ale szybko się rozgrzewały i przechodziły do normalnego kroku. Bieg planowałem ukończyć w 30 godzin, finalnie na metę dotarłem chwile po północy, więc po ponad 27 godzinach.
Po kilku miesiącach przygotowań wsiadam w Sobótce do autobusu wywożącego nas do Kletna. Razem ze znajomymi jedziemy na start przy Jaskini Niedźwiedziej. Wysypujemy się z autobusu jak chipsy ze źle otworzonej paczki. Zadanie jest proste wrócić do Sobótki… biegiem. Najlepsza możliwa motywacja.
21:00 start. Sznur czołówek rusza w noc. Po kilku minutach czuję dziwne człapanie… zapomniałem zawiązać butów. Pierwszy nieplanowany pit stop zaliczony.
Im wyżej, tym więcej śniegu i lodu. Śnieżnik okazuje się łaskawy pogodowo, ale zbieg szybko zamienia się w amatorskie mistrzostwa saneczkarskie. Ludzie zjeżdżają na plecach, ktoś obok mnie odpala tryb jamajskiego bobsleja i kończy bieg(prawdopodobnie złamana ręka). Zakładam raczki i lecę dalej, momentami przedzierając się bokiem szlaku jak kozica górska. Pierwsza gleba też musi być, szybkie spotkanie z lodem i gwiazdami, czołówka ląduje w krzakach, ale sprzęt wraca na głowę i bieg trwa dalej.
Góry Bialskie mijają spokojnie aż podejrzanie spokojnie. Długie dość płaskie odcinki nudzą mnie i meczą psychicznie. Na 30. kilometrze w Starym Gierałtowie czeka support, czyli moja mobilna stołówka. Ciepła zupa smakuje jak z knajpy z gwiazdką Michelin. Krótki postój maksymalnie 10 minut, bo każdy wie, że łatwo zamieszkać na punkcie.
Dalej Góry Złote, noc, ruiny Karpienia i długi zbieg do Lądka-Zdroju. Bruk brutalnie przypomina, że nie został wymyślony dla ultrasa. Kuracjusze śpią, ja klepię kilometry wzdłuż Białej Lądeckiej.
W Radochowie znów support i ostrzeżenie: ludzie błądzą. Ruszam i faktycznie przejmuje jednego zagubionego ultrasa. Dalej trasa to krzaki, skały, dzikie odcinki i szczyt Ptasznik kąsający łydki. Nad ranem pojawiają się sarny, lis i odgłosy przejeżdżających daleko aut.
Góry Bardzkie witają wschodem słońca. Chwilę później człapiąc przez Bardo słyszę brawa — kibicuje mi Patrycja Bereznowska (Mistrzyni świata w biegu na 48h z wynikiem 413,396 km). Człowiek ledwo maszeruje, a mistrzyni świata wierzy we mnie bardziej niż ja sam.
Połowa dystansu. Meta przestaje być abstrakcją.
Góry Sowie zaczynają już boleć. Fasolka od supportu wchodzi idealnie, choć przez moment zostaję też… pomylony z parkingowym przez jaskrawą bluzę i niemcy próbują mi zapłacić za postój pod srebrnogórską twierdzą. Ultra ma tez swoje wesołe oblicza.
Około 90 km żołądek wypowiada współpracę, dopiero po ciepłym rosole 15 kilometrów dalej przechodzi mi ochota na rzyganie w krzakach. Wchodzi tryb „człapaj, człapaj”. Kalenica, Zygmuntówka, Jugowska, Wielka Sowa wszystko już bardziej siłą charakteru niż nóg.
Na Przełęczy Walimskiej w końcu widać Ślężę. Wszyscy mówią: „już tylko z górki”. Z daleka śmierdzi to klasycznym górskim kłamstwem.
W okolicach 115 km moja chęć do biegania oficjalnie składa wypowiedzenie. Zostaje marsz, walka z zimnem i głową. Rogatki kolejowe zatrzymują mnie na dobre, siedzę i hipnotyzuję się migającymi światłami jak zmęczona ćma.
Po zmroku wjeżdża ciepłe jedzenie, dodatkowe warstwy ubrań i ostatni atak na Ślężę. Jest zimno, ciężko i bardzo długo. Na szczyt wdrapujemy się wolniej niż rodziny z wózkami w niedzielne popołudnie.
Zbieg to już ostrożna operacja saperska by nie wysadziło kolan w powietrze. W końcu asfalt w Sobótce. Meta już blisko. Trasę blokują mi barierki rozstawione na jutrzejsze zawody kolarskie. Początkowo chcę je forsować górą ale ktoś krzyczy, że obok jest otwarta bramka. Truchtam ostatnie metry i wchodzę na dziedziniec Winnicy Celtica.
Medal ląduje na szyi, a mózg jeszcze nie wierzy, że to koniec. Stoję jak zdezorientowany turysta wysadzony na złym przystanku i wpatruje się kilka minut w swoje buty.
Ultra — nigdy więcej.
Do następnego startu😁 .

@Z_buta_za_horyzont nadal jest to coś niesamowicie niepojętego dla mnie, że można tyle kilometrów pokonać pieszo. I to ze zmianami wysokości. Sztos, szacunek!
Jesteś przechuj, moje gratulacje za wytrwałość i siłę charakteru
12 743,05 + 149,7 + 8,35 = 12 901,1
Moja nowa życiówka - Bieg Kreta😎.
Wpis dodany za pomocą https://hejto.sztafetastat.eu

Nie daję rady nawet myśleć o tym dystansie, a Ty go przebiegłeś, gratulacje :grinning:
@Z_buta_za_horyzont czekaj, czekaj. Czy Ty właśnie przebiegłeś 150km za jednym razem?
Z pamiętnika ultrasa:man-running:.
Poranek.
W nocy dotarłem na metę Biegu Kreta 148km od godziny 8:30 jestem już na nogach. Stan nóg bardzo dobry, styl chodzenia typu pingwin określam na 2/10 czyli jak po solidnym półmaratonie górskim. Nogi wyjątkowo szybko się regenerują. Spałem zaledwie 6 godzin i pierwszy raz po ultra nie budziłem się w nocy z powodu skurczy. Zrobiłem już 300 kroków, najgorzej wykonywać te pierwsze potem nie widać trudności w przemieszczaniu się. Usunąłem olbrzymi pęcherz, na ogół same pękają już w trakcie aktywności, ten był jakiś wyjątkowy. Mam lekki ból pośladka po glebie, lekko bolą plecy zapewne od plecaka. Będę musiał jeszcze odespać z 2-3 godziny i zaplanować spacer na kilka kilometrów żeby nogi się nie zastały. O samym biegu napiszę w tygodniu bo muszę to wszystko pozbierać w logiczny sens.

@Z_buta_za_horyzont medal to chyba jakieś rękodzieło ? gratuluję ! :smiley:
@Z_buta_za_horyzont a czy była "faza kreta"?