Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#truestory

Praktykant

w Dyskusje

27piorunów

TLDR: Dalem d⁎⁎y I nie wiem jak z tego wyjść.
Na początek zaznacze ze to jest multi konto, które służy tylko do tego posta i w pełni swiadomie łamie regulamin, ale ze względu ze anonimowe nie działa, to proszę o nie banowanie od razu (konto sam usune, ale nie chciałem żeby zostało powiazane z moim głównym).
Wiec tak, jestem informatykiem z rodzaju helpdesk, admin itp. Nic związanego z programowaniem. Miałem dosyć dobra płatna prace, ale można powiedzieć ze nudna bez rozwijania się co mnie trochę irytowało i nudziło. Wsród (wtedy) ofert dostałem całkiem fajna, od dużej znanej firmy, o wiele lepiej płatna prace, ale z zaznaczeniem ze na rok(maksymalnie 3) , bo się przenosza do Azji. Oferta mega, bo rozwojowa, dobrze płatna, w miare blisko, rozmowa już z kierownictwem tej firmy ze chcą mnie jak najszybciej, bo pali im się tam trochę i potrzebują na już kogos do pomocy. Ze względu ze nie lubie zostawiać niedokończonej pracy, to powiedziałem ze miesiąc i mogę zaczynać (dokumentacje dokonczyc, te projekty które robilem tez, chociaż połowa była z mojej inicjatywy – jak np. nowa strona internetowa, monitoring). Mniejsza. Pożegnałem się z byłym pracodawca bez zadnych zgrzytów, ale szczerze mu powiedziałem ze za mało tutaj pracy, po prostu aby czuc się spełnionym i nie znudzonym.
Wiec teraz czekanie na nowa prace, gdzie mam nadzieje ze będzie więcej do pracy i nie będzie nudy. No i tutaj zaczynają się schody. Umowa była b2b, wysłana do mnie ze wszystkimi pierdami ale nie podpisana jeszcze, bo miała być do wglądu (no ale do tego momentu nie miałem żadnych wątpliwości, wiedziałem ze raczej 3 lata nie będzie mnie tam, ale skoro będę w miare dobrze zarabiał i musiał zakładac własna działalność, to jest szansa aby pociagnac to dalej w przyszłości, tylko w międzyczasie poszukać więcej klientów – proste, prawda? ) No, ale skoro to pisze to można się spodziewać ze nie wyszlo tak jak planowałem. Tydzien przed rozpoczęciem pracy i dzień przed przesłaniem dokumentów, zadzwonili ze osoba która miała podpisac dokumenty zapomniała o nich i wyjechała na urlop, wiec będę musiał poczekać 2 tygodnie aby rozpocząć prace. No ok, może to nie głupi pomysł aby zrobić sobie mały urlop, odpocząć bo już może w tym roku nie będzie możliwości. Odwiedziłem rodzine, trochę pozwiedziałem , ale bez szaleństw i wróciłem oczekując na dobre wieści. Czekam pierwszy dzień, drugi, trzeci… Zadzwoniłem no że jeszcze coś nie tak i wtedy już wiedziałem ze będą problemy. Wiedzac ze mogą być problemy, majac zapas hajsu na 3 miesiace, stwierdziłem ze skoro już mam ta firme założona to sprobuje szybciej podłapać klientów i może po tych 3 miesiacach będę już zarabiał chociaż tyle aby się utrzymać. Zainwestowałem w reklamę, pobrałem wszędzie darmowe konta gdzie mogłem (linkedin, Photoshop etc) i zaczałem się reklamować. Moja stara firma( jeszcze poprzedniejsza) nawet wziela maly pakiet, ale wiedziałem ze planują kogos zatrudnić, wiec to tylko w ramach małej pomocy (nie mogli więcej, bo kończyli rekrutacje). Oprócz tego było dosyć średnio, ale jeszcze fundusze były, miałem tez małe źródło utrzymania z wynajmu, co aktualnie bardzo mnie ratuje. I tak minęło chyba 1,5 miesiąca, ze srednim zwrotem z tego co wydalem na reklamy , no ale skoro średnio miałem oferte pracy raz w tygodniu, to po prostu poszukam normalnej pracy w zawodzie. No …nie. Nie wiem czemu, ale bedac na jgd, czuje się jak odrzutek, persona non grata. Tak jak kiedyś moglem wybierac w pracy, tak teraz majac firme czuje się jak bym wyleciał z rynku. Chociaz mam przeszlo 10 lat doświadczenia , dobrze stoje z jezykami, to mam wrazenie ze nawet pośrednicy kasuja mnie z miejsca, bo ostatni wpis w CV to własna działalność.
No i teraz jestem w kropce, bo już minęły te 3 miesiace, firme mam, pracy nie mam. Zamknąć ja? Zostawic otwarta i isc do jakies normalnej pracy na magazynie w tym czasie i liczyc ze jakiś klient wpadnie? Zamknac ja i tak jak teraz szukac pracy, tylko jako bezrobotny? Mam trochę obawy, ze jak już zaczne normalna prace to kompletnie wylece z rynku i będzie jeszcze ciężej do niej wrócic.
Najlepszym pomysłem na jaki wpadłem, to sprzedać nieruchomość w której mieszkam, mieć pol banki na koncie, posplacac kredyt i trochę spokojnieszy wrócic do swojego miasta i tam spróbować od nowa zaczać. Dodam tylko, ze moja rózowa jest w 8 miesiacu ciąży, ja gram na to ze wszystko jest ok (nie chce jest stresować), ale coraz bardziej chce mieć chociaż trochę oddechu i sprzedać te mieszkanie i wrócić w swoje rodzinne strony i może spróbować tam z biznesem. Zaznacze ze to nie jest polska B, właśnie dosyć dobra miejscówka bo blisko granicy z DE.
Z plusów:
- Wysypiam się
- Nie stałem się alkoholikiem
- Nie szukam jeszcze rzeczy „za darmo” na olx
- Jeszcze jadam mieso
Z minusów
- No trochę lipa w sumie z hajsem
- Chyba popadam w depresje
- Moja inwestycja 100 euro w złoto która dobrze rokowała musiałą zostać wyplacona na bierzace potrzeby.
info:
Tak to jest multi konto, fajnie by było gdyby chociaż jeden dzień ten wpis powisial, może ktoś rzuci dobra rada, albo komuś to pomoże żeby zawsze pilnować papiery przed krokami życiowymi.
To nie jest ogłoszenie ze szukam pracy, bardziej chciałem opisac sytuacje jak z dobrej, można w pare miesięcy wejść w kiepska. 
Jak ktoś ma jakies linki gdzie można poszukać pracy w IT, to można podrzucić (watpie zebym jakiś ominął, ale zawsze jakas nadzieja).


@bojowonastawionaowca Aby mogl usunac ten wpis , jesli jednak nie przejdzie to aby jeden dzień powisiał.

Fanatyk8piorunów

@JednorazowekontoAnonimowe z tego co slyszalem to nie jest kwestia tego ze masz dzialalnosc, tylko tego ze na rynku jest nadmiar ludzi na takie stanowiska i mozesz rownie duze problemy miec ze znalezieniem pracy i bez dzialalnosci.

Zreszta co za problem skasowac ten wpis w CV?

Osobistość5piorunów

Wyrzuć wpis o własnej działalności. Chyba to na umowę nie wpłynie, po Twojej stronie dopiero będą zmiany jak wejdziesz na etat. Dopiero przy podpisywaniu możesz powiedzieć,że masz,ale oczywiście jesteś otwarty na podpisanie podpisanie umowy o zakazie konkurencji

Pokaż więcej komentarzy (54)

Osobistość

w Hydepark

4piorunów


Oglądam mecz i żadnej bramki nie widziałem. Na 1 się spóźniłem, jak padła wyrównująca to byłem wstawić wodę na herbatę (jestem przeziębiony). Kiedy padły 2 i 3 dla Chorwacji to robiłem tą herbatę, a kontaktowy padł jak byłem w toalecie.

Gruba ryba1piorunów

@Bezkid spoko, ja odpalilem w 40. minucie, bo mi kot rozjebał wazon xD

Dobrze, ze na bramke do szatni sie zalapalem :d

Autorytet1piorunów

Ja włączyłem jak było 1:0, ale żona mi kazała zmywarkę załadować. Wracam a tu 1:3 xD
codochuja.jpg

Pokaż więcej komentarzy (13)

Twórca

w Hydepark

16piorunów

Masz 19 lat.
Ostatni rok szkolny. Zdobywasz kolejne uprawnienia i czekasz na egzaminy zawodowe mające być formalnością, bo od dawna pracujesz i robisz to to lubisz. Co od dziecka zastępowało interesowało cię bardziej niż kreskówki a później lego.
Nigdy się nie nudzisz, zawsze masz jakieś rozwijajace zajęcie. Własne projekty. Aktywność fizyczna. Rower. Narty.
Jesteś okazem zdrowia, prawie nie łapią cię infekcje, poza jakimiś przelotnymi.

Ból barku. Może nadwyrężony.
Nie przechodzi. Może zapalenie.

Po badaniach nie wracasz do domu.
Twoim domem staje się oddział hematoonkologii.

Ostra białaczka szpikowa.
Slabe rokowania i bardzo długie leczenie.

Plan na spokojne, proste i szczęśliwe życie rozpada się w momencie.

Opcje leczenia, skutki uboczne... Jako osoba dorosła, musisz podjąć bardzo trudne decyzje.

Nie chce mi się nawet myśleć co dzieje się w głowie młodego chłopaka.

Ta sytuacja przypomniała mi że (może to frazesy, ale:)
- cieszcie się i doceniajcie to co macie
- róbcie to co lubicie
- planujcie długofalowo ale żyjcie dzisiaj, nie czekajcie.
- nie lekceważcie żadnych objawów, a czasami poświęćcie czas na profilaktyczne badania.

Nie jest to post mający na celu wciąganie społeczności w finansowe zbiórki, ale chciałbym zwrócić uwagę na https://www.dkms.pl/ - żeby każdy chociaż poświęcił chwilę i przeczytał jak wygląda bycie dawcą szpilu lub komórek macierzystych.

Może warto się zarejestrować?
Szansa na dopasowanie do obcej osoby nie jest duża, ale możne nie tyle odmienić co dać komuś drugie życie.

Specjalista

w Hydepark

6piorunów

Kilka słów o zabijaniu (no dobra, raczej kilka stron). Ogólnie to kilka z mojego życia na zmierzające do dwóch sytuacji w których byłem zmuszony zabić. Jednakże mój styl opowiadania, nie pozwala mi przejść bezpośrednio do rzeczonych sytuacji, tylko zmusza mnie do zarysowania tła, a także niezliczonej ilości dygresji, a czasem dygresji od dygresji. Także będzie długo, bo inaczej nie umiem.

W dobie wojny na Ukrainie, a także łatwego dostępu do informacji o innych konfliktach na świecie, chyba każdemu zdarzyło się zastanowić jakby to było, gdyby trzeba bronić swojego domu, rodziny czy własnego życia. Przynajmniej ja tak się czasem zastanawiam. W moich wyobrażeniach oczywiście zawsze wygrywam, mimo że moim jedynym planem w czasie wojny w Polsce jest jak najszybsza ucieczka z kraju, nie ma u mnie mowy o narażaniu życia w obronie granic, od tego są żołnierze. Poza tym nawet gdybym jakimś zrządzeniem losu stanął oko w oko z wrogiem to mam poważne wątpliwości czy umiałbym go zabić, a już w ogóle czy mógłbym to zrobić bez zawahania, a wahanie się oznacza że prędzej sam zginę niż go zabiję.

Jednym z moich powracających koszmarów sennych jest paraliż w sytuacji zagrożenia. Pamiętam kilka z tych snów, na przykład, że otwieram drzwi a tam banda cyganów wdziera się do mojego mieszkania (moje mieszkanie brzmi dumnie, oczywiście chodzi o akurat wynajmowane) i wynoszą sprzęty typu telewizor, mikrofala. A ja chcę z nimi walczyć, bronić dobytku, a zamiast tego stoję przyklejony do ściany ze strachu i nie potrafię się ruszyć, a nawet swobodnie oddychać. Tego typu snów miałem w swoim życiu całą masę i budzę się po nich sfrustrowany i zły na siebie mimo, że nie wydarzyło się to naprawdę. Mam za to w głowie wszystkie te razy, kiedy bawiłem się w głowie jako dziecko, a nawet jako dorosły w wyobrażenie jak to nie pokonuję całej zgrai terrorystów jak Bruce Willis w "Szklanej Pułapce". Wyobraźnię ogólnie mam bogatą, wraz z moim przyjacielem z dzieciństwa naszą ulubioną zabawą było branie do ręki patyka i opowiadanie na przemian jak to się bierze udział w walce z droidami jeśli akurat bawiliśmy się w Star Warsy, albo z mutantami jeśli byliśmy Power Rangersami itp. Więc jestem po takich snach zły na siebie, że tak bardzo odbiega to co potrafię wymyślić, od tego co potrafię zrobić, nawet gdy to nie dzieje się na żywo, a jedynie mózg funduje mi symulację takich wydarzeń. Ta sytuacja, która spotyka mnie w snach sama w sobie nie sprawiłaby we mnie takiej frustracji, gdyby nie fakt, że spotkały mnie w życiu te dwie sytuacje, które opisać wam obiecałem (już za kilka akapitów) i które potwierdzają to co przydarza mi się we śnie.

Dobra, więc przejdę do rysowania tła. Mam 30 lat i dzieciństwo spędziłem na wsi takiej 200-300 mieszkańców. Mieliśmy zwierzęta, dużo zwierząt, na tyle dużo, że czasem na wycieczce w przedszkolu celem było moje podwórko, żeby inne dzieciaki mogły się pobawić z naszymi zwierzaczkami. Ogólnie to mieliśmy tak: zwykle ze 3 psy, kotów zwykle w przedziale od 6 do 13 sztuk, kozę, kury, kaczki, gęsi, perliczki, w późniejszym czasie też indyki oraz zawsze jednego cielaka. Do tego zwierzęta ozdobne - króliki, chomiki, papugi, kanarki, świnki morskie, szynszylę, koszatniczkę i żółwia - na przestrzeni lat oczywiście, nie wszystkie naraz. Co mają zwierzęta do tematu zabijania - bardzo dużo, z prostego powodu, zdychają lub są zabijane, to pozwala oswoić się dzieciom dorastającym w takich warunkach z motywem śmierci.

Oczywiście większość tych zwierząt, hodowaliśmy w celu zjedzenia. Na początku moi rodzice nie umieli zabijać. Jeśli trzeba było zabić kaczkę lub koguta to zanosili je do starszej sąsiadki, a ona w jakiś mało humanitarny sposób podżynała im gardła, a potem ucinała nożem łeb. Wtedy byłem na tyle mały, że nie mogłem być tego świadkiem, znam tą procedurę tylko z opowieści. Później moi rodzice nauczyli się obcinać głowy siekierą na pieńku, jednak z czasów kiedy jeszcze sąsiadka zajmowała się ubojem naszego drobiu pamiętam jedną śmieszno-straszną historię. Po zabiciu drobiu, ciało bez głowy było wkładane do wiadra lub damfra (w moim domu mówi się po pseudośląsku, damfer to taki wielki gar, nie wiem czy istnieje polski odpowiednik tego słowa). W międzyczasie gotowało się wrzątek, aby wlać go do tego dajmy na to wiadra, żeby takiego koguta na ten przykład, łatwiej się skubało po takim zaparzeniu. No i właśnie pewnego razu tak sobie czekał pewien martwy kogut w pomieszczeniu zwanym komórką na zalanie wrzątkiem, aż rozległ się krzyk mojej siostry (moje jedyne rodzeństwo) z tegoż właśnie pomieszczenia. Zbiegliśmy się wszyscy i zobaczyliśmy niecodzienny widok. Kogut "ożył". Stał dumnie obok wiadra, z czerwoną papką zamiast głowy i nie wiem jakim sposobem wydawał z siebie typowe dla koguta dźwięki (takie ciche koooo-kooo-ko). Okazało się, że sąsiadka się nie przyłożyła do zadania i zamiast poderżnąć gardło i odciąć łeb, odcięła biedakowi twarz. A ten się po jakimś czasie ocknął i dał nam takie przedstawienie

Nie wiem czy ta sytuacja czy też podeszły wiek sąsiadki miały kluczowy wpływ na zmianę procedury, na samodzielne ucinanie głów siekierą przez moich rodziców. Moją oraz mojej 3 lata starszej siostry rolą było wtedy trzymanie niedoszłego denata za głowę, tak aby naciągnąć szyję na pieńku, aby cel dla uderzającego taty lub mamy był jak największy. Do taty miałem w kwestii celności uderzenia zaufanie, za to mama była mniej celna, bałem się czasem o swoją dłoń albo dłoń siostry. Na szczęście nigdy żaden człowiek nie został okaleczony u nas w domu przy tym procederze, co najwyżej zwierzę się bardziej nacierpiało, jeśli wymagana była poprawka, bo mama trafiła w pół głowy, w tułów lub też obok szyi, tylko lekko ją zahaczając. Brzmi jak niezły ubaw, prawda? W sumie wtedy był to dla mnie ubaw, bo po odcięciu głowy, puszczaliśmy ciało aby przez minutę biegało po podwórku niezgrabnie się co chwilę wywalając i wpadając na różne przeszkody, zanim życie z niego uleciało na dobre. Głowa, która zostawała mi w ręce też była całkiem interaktywną zabawką bo jeszcze mrugała i otwierała i zamykała dziób. Głowę szedłem rzucić od razu naszemu największemu psu i wracałem trzymać kolejną ofiarę, bo zwykle zabijaliśmy po kilka sztuk naraz. Podczas dekapitacji drobiu często dostawałem w twarz fontanną krwi i było to dla mnie powodem jedynie do śmiechu, nie widziałem w tym nic strasznego. Naturalnym przekonaniem wtedy było dla mnie, że prędzej czy później to ja "awansuję" na kata.
To co dla mojej rodziny było normalne, nie było normalne dla innych dzieciaków. Przyjeżdżał na wakacje do swojej babci taki Niemiec kilka lat młodszy ode mnie. W moim regionie prawie każdy ma rodzinę w Niemczech, która przyjeżdża raz na jakiś czas w odwiedziny. Jako, że miałem wtedy innych kolegów, a ten Niemiec - Marco, był wtedy dla mnie za młody, żebym mógł się z nim bawić (miałem wtedy ze 12 lat) to strasznie mnie denerwował swoją obecnością bo za mną łaził. Przyszedł kiedyś jak akurat mama z siostrą zabijały kaczki i zobaczył moment ucięcia głowy. Widziałem wtedy jak wychodził z naszego podwórka i łapał się za szyję, jakby chciał sobie wyobrazić co musiało czuć to zwierzę. W każdym razie po tym co zobaczył, dużo mniej chętnie już do nas przychodził, co było dla mnie spoko.

Inne zwierzęta zabijane u nas na podwórku to były kozy, świnie i cielaki. Kozę mieliśmy jedną, ale chodziliśmy do faceta co miał kozła, żeby ją zapładniał, a jej młode szły na ubój jak odpowiednio podrosły. Świń z kolei nigdy nie hodowaliśmy, przyjeżdżała do nas zawsze jedna sztuka w dniu świniobicia i od razu szła pod nóż. Cielaka z kolei przez jakieś 4-6 sezonów mieliśmy zawsze jednorocznego - Bercika. Zawsze kupowaliśmy małego cielaczka od hodowcy, hodowaliśmy przez rok, ubijaliśmy i kupowaliśmy następnego. Jak kupiliśmy pierwszego to miał na imię Bercik i tak już zostało, każdy kolejny też był u nas nazywany Bercikiem, to sprawiało wrażenie, że to ciągle ten sam cielak. W każdym razie jeśli chodzi o ubój tych większych zwierząt, to nigdy nie pozwalano mi być świadkiem ich zabijania. Za to chwilę poźniej już uczestniczyłem we wszystkich pracach związanych ze świniobiciem. Patrzyłem na oskórowane ciało wiszące na haku i jak masarz odkraja z niego kolejne elementy, bawiłem się nimi, były ciepłe więc miłe doznania ogółem. Do tego mogłem się dowolnie bawić częściami których nie jedliśmy, a jedliśmy większość - jednym z moich ulubionych dań była jajecznica ze świeżym mózgiem (sam nie wiem czy świńskim czy cielęcym, a może z obu tych zwierząt). W każdym razie z niejadalnych rzeczy, były flaki, jądra, oczy, kopyta i jakieś tam jeszcze rzeczy niezidentyfikowane przeze mnie. Ciekawostką było dla mnie że jakiś element już dawno oddzielony od reszty potrafił jeszcze po godzinie się samoistnie poruszyć, jakiś mięsień zapulsować czy coś. Rozkrawałem sobie te rzeczy, gniotłem itd. Nadal byłem wtedy przekonany że zabijanie jest łatwe, nie ma w tym nic ohydnego.

Przyjeżdżał też do nas wujek z Niemiec z ciotką. Wujek ten lubił gołąbki i sam je przyrządzał. Nie chodzi bynajmniej o takie gołąbki jakie znacie ze swojej kuchni. Kupował żywe gołębie, następnie gołymi rękoma odrywał im głowy a potem skubał, oprawiał i jedliśmy. Odrywanie głów gołymi rękami, czego byłem często świadkiem wydawało mi się drastyczne, ale też normalne. Na tyle normalne, że mam z tym związaną też zabawną historyjkę. Jeden z naszych sąsiadów miał na nazwisko Gołąbek. Jak nas odwiedził i usłyszałem, że przyszedł pan Gołąbek to rzuciłem tekstem: O przyszedł Gołąbek, fajnie, zabijemy Gołąbka. Nawet nie zdążyłem się zorientować jak stary mnie chwycił i zaczął okładać, tak, że miałem sine całe plecy nad d⁎⁎ą i poruszanie się sprawiało mi ból przez co najmniej tydzień. Kłamałem, że ta historia jest zabawna, przynajmniej nie dla mnie, dzisiaj za takie coś odbiera się rodzicom dzieci i słusznie, ale w moim domu panowało zawsze prawo strachu - nie odpierdalaj bo dostaniesz wpierdol.

Poza śmiercią z powodu uboju, zdarzały się też oczywiście przypadki, że zwierzęta padały na rożne choroby albo ze starości, ale też niekiedy ginęły w szczególnych okolicznościach jak przejechanie traktorem (nie mieliśmy traktora, ale czasem ktoś nam przywoził na przykład słomę), lub zagryzienie przez lisa albo inne dzikie zwierzę. Dwa razy zdarzyło się, że wilczur jednego z sąsiadów mu się zerwał i wpadł na nasze podwórko, pozagryzał lub poranił wiele zwierząt w tym naszą kochaną suczkę Nukę. Jako że mieliśmy zwykle 3 psy, to jeden największy siedział w kojcu, drugi średni był na łańcuchu przypięty za stodołą na odludziu, żeby odstraszać leśnych drapieżników, a jeden latał luzem. W tamtym czasie była to Nuka, która oba te razy prawdopodobnie broniła innych zwierząt przed obcym psem i oba razy została ciężko ranna w tej walce, miała wygryzioną dziurę w plecach. W obu przypadkach związanych z psem sąsiada, byłem pierwszą osobą z rodziny, która wróciła do domu i nakryła go na gorącym uczynku, po czym uciekał. Na szczęście wolał uciec przede mną niż mnie zaatakować a byłem zawsze niedużym gówniakiem. W każdym razie pamiętam jak robiłem wtedy inwentaryzację strat przed powrotem rodziców do domu (to było normalne że zostawałem sam w domu jako gówniak albo wracałem do pustego). Nie umiałem wtedy jeszcze dobrze pisać, w dodatku nazywałem zwierzęta po śląsku, więc sporządzona przeze mnie lista martwych zwierząt po ataku wyglądała dziwnie. Nie znałem wtedy głosek sz, cz, ż itp. nie ogarniałem że litery "y" i "e" to dwa różne dźwięki, a do tego w śląskim słyszy się głoski, których do dzisiaj nie wiedziałbym jak zapisać. Pamiętam jak zapłakany odczytywałem rodzicom tą listę, bo nikt poza mną nie potrafił tego rozczytać xd

Z nietypowo padniętymi zwierzętami, jak i tymi padniętymi ze starości postępowałem na 3 sposoby - jakoś tak wyszło, że to ja byłem w domu od tej brudnej roboty, sprzątania truchła. Jednym ze sposobów na pozbycie się zwłok było zakopanie na podwórku - głównie latem, bo ziemia miękka, a miejsca mieliśmy dużo, bo za domem był spory sad. Drugim jeśli był akurat okres grzewczy było spalanie w piecu - głównie koty i kury, pozostałe to zależało czy się zmieszczą w piecu. Trzecim sposobem - według mnie dziwnym ale tak chcieli rodzice, było zawiezienie martwego drobiu do lasu za naszym domem. Celem było, żeby lis się objadł tam i nas nie nachodził. Przypominało mi to ofiarę składaną jakimś bóstwom i nie miało sensu, przecież w naszym interesie było, żeby zagrażające naszemu dobytkowi zwierzęta wyginęły, więc po je dokarmiać, no ale cóż, dostawałem zlecenie to je wykonywałem. Czasem trafiały się nam nietypowe zdechłe zwierzaki jak kuna czy tchórz, znajdywane w sianie. Trupy mnie w każdym razie nie ruszały. Przynajmniej zwierzęce, chociaż ludzkie zwłoki też widywałem, co prawda zawsze w trumnie, więc zadbane, ale też wrażenia na mnie nie robiły.

Jedyne zwierzęta których śmierć mnie martwiła to były psy - jako jedyne u nas zwierzęta dostawały imiona, poza Bercikiem rzecz jasna. Szczególnie mocno dotknęła mnie śmierć Menka. Menek - to imię wymyślił mój wujek chrzestny, który był najzabawniejszym typem w rodzinie. Pamiętam, jak często zdarzało się że nie działał nam telefon stacjonarny (tylko taki mieliśmy - orientowaliśmy się jak ktoś przychodził i mówił że nie może się dodzwonić). Jak się zwykle okazywało, poluzowana była wtyczka od telefonu przy ścianie, nie ta od prądu, tylko od linii telefonicznej. Trwało to przez kilka ładnych lat, aż w końcu rozgryźliśmy to. Niedziałający telefon korelował z wizytami wujka-trola, który zawsze przed wyjściem od nas specjalnie luzował tą wtyczkę. Wracając do Menka, został tak nazwany na życzenie tego wujka, nie pamiętam już skąd wziął to imię, ale było to formą żartu, jak to zwykle u tego wuja. Menka spotkał najgorszy los jaki mógł spotkać psa w naszym gospodarstwie - spędził życie na łańcuchu za stodołą. Ten pies był taki kochany, a tak przez nas tak zaniedbywany, że wyrzucam sobie to do teraz, że mimo iż jako gówniak nie miałem wiele do powiedzenia w domu, w którym panowało prawo starszego i silniejszego, mogłem bardziej lobbować za wolnością dla Menka. Pies który siedział samotnie na łańcuchu, widząc człowieka raz dziennie lub dwa, kiedy dawaliśmy mu jedzenie i wodę, czasem jak się zerwał to zamiast korzystać z wolności, to przybiegał do nas na podwórko, do swoich oprawców, co kończyło się zaciągnięciem go z powrotem na "jego" miejsce. Przez te wszystkie lata największą rozrywką Menka, było co najwyżej obserwowanie kur, które postanowiły się zapuścić tam daleko do niego. Jak dla mnie idealny scenariusz żeby pies zdziczał i był agresywny, tymczasem on pozwalał kurom zjadać sobie jedzenie z miski. Ten ostatni raz kiedy się zerwał z łańcucha to było jakoś tak, że wiedziałem że umiera, nie zaciągnęliśmy go tym razem tam gdzie zawsze ale zrobiłem mu posłanie w wolnym chlewiku i tam z nim przesiadywałem i widziałem jak traci siły z dnia na dzień i wydaje z siebie bolesne dźwięki. Starałem się mu jak najbardziej wynagrodzić marne życie, głaskaniem przez te kilka dni, zanim zdechł. Myślę że ten czas mocno podniósł moją wrażliwość względem zwierząt.

Anyway, przeczytaliście już kilka stron dygresji, więc pora opisać sytuacje, o których tak właściwie chciałem napisać. Pierwsza sytuacja wydarzyła się kiedy byłem w liceum, miałem więc wtedy z jakieś 17 lat. Nadal hodowaliśmy wiele zwierząt którymi pomagałem się zajmować przed i po szkole. Mama nie pracowała, więc głównie to ona wymyślała w jaki sposób odbywa się życie naszych zwierząt, podczas gdy reszta domowników była w szkole lub w pracy. Decydowała na przykład kiedy małe kurki można zacząć wypuszczać na dwór w skrzyni (żeby koty ich nie zeżarły), a kiedy można zacząć je puszczać luzem itp.

Pewnego dnia poinstruowała mnie dokładnie, co mam zrobić po szkole, bo jej nie będzie w domu. Instrukcja brzmiała tak: te małe kurziki (tak nazywaliśmy malutkie kurczaczki) będą w skrzyni na dworze. Odsuń cegły z siatki, zdejmij siatkę i dolewaj im wody i dosypuj paszy, zasłoń znowu i uważaj żeby ci cegła nie wpadła do środka. Wróciłem więc ze szkoły i poszedłem wykonywać obowiązki (poza tymi kurzikami, mieliśmy jeszcze kilka innych skrzyń z innymi zwierzątkami do oporządzenia lub też kurami ale większymi, instrukcje do nich pominąłem bo są nieistotne, w każdym razie chciałem zaznaczyć że miałem do zrobienia sporo, więc chciałem to zrobić jak najszybciej i zająć się jakimiś sprawami jakimi tam się mogłem jako nastolatek zajmować, komputerem czy coś). W każdym razie poszedłem do tej skrzyni i stwierdziłem że nie muszę odsuwać cegieł mimo ostrzeżeń żeby mi żadna cegła nie wpadła do środku, bo siatka jest elastyczna, wystarczy, że ją odegnę i włożę rękę do środka i zrobię co trzeba.

Odgiąłem lekko siatkę i oczywiście cegła wpadła mi do środka xd Małe kurczaczki wykazały się niesamowitym refleksem i mimo, że cegła spadała wprost w ich największe skupisko, to rozpierzchły się w moment, a mi ulżyło, że żadnego nie trafiłem. Po podniesieniu cegły okazało się jednak, że nie wszystkie uciekły. Były tam dwa kurczaczki, jeden leżał sflaczały, podniosłem go, popiskiwał cichutko, a z łebka kapały mu krople krwi. Jedna taka kropla to spory procent jego krwi, więc po chwili zdechł. Drugi natomiast po podniesienie cegły, ku mojemu zdziwieniu wstał. Wziąłem go na ręce i (jak to mawia Borek) ...niestety. Okazało, że ma pęknięty bok i wystają z niego jego małe flaki. Lata wychowania mnie w strachu, sprawiły że w jakimś stopniu słuchałem się rodziców, ale ich nie szanowałem. Z tego powodu wiedziałem, że nie mogę powiedzieć im prawdy, tylko będę kłamał.

Powiecie, że to głupota, to tylko dwa kurczaczki z kilkudziesięciu, jednak po latach ciągle tych samych scenariuszy w domu wiedziałem, że skończy się krzykiem w moim kierunku, a może i latającymi w moim kierunku przedmiotami, a nawet rękoczynami ze strony mojej starej, mimo że była już wtedy ode mnie niższa, to w jej głowie wciąż mogła wyładowywać na dzieciach swoją agresję, zwłaszcza w tak uzasadnionych sytuacjach kiedy dopuściłem się nieposłuszeństwa, bo było jasno zaznaczone, żeby najpierw odsunąć cegły, ale mi się nie chciało. Jest to jednym z powodów, dlaczego się do nich teraz nie odzywam, ale to temat na całkiem inną rozprawkę. Wracamy do sytuacji: mam na dłoni małego kurczaczka, stojącego na własnych nogach, jeszcze nie opierzonego, tylko w puchu, któremu wystają flaki i który otwiera dziubek jakby chciał piszczeć ale nie wydobywa się z niego żaden dźwięk. Plan w mojej głowie wyglądał następująco - zabiję go i razem z tym drugim zakopię w gnoju (tak postępowaliśmy z bardzo małymi stworzonkami bo najszybciej). Następnie przestawię skrzynię z pozostałymi do cienia i powiem, że zastałem dwa martwe, pewnie z powodu upału. Plan prosty i w moim odczuciu doskonały. Zaniosłem oba kurczaczki i położyłem na gnoju i żywego i martwego. Wziąłem łopatę i wielki zamach.

I w tym momencie zaczęły się dziać ze mną "dziwne" rzeczy. Patrzyłem na tą małą puchatą kulkę i miałem wyrzuty sumienia, że go zabijam, że ginie przez mój błąd. Stałem tak kilka minut próbując się zmusić do zadania śmiertelnego ciosu i nie mogłem. Zacząłem płakać, potem już machać łopatą w jego kierunku ale za każdym razem się zatrzymując. Odkładałem łopatę, chodziłem w kółko, brałem głębokie oddechy i podejmowałem kolejne próby. Przypominałem sobie odcinanie głów większym ptakom i fakt, że przecież niedługo będę sam tym katem i zawsze byłem przekonany o tym, że wtedy się nie zawaham, a teraz stoję nad takim, którego i tak się nie da uratować i płaczę. W końcu wziąłem łopatę w ręce po raz kolejny i zacząłem uderzać w kurczaka z całych sił chyba z 10 razy - chciałem mieć pewność że nie żyje i nie cierpi dalej. Zrobiłem to - zabiłem go, ale jakim kosztem. Dalszą część planu wykonałem bez problemów, ale ten moment pozostaje ze mną do dzisiaj.

Druga sytuacja, tutaj już bez większych wstępów. Byłem już na studiach (powiedzmy, że miałem ze 22 lata) i nie mieszkałem z rodzicami, ale czasem zjeżdżałem na weekend. Było już ciemno gdy usłyszalem jakieś popiskiwanie. Zorientowałem się, że pies złapał szczura i go męczy na podwórku. Pies kiedy mnie zobaczył stracił zainteresowanie szczurem i go zostawił wycieńczonego. Poszedłem do domu powiedzieć, że na dworze leży szczur jeszcze żywy na co usłyszałem: to go zabij. No to zapaliłem sobie światło na dworze, teraz widziałem go lepiej, nie było widać ran na jego ciele, leżał na boku, był spory i wychodzące z orbit oko mu błyszczało w świetle żarówki na rogu domu. Chwyciłem gruby kostur, długości jakiegoś półtora metra, wziąłem zamach taki sam jak kiedyś nad kurczakiem łopatą i...tak...zamarłem znowu. Zobaczyłem siebie sprzed paru lat i tego kurczaczka i znowu poczułem że nie mogę. Powtarzałem sobie, że to inna sytuacja, kurczaczek ginął z mojej winy, a szczur to szkodnik. Zaczęła mnie obrzydzać myśl o uderzeniu w niego, wyobraziłem sobie, że szczur pod uderzeniem kija się rozbryzguje i ta myśl mnie przerażała. Znowu tam stałem i znowu nie mogłem odebrać życia. Szczur chyba nie był ranny, a raczej w głębokim szoku po ataku psa, bo po kilku minutach obrócił się z boku na brzuch, było widać jak mu nadal wali serce. Zaczął być coraz bardziej ruchliwy i zdałem sobie sprawę, że jak go zaraz nie wykończę to sobie po prostu odejdzie. Zebrałem się w sobie i uderzyłem go z całych sił raz, drugi i kolejne. Zacząłem znowu wściekle w niego uderzać czasem trafiając czasem nie, wszystko było tak samo jak 5 lat wcześniej. Zaskoczyło mnie, że okazał się twardszy niż myślałem, nie rozbryzgnął się, a odczucia jakie w dłoniach miałem uderzając kijem były jakbym uderzał w poduszkę. W końcu przestałem uderzać, a on przestał żyć. Nie pamiętam co zrobiłem z truchłem. Wróciłem do domu z traumą, ale nikomu nic nie mówiłem.

Mając na uwadze te dwie sytuacje, myślę że nie byłbym w stanie zabić człowieka, chyba że adrenalina albo coś nie wiem. Ten dosyć obszerny zarys sytuacji, dokładniejszy niż opisy przyrody w "Chłopach" zamieściłem, po to, żeby uświadomić wam, że jestem raczej w grupie osób które powinny być do zabijania lepiej przygotowane niż większość społeczeństwa, a więc sądzę, że też większość z was nie byłaby w stanie tego zrobić. No chyba, że ze mnie jest wyjątkowa c⁎⁎a xd

Pokaż więcej komentarzy (7)

Inspirator

w Hydepark

17piorunów

cześć, podsumuje dwa ostatnie dni. Wylądowałem wczoraj na SORZE,ale zanim to postanowiłem podejść myślałem że lekarz z izby świątecznej zetknie mi na nogę i wystarczy, noga mi dosyć mocno spuchła i zaczęła boleć bardziej, uznałem że lepiej dmuchać na zimne i sprawdzić. Na miejscu okazało się,że zmienili adres...okej pokustykalem 200m w to miejsce, pusty korytarz, słyszę że tam ktoś sobie gada i mówię dzień dobry z opisuje sytuację a babka mi na to, że noo ona jest lekarzem ale tutaj to się przychodzi jak ktoś ma anginę albo plecy bolą xD i, że mam iść na SOR. Nie powiem trochę się zdenerwowałem bo przecież ja oczekiwałem,że zetknie powie : ok/nie ok i tyle xD i finalnie musiałem kuśtykać znowu na SOR, który był w tym pierwszym budynku. Najlepszy był tekst lekarki do pielęgniarki (?) " wpisz że go odesłaliśmy żeby nie było" żeby nie było co? XD. Na szczęście na sorze równa godzinę nam zeszło to pół biedy. Jeżeli chodzi o ból to w ciągu dnia jest serio znośnie... Oprócz wieczorów. Wczoraj i dziś jak szedłem się kąpać, zdjąłem ortezę mam taki ból że wczoraj prawie mdlalem a dziś odpuściłem..czuje jak ten obrzęk mi spływa i rozrywa łydkę..trzeba wziąć przeciwbólowe i spróbować zasnąć.. spać też słabo spałem bo spałem w ortezie, dziś znowu będę spał bez ale za to w ciągu dnia jej nie zdejmowałem. Pozdrawiam i zdrówka dla wszystkich

Pokaż więcej komentarzy (11)

Inspirator

w Hydepark

9piorunów

cześć, dziś trochę inny wpis ale jakże ważny dla mnie. Wpływ aktywności fizycznej na spokój mojego ducha. Od lat mam tak, że jeżeli jestem we względnej formie łatwiej mi jest radzić sobie z trudnymi codziennego życia. Ostatnie miesiące przed pójściem na L4 minęły mi w momencie, dosłownie. Pracowałem sporo, do tego w miarę intensywnie trenowałem - dla mnie baja. Od 5 czerwca usiadłem w domu i nagle się okazało,że nie mam co ze sobą robić, no bo ile można siedzieć na siłowni codziennie? Nie mogłem już zbytnio jeździć na rowerze, bieganie odpadało, nawet rzucanie do kosza najczęściej nie wchodziło w grę. Psycha sitting, w dodatku na codzien musiałem zastanawiac się czy wyrobie się w 182 dni l4 żeby mnie nie zwolnili a w dodatku do ostatniej chwili nawet nie miałem pewności czy i kiedy mnie zoperują :). Milion myśli jak wykorzystać ten czas na coś pozytywnego, zacząłem się dokształcać z dziedzin które mnie interesują: trening ciała, mechanika motocyklowa/samochodowa ii...filozofia( off top; lekarz jak już leżałem na sali operacyjnej zapytał mnie czy jestem filozofem hobbysta )Teraz żyje w najgorszym dla mnie miejscu, jestem przykuty do domu, z trenowania jedynie czytam książki i oglądam filmy. Ciągle muszę sam że sobą się kłócić że inni to by się nauczyli 5 języków w tym czasie a ja nie zawsze mam ochotę żeby regularnie się uczyć jednego( ostatnio mam parę dni przerwy, coś zebrać się nie mogę). Dobija mnie to strasznie, ja ogólnie mam coś takiego że jestem w jakimś niezdrowym środku między prokrastynacją a rozwijaniem się na każdej płaszczyźnie :face_with_peeking_eye:. Wieczorem rozwinę wątek, miłego dnia wszystkim!

GURU

w Hydepark

11piorunów

W tym tygodniu kumpel rozstał się ze swoją dziewczyną. W czasie kłótni miała mu powiedzieć, że on jest "zupełnie jak jego ojciec".
WTF?!?
Przecież ona nigdy nie poznała jego ojca, co za idiotka...

Natomiast po zapoznaniu się z wczorajszym wpisem @cebulaZrosolu o skróconym i uproszczonym schemacie serialu "Moda na sukces" zamiast WTF z mojej głowie zaczęła grać ta muzyczka:
https://youtu.be/lK7gMllNqnI?si=SwBC4YJokT6aw1Ns

https://www.hejto.pl/wpis/spasticink-pierdonauta-kosmolony-zeby-wyjasnic-troche-zawilosc-serialu-wrzucam-t

Inspirator

w Hydepark

27piorunów

taki tag został mi podsunięty i nawet mi się spodobał. Dziękuję za słowa wsparcia i otuchy, nawet kilka osób napisało wiadomość prywatną. Dziś opiszę tak jak wspomniałem pierwszy dzień po i dopowiem kilka brakujących elementów, o których zapomniałem. ( Tak jak jedna osoba prosiła postaram się też więcej "spacji" robić, staram się ale pisarzem to ja nie jestem, jestem spawaczem to cud, że ja znam podstawy języka polskiego..) Wrócę do momentu kiedy Pani pielęgniarka przyniosła mi kaczuche. Otóż jako osoba w pełni samodzielna, jestem głową mojej małej dwuosobowej rodziny, gdzie w partnerski sposób prowadzimy dom. Dzielimy się wszystkimi obowiązkami, nawet często ja wykonuje większość z nich z uwagi na to, że częściej mam na to czas. Sytuacja, w której znalazłem się po operacji była czymś nowym i przerażającym za razem.. Nagle nawet mimo, że nie chcesz potrzebujesz pomocy.. jak na samca alfa na chwilę posypał mi się świat. Jak to ktoś ma mnie zawieźć do łazienki ?? NA WÓZKU? PRZYNIEŚĆ mi kaczkę, pomoc się obrócić? Potrzebowałem chwilę żeby się z tym pogodzić.. nawet jak potrzebowałem,żeby ktoś przyszedł to zastanawiałem się 20 min zanim nacisnąłem ten guzik ( jakie było moje zdziwienie jak się okazało, że to nie działa tak że w dyżurce zapali się lampka tylko jest alarm na cały oddzial XD). Nie było i nadal nie jest mi łatwo z tym,że wcześniej pielęgniarki a teraz moja dziewczyna w domu musi nade mną trochę skakać.. pierwsza kąpiel po powrocie to był dramat.. ledwo dałem radę ustać pod prysznicem i moja dziewczyna musiała mnie trochę trzymać i myć, męskie ego musiało zejść na drugi plan...( Jestem jej cholernie wdzięczny za tą pomoc i dobrze o tym wie). Pierwszy wieczor po powrocie nie był łatwy, noga spuchnięta jak balon na dobrą sprawę nie miałem siły na nic, jedyne co to chciałem się umyć i zasnąć. Ogólnie że spaniem jest różnie, pierwsza noc elegancko przespaną nawet się nie obudziłem, za to dziś był dramat. Najpierw nie mogłem zasnąć a potem dwa razy w nocy brałem Ketonal. Ogólnie zapomniałem dodać,że mam ortezę i w niej spałem. Dziś też większość dnia w niej siedziałem i bardzo tego żałuję. Noga pod nią spuchła jak balon, wyciągnąłem wnioski i narazie będę ograniczał używanie jej dopóki nie zacznę chodzić. Ogólnie czas spędzam na czytaniu, dalej oglądam YT żeby dowiedzieć się jak sobie radzić z jakimiś ćwiczeniami itp. sporo telefonów od znajomych i rodziny( ktoś tam mnie nawet lubi i się martwi), z ran nie leje się już nic więc póki co też nie będę używał plastrów, zastrzyki przeciwzakrzepowe bola coraz mniej. Wrócę na moment do momentu w którym opisywałem problem z pierwszym oddaniem moczu, otóż ten problem poniekąd trwa do tej pory, chyba dopiero dziś po południu było normalnie, odczuwałem jakby cały czas ta blokadę i musiałem sporo siły w to włożyć, mam nadzieję że już będzie coraz łatwiej. Pozdrawiam osoby, którym chce się to czytać i poprawiajcie mnie jak coś źle piszę, pozdrawiam Bart. ( karteczka od mojej po zastrzyku:)))

Gruba ryba4piorunów

Taka dziewczyna to skarb najprawdziwszy. Trzymaj się byku, mocnych nerwów i szybkiego powrotu do zdrowia życzę 💪

Osobistość1piorunów

Kolego, zrób wszystko, żeby jak najszybciej obciążac nogę (nie wiem na ile łąkotka to ogranicza). Zaufaj ekspertowi - 4 operacje kolana. Im szybciej działasz, tym lepiej. Jeśli nie możesz obciążac- rower. Orteza ma ograniczać zgięcie, żeby acl się nie rozsiągął, zanim się przebuduje, więc niech sobie będzie. Ale obciążaj tyle, ile kolano Ci pozwala - tylko w ten sposób wrócisz szybko do sprawności. W przeciwnym razie mięśnie Ci spadną i będziesz się bujał LATA.

Jak coś - pisz na priw.

Szycie łąkotki - na tym się nie znam. Ale leżenie to najgorsze, co można zrobić. Kolano samo Ci powie ile można obciążyć.

Pokaż więcej komentarzy (13)

Inspirator

w Hydepark

56piorunów

Halooo, jest tu kto? Dzień dobry, wracam do was (zasięg max 3 osoby) z nowym daily content. Po jakże uwielbianą przez was seria wpisów z wyjazdu, czas znowu zrobić sobie pamiętnik na hejto tym razem z mniej fascynującej sytuacji. Otóż od sierpnia rok temu mam problem z kolanem, odstawiłem wtedy rower, zima przestałem już robić jakiekolwiek ćwiczenia na nogi. W styczniu rozpocząłem diagnostykę ( w sama porę po pół roku) i tak to zeszło, że dwa dni temu miałem operację. Pęknięcie łąkotki w dwóch miejscach+ szycie ACL. Jakże traumatyczne były dla mnie ostatnie dni.. Zaczynając od tego, że jako osoba zmagająca się z problemami gastrycznymi na codzien stres je tylko podkręca :)) ostatni dzień przed i po operacji spałem łącznie 5 godzin, dostałem zalecenie od anestezjologa na konsultacji, że nam zjawić się na morfologię w dzień zabiegu na godzinę 7 rano, otóż że miałem do tego szpitala łącznie 200km wstaliśmy z dziewczyną o 4 rano żeby tam jechać a na miejscu dowiedziałem się, że lekarz nie wystawił skierowania XDD ( MOJ BŁĄD MOGLEM DOPYTAĆ) Z drugiej strony, ja nie chodzę zbytnio po lekarzach więc nie mam wiedzy, mi jak lekarz mówi przyjedź to dla mnie oczywiste jest to że mają to w systemie... Otóż nie tym razem 😒 cały szpital wiedział że przyjechaliśmy bo każdego po kolei pytaliśmy co zrobić xD o dziwo panie były bardzo miłe i chciały pomóc. Pojechałem tam oczywiście na czczo i jakie było moje zdziwienie jak się okazało, że kanapka zjedzona dzień wcześniej o 21 była moim ostatnim posiłkiem na następne 27 godzin..zostałem przyjęty na oddział chirurgii i dopiero wtedy została mi zrobiona morfologią, oczywiście w tym czasie już zdążyliśmy 10000 razy wziąć pod uwagę że nie zrobią mi jej tego dnia i nie będę miał zabiegu etc.. na sali wylądowałem w mega fajnym towarzystwie, byłem bardzo zaskoczony wręcz. Miłe chłopy. Nie wiem czego się bałem bardziej, znieczulenie w kręgosłup czy bólu po operacji. Jak się okazało, znieczulenie nie takie straszne w porównaniu do bólu po :), bałem się znieczulenia bo jednak igła w kręgosłup a, że się nie ma pojęcia o tym to brałem pod uwagę że coś pójdzie nie tak i nie będę chodził czy coś.. na operację były dwa założenia, poprosić żeby uśpili mnie i ZA ŻADNYM SKARBEM NIE PATRZEC NA EKRAN, nie zgadniecie ale dwie godziny byłem w pełni świadomy podczas zabiegu i większość czasu oglądałem jak mi grzebią w kolanie. Ekipa która mnie operowała to jakiś inny lewel, normalnie jak się idzie do lekarza to jest dosyć oficjalnie. W tym przypadku wszyscy praktycznie byli dosyć młodzi (35 lat około średnia). Żartowalismy ze sobą na początku, aż dostałem reprymendę od pani jakiejś że już muszę być cicho bo będę przeszkadzał lekarzom ( posłuchałem się i nie odzywałem się już praktycznie do końca ,uwierzcie dla mnie to nie łatwe, natomiast ci dwaj lekarze bajera w najlepsze, myślę że to dlatego żeby rozładować emocje ,chyba).Pierwsze godziny po operacji to był dramat, bezwład w nogach zupełny, poczucie że chce się zrobić siku ale bez szans, że zrobię to do kaczki, w dodatku że była ze mną młoda pielęgniarka, po próbie zrobienia tego normalnie do toalety przeprosilem się z kaczką :). Operacja przebiegła pomyślnie, od razu czułem mimo znieczulenie że noga jest sztywniejsza niż przed zabiegiem dzięki zszyciu. Jutro opiszę pierwszy dzień po, pozdrawiam. ( bo uraz jest wynikową pracy)

GURU3piorunów

@Jestem_bart a weź mi nic nie mów, zaraz listopad i cisnę na stół kroić serducho, strach jest jak c⁎⁎j xD nawet nie chce się zastanawiać ile rzeczy moze się spierdolić

Pokaż więcej komentarzy (18)

Gruba ryba

w Hydepark

62piorunów

Odnośnie wczorajszej ankiety o Bartku i Piotrku. Głosy rozłożyły się prawie po równo, z minimalną przewagą Bartka. Sama walka nie była równa, bo Piotrek nie podumał, żeby trzymać Bartka na dystans, tylko ruszył na niego z impetem. Bartek był zbudowany jak mały czołg, mimo iż nie było po nim tego widać, do tego był zwinny, szybki i bardzo dobrze wyszkolony, bo trenował boks od 6. roku życia. Wyczekał szarżę, został trochę obity, ale znalazł moment na uderzenie Piotrka w wątrobę 2 razy pod rząd, a trzeci cios poszedł w przeponę jak Piotrek był na wydechu. Te trzy ciosy go złożyły, ale dalej stał na nogach. Wtedy dostał prawym sierpowym w ryj, aż mu się szczęka przestawiła. To było na tyle, całość trwała niecałe 2 minuty. Akurat w tym przypadku boks wygrał z ulicą.

Pokaż więcej komentarzy (9)

Gruba ryba

w Hydepark

104piorunów

Z takich najbardziej przypałowych rzeczy jakie w życiu zrobiłem to:

Podczas porodu gdy moja żona cierpiała jak nigdy w życiu, trzymała mnie mocno za rękę.

Popatrzylem jej prosto w oczy, zabralem swoją rękę i machając powiedziałem "Ała"

XDDDD
Planowalem to długi czas

Fenomen10piorunów

Mój kumpel zrobił tak:
- aaa, widać już to dziecko? Jak to wygląda?
- Kochanie, co mam ci powiedzieć? Okropnie wygląda.

Pokaż więcej komentarzy (10)

Osobistość

w Hydepark

62piorunów

Historia z cyklu "Kto mieszkal z kobieta w ciazy, w cyrku sie nie smieje".

Miejsce : mieszkanie
Czas: wczoraj
Bohaterowie : ja , rozowa, pies ktory spi i moze niechacy ziomek ktory cisnie beke na discordzie

Wczoraj rozowa postanowila wyjsc sobie z kolezanka do restauracji , do kawiarni czy cos. (przez puente zapomnialem sie spytac gdzie byla i co robila). No ok, smialo. Ja wrocilem z pracy, poszedlem z psem na dluzszy spacer i wrocilem. Ze wzgledu na brak planow, no to poszedlem do swojego gabinetu grac, a pies ze mna spac na podlodze. Ziomek sie zalogowal i tak zaczelismy sobie lupac. W miedzyczasie widzialem ze swiatlo sie zapalilo, czyli rozowa wrocila - a ze runda trwala to nie moglem zbytnio wyjsc sie przywitac (to nie offline ze wlacze pauze). Nie slyszalem chodzenia, wiec stwierdzilem ze polozyla sie ze zmeczenia.Po jakims czasie dostaje tel od rozowej:

* heej, gdzie jestes bo sie martwie? :worried:
* hej, no w pokoju siedze i gram
* JAK TO W POKOJU?! :face_with_symbols_on_mouth:(gdyby to byl stary tel to bym pewnie slyszal j⁎⁎ut w sluchawce)

Doslownie 10 sec pozniej widze ja w drzwiach , gdzie wsciekla zaczyna krzyczec ze jak ja ten zly i okropny moglem pozwolic jej sie tak martwic xD Ze moglbym chociaz do toalety pojsc lub jakos inaczej dac znac ze jestem xd.

Kurtyna.

Czasowo to wygladalo jakos tak ze ja wroilem o 19 z psem, ona pewnie przed 20. Przepraszanie (ciezko szlo bo jednak lekko mialem beke z tego ) do 22:30.
   

Pokaż więcej komentarzy (34)

Lider

w Hydepark

16piorunów

Poczułem się wczoraj jak na szwedzkim wycieczkowcu, a to tylko wizyta w meblowym ze Szwecji.
Po zrobionych zakupach poczułem, że potwór pragnie opuścić jaskinię. Udałem się do przybytku wytchnienia, a nad sedesem karteczka z napisem w stylu: "Brak spłuczki? Tak ma być. Nowoczesny system pomaga oszczędzać wodę."
Fajnie, gniazdo uwite, spodnie w dół, sempiterna posadzona. Nagle... Szluuuussss.
Super uczucie bulwo. Dobra, kontynuuję.
Skończyłem.
Sięgam po papier.
Chluuuup.
Aaaaaa... Znowu.
Wycieram. Wstaję.
Cisza.
Gówno nie spłukuje się.
Odczyniam taniec przywołania deszczu przed czujnikiem.
Elektroniczny bóg nie jest usatysfakcjonowany.
Próbuję na informatyka.
Siadam.
Wstaję.
...
Nic.

Upokorzony umykam chyłkiem, pozostawiając za sobą pomnik trwalszy od spiżu i unikając sprzątaczek.
Po głowie odbija mi się echo "titta, tittaa...".

Profit? D⁎⁎a umyta.

   

Pokaż więcej komentarzy (8)

Specjalista

w Hydepark

19piorunów

Cześć Tomeczki! Czas w końcu coś zapostować xd Chciałbym podzielić się z wami historią której “manuskrypt” znalazłem podczas sprzątania kompa xd Wrzucałem już ją w okolicach 2019 na forum o łopatach i mam nawet autorski tag xd

Niestety mode z grupą inwalidzką usunął mój wpis po tym jak wisiał w gorących przez kilka godzin, zanim mogłem przeczytać komentarze, prawdopodobnie za nazwanie czytelnków małymi kurwiami xd, nie wiem, bo odwołanie zostało odrzucone bez komentarza xd 
Zniechęciło mnie to do dalszego pisania i opuściłem projekt. Teraz znalazłem “manuskrypt”, nostalgłem i zachciało mi się znowu pisać. Poprawiłem błędy i rozszerzyłem trochę część pierwszą.

Tag do obserwowania -------> <-------

Dobra, koniec pierdolenia, siadajcie małe k⁎⁎⁎ie, stori tajm:

AKT I: Anon jestę xd

Jak miałem 14 lat, rodzice wysłali mnie na obóz na mazurach z MOPSu, bo zaplanowali wakacje oł inkliziw w Grecji, ale “Anon co ty tam będziesz robił z nami starymi, lepiej pojedziesz sobie z rówieśnikami na mazury” iks k⁎⁎wa de.

Ogólnie, jak możecie sobie wyobrazić, nie byłem zbyt zadowolony xD

W dniu wyjazdu po prostu odstawili mnie na stacji kolejowej i spierdolili na lotnisko xd

Na stacji powitał mnie widok około 30 osób, w większości podopiecznych MOPSu i opiekunki wyglądającej jakby uciekła z peerelowskiego urzędu xd, dalej zwanej prukwą. W tym “doborowym” gronie spotkałem również Matiego, którego kojarzyłem że szkoły. Mati był lokalnym bananem, jego stary był dyrektorem spółdzielni mieszkaniowej xd. Podobnie jak mnie, starzy wyjebali go na gunwokolonię, a sami wypierdolili na wakacje w ciepłych krajach. W swoim krótkim bananowym życiu zdążył już zdobyć reputację mistrza bajery, j⁎⁎⁎ny oskarek co dwa tygodnie miał inną loszke xd 
Nawet teraz na peronie bajerował dwie du⁎⁎⁎⁎ki z grupy. 
Poza Matim na peronie siedział Szymon, zwany Rudym, którego znałem z klasy. Rudy jak można się domyślić był rudy. Był również co najmniej o pół głowy niższy od rówieśników, chorował na astmę i większość czasu spędzał piwnicząc na czanach lub grając na PSP. Mimo lekkiego spierdolenia w kontaktach międzyludzkich był nawet spoko ziomkiem, dawał mi grać w patapony xd (tbh na 99% siedzi dzisiaj na wypokke, elo rudy xd)

Zerknąłem w stronę patusiarzy. 
Grupa Sebków kitrała się za filarem z jedną fajką na czterech, ktoś otworzył zajebane staremu piwo, a w powietrzu unosiła się woń żula leczącego kaca na ławce. Karynki pokazywały palcami na skromnie ubraną dziewczynę i chichotały tak jak chichotać mogą tylko osoby o ujemnym ilorazie inteligencji, a Rudy, jak to Rudy, siedział na torbie i grał na PSP. 
Na chwilę zatrzymałem wzrok na jednym z moich towarzyszy podróży. Miał na sobie czapeczkę z napisem “Sebastian Alfa” (xddd), kamizelkę odblaskową i nie przesadzam, był szerszy niż wyższy. Poza tym, niemożebnie się ślinił i po twarzy widać było, że jest lekko upośledzony. Gdy zaczął grzebać sobie w nosie, zdegustowany odwróciłem wzrok i zapatrzyłem się na d⁎⁎ę jakiegoś milfa. Fajna była.

Nagle, na peronie rozbrzmiał ryk zarzynanej świni albo jakiegoś k⁎⁎wa pterodaktyla. Odwracam głowę, a tam Seba biegnie w stronę automatu ze słodyczami, stojącego na środku peronu.

Wyobraźcie sobie tucznika, biegnącego, wydającego z siebie coś w stylu:
> Cubukiłebełełki jabałabadaba wubudubudu
Teraz wyobraźcie sobie, że ten tucznik wyskakuje i wpierdala się w automat z cukierkami.

Automat tak bardzo rozjebany, leży na ziemi. Seba trochę mniej rozjebany, leży na automacie i liże szybę. Prukwa tak bardzo wyjebane jajca, sudoku się samo przecież nie rozwiąże xd
Podlatuje ochrona dworca, w czterech chłopa próbują odciągnąć spaślaka od automatu. Bezskutecznie. J⁎⁎⁎ny był tak ciężki, że czterech k⁎⁎wa karków nie mogło go podnieść xDDD
W końcu, prukwa ogarnęła, że sebie odpierdoliło i po jakimś czasie udało się jej przekonać go batonem czekoladowym do zaprzestania napaści seksualnej na automat. Uprzedzam, to nie ostatnia akcja z jego udziałem xd

Gdy już sytuacja się trochę uspokoiła, wszyscy wrócili do swoich zajęć. Rudy wrócił do grania na PSP, seby odpierdalały jakiś szajs, Karyny dalej chichotały jak chochliki, a ja poszedłem do Matiego i loszek.

> Elo Mati skurwysynie, elo k⁎⁎wa sexi świnie xd
> Elo elo trzy dwa zero xd
> Co tam lochy? Anon jestę xd
> A nic hihihihihi jestem Ola
> A ja Klaudia knurze xdd

Ola była nawet ładna, w moim typie, poza tym łapała się na moją (wtedy mocno średnią) bajerę. Mati puścił mi oko i skoncentrował się na Klaudii. Od tego momentu wiedziałem, że mogę na nim polegać, prawie dziesięć lat minęło a ja zawdzięczam mu około połowy moich sukcesów xd Wingman tysiąclecia, mówię wam.
Rozmowa z matim i loszkami jakoś poprawiła mi humor i nim się obejrzałem, nadjechał pociąg.  Cały wyjazd przestał śmierdzieć niedomytymi dziećmi patologii, a za⁎⁎⁎ał perfumami prukwy (smrut niemożebny, chyba pryskała się kourosem xd wiedzo), która stanęła koło nas i krzyknęła:

> GRUPAAA ZBIÓRKAAA! Wsiadamy!

Co wydarzy się w pociągu? Tego dowiecie się w akcie drugim pt. CIUFA CIUFA BUM ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Do zobaczenia w następnym wpisie!

będzie jak skończę pisać drugą część za jakieś dwa, może trzy dni xd

      

Pokaż więcej komentarzy (8)

Gruba ryba

w Historia

6piorunów

DRAMAT w AUSTRALII. Co się stało? Kto przeżył? Niesamowita historia słynnego wyścigu

To jedna z najciekawszych historii, jakie znam. Australia ma reputację kontynentu bardzo niebezpiecznego i ta opowieść to potwierdza. Wiem że takie znaleziska nie są popularne ale liczę że ta wciągająca historia spodoba się kilku z was bo mimo ze długa to jest niesamowicie ciekawa. #historia

Gruba ryba

w Hydepark

151piorunów

po północy potrafi zaskoczyć.

Nie mogłem spać, zachciało mi się piwka, więc pojechałem do całodobowej Asdy. Dojechałem do sklepu, było po drugiej w nocy. Koło wejścia widzę czwórkę młodych, typowe brytyjskie chavs, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wyglądali na zmęczonych i zdesperowanych. Ich lider wszedł do sklepu przede mną i coś zagadał do ochrony, ja poszedłem dalej. Kupiłem piwko i chleb, żeby nie było, że jestem alkoholikiem. Jak chodziłem między alejkami, to widziałem jak ten lider zespołu zagaduje do ludzi, ale każdy odstawiał go z kwitkiem, więc skierował się do wyjścia. Wychodzę ze sklepu i słyszę "przepraszam, mam taką sprawę..." i na przeciwko mnie stanął on albo ona, nie wiem. Z 185cm wzrostu, przy kości, okrągła twarz, workowate ciuchy, tatuaże domowej roboty na dłoniach i szyi, fryzura na żołnierza i bardzo dziewczęcy głos. Albo bardzo kobiecy facet, albo męska kobieta, albo wyrośnięty czternastolatek, nie wiem. "Utknęliśmy tutaj, mamy gotówkę, ale telefony nam się rozładowały i nie możemy zamówić Ubera. Musimy dostać się do Premier Inn koło lotniska i nie mamy jak. Godzinę już tu siedzimy, zgadujemy do ludzi, ale każdy nas olewa. Nie wiemy co robić dalej". Myślę, myślę, jedna połowa mówi "zadźgają cię jak ich podwieziesz", a druga "j⁎⁎ać to". Ich historia się kupy nie trzyma, ale posłuchałem tej drugiej strony i powiedziałem "spoko, wskakujcie". Wyrośnięty nastolatek zaczął dziękować, zawołał resztę, podobno jego rodzina. Pyta ile wezmę za kurs, odpowiedziałem żeby dał spokój, bo to tylko 10 minut jazdy i mam prawie po drodze. Wszyscy zaczęli dziękować - "rzadko można spotkać takich jak ty, wszyscy się boją". Odpowiedziałem szczerze "bo wyglądacie jak zakapiory". Trójka usiadła z tyłu, jeden młody, jedna młoda i ten bydlak nastolatek. Obok mnie usiadł ziomek, wtedy zobaczyłem jego tatuaże na twarzy. Jakieś pioruny, odwrócone krzyże, złamane serce, jakieś napisy. Kuźwa, na pewno mnie zadźgają. Jedziemy 5 minut, cisza, nagle ktoś się odzywa z tyłu. "Na pewno nie chcesz pieniędzy?". Nie, spoko, mam prawie po drodze. "To może ci obciągnąć?" 😂 Nie, dzięki, późno jest, chcę do domciu i pod kołderkę. Cały czas czekałem aż ktoś mi przyłoży nóż do gardła, ale się nie doczekałem. Dojechaliśmy do celu, ludzie podziękowali i wysiedli. Ziomek z brudnopisem na twarzy sięgnął do portfela, wyciągnął banknot i zostawił na fotelu pasażera, mimo moich sprzeciwów. Jeszcze życzyli mi dobrej nocy i miłych snów. Dojeżdżam do domu, zgarnąłem banknot, patrzę a tu £100 (2x£50). Dafuq?

Czasem warto wykonać dobry uczynek, nawet jeśli logika podpowiada, żeby tego nie robić. Nawet jeśli jest się posranym, jak ja tej nocy.

Koneser3piorunów

W każdym sklepie darmowo dzwonią po taxi każdemu kto chce, zwłaszcza w Asda.. a oni z kasą od godziny stoją.. coś mi tu śmierdzi, do tego banknoty £50? Albo odleciałeś totalnie po tych piwkach, albo serio minąłeś się z życiem..

Pokaż więcej komentarzy (40)

Osobistość

w Dyskusje

45piorunów

Przeczytałem dzisiaj info o tym, że błędy lekarskie są częstą przyczyną zgonów. I przypomniało mi się parę rzeczy. Powiedzcie, co taka osoba jak ja ma myśleć o służbie zdrowia.

1. Lekarze w klinice we Wrocławiu, po wykonaniu drobnego zabiegu, wypisali błędną receptę na zastrzyki dla mojej małej córki (wówczas 1 roczek), przez co dostała lek, który spowodował całkowity zanik krzepliwości krwi. Córka, która dopiero nauczyła się chodzić biegała na podwórku i w domu. Gdyby się mocniej uderzyła (co jest codziennością u takiego malucha), to dostałaby wylewu wewnętrznego, albo krwotoku, którego nie można zatrzymać. Umarłaby na moich rękach z powodu leku, który jej z żoną podawałem. Czujecie kaliber tej sprawy? Tylko moja i mojej zony czujność sprawiła, że zaniepokojeni lekiem skonsultowaliśmy się z zaprzyjaźnioną pielęgniarką, która natychmiast skierowała nas do szpitala. Okazało się, że jest konieczność ratowania życia dziecka na OIOM. Tylko jakimś cudem moja córka przeżyła. Lekarze i pielęgniarki wręcz zamarli z przerażenia i dopóki córce nie wyrównali krzepliwości nikt nie odchodził od łóżka w szpitalu, ponieważ lek, który podano, żeby ją ratować był bardzo niebezpieczny i zwiększając krzepliwość mógł również doprowadzić do śmierci dziecka. Jak usypiam wieczorem córkę, to nieraz łzy mi się cisną do oczu i serce mi ściska na myśl, że mogłem ją stracić. Przez tych #'$@# ze służby "zdrowia".
2. Kilka miesięcy wcześniej lekarze nieomal doprowadzili do śmierci mojej mamy całkowicie źle diagnozując i "lecząc" ją na różne rzeczy metoda losowania, np. kręgosłup, a jak to nie pomagało, to na inne rzeczy, nawet na depresję xD, bo nie rozumieli dlaczego mama była taka słaba, bez energii. Na zasadzie "jak nie ma siły, to może kręgosłup? Albo może depresja?" Mama miała wykonane wszystkie możliwe badania, rezonanse, prześwietlenia, tomografy, krew, itd. itp. Jeździła do lekarzy i klinik na terenie połowy województwa. Ale lekarze bawili się w losowanie, bo nie umieli odczytać wyników (jak się później okazało wyniki jaskrawo pokazywały przyczynę, ale lekarze nie umieli jej odczytać). Poziom kortyzolu mamy był tak niski, że mama dosłownie umierała, przestała się odzywać i ruszać, więc tata wezwał pogotowie. Karetka zabrała ją do szpitala na sygnale i zastrzykami ją ratowali. Dopiero mój tata douczył się przez internet i zdiagnozował moją mamę, a następnie udał się 400 km do Warszawy do lekarza, który potrafił odczytać prześwietlenia i badania krwi. W ten sposób mamę uratowano, choć jest w bardzo złym stanie i wciąż walczy o zdrowie i życie.
3. Kilka lat wcześniej mojej nastoletniej siostrze endokrynolog wypisywał przez kilka miesięcy leki, ale wyniki wciąż się pogarszały. Dopiero mój tata dotyczył się w internecie i poinformował endokrynolożkę, że podaje odwrotne leki, które działały w drugą stronę... Lekarka pobladła z przerażenia, przepraszała itd. bo wiedziała, że zniszczyła siostee tarczycę. Co za straszliwa, porażająca niekompetencja lekarza "specjalisty". Z tego powodu moja siostra ma zdewastowana tarczycę i do końca życia musi brać leki. musiał tata jeździć 50 km do innego endokrynologa, który również nie był zbytnio rozgarnięty, ale przynajmniej wypisywał prawidło leki.

To tylko kilka przykładów. Więcej pisać nie będę. Ja również mam swoje historie, po których mogłem doznać poważnego uszczerbku na zdrowiu lub nawet przez pracowników służby "zdrowia". Szkoda słów....

Gruba ryba7piorunów

Najczęściej jak człowiek samodzielnie zrobi sobie poszukiwania w necie opisu i przyczyn choroby, to lekarz będzie miał mu conajmniej za złe "odbieranie mu" pracy. Są też tacy to potrafią nakrzyczeć na pacjenta za takie "niefajne" zachowanie.

Twórca6piorunów

Kiedyś, 3 tygodnie po operacji wyleciała mi z brzucha zszywka xD Przez to się rana jątrzyła i nie chciała goić

Pokaż więcej komentarzy (38)