Mam takiego znajomego, poznałem go przypadkiem jak chciał żeby mu w domu wymienić klimatyzację a żadna firma nie chciała się tego podjąć (stara klima była na innym czynniku, niekompatybilnym z aktualnymi), a ja jako jedyny się zgodziłem. Facet milioner, wielka chałupa z basenem, dobre samochody, opowiadał jakie to on interesy robi i kogo nie zna. Ja mu opowiedziałem o swoim nowym pomyśle na taki poboczny biznes, on się strasznie napalił, że chce w to wejść, że da kasę.
Nie powiem, byłem oczarowany tą znajomością. Poczułem się jakbym wygrał dragons den. Facet był baaardzo dziwny, ale może tak trzeba być aby zrobić wielką kasę?
Wszedłem w tą spółkę i się zaczęło... Okazało się że facet ma ego wielkości galaktyki, ale umiejętności robienia biznesu niewielkie. Pieniądze dostał od mamy w formie działki, którą sprzedał za prawie 20 milionów złotych i kolejne lata mijały mu na traceniu kolejnych milionów na interesy które miały dać 100-200% rocznie zysku.
Każdy normalny szarak jakby mu się trafiła taka kasa to by zainwestował w coś bezpiecznego i żył z odsetek, albo by mu odjebało i wszystko by w parę lat przetrwonił na przyjemności, ale on musiał sobie i mamie udowodnić że jest godzien i że potrafi zarabiać duże pieniądze. No cóż, nie potrafi. Każda kolejna inwestycja to stracone kolejne setki tysiecy lub miliony zł...
Ze spółki z nim się wykręciłem, na szczęście w zgodzie i bez strat finansowych.
Ale piszę Wam tą historię nie tylko po to aby pokazać jak ktoś ogarnięty kompleksami i chęcią udowodnienia sobie i innym swojej wartości, przepierdala miliony. Sens jest inny, bo dopiero niedawno, po roku od zaprzestania z nim spółki, zdałem sobie sprawę że w swojej firmie robię podobnie. Gonię za wielkimi kontraktami, gdzie zawsze wszyscy wszystkich próbują przeruchać na kasę, zyski nigdy nie są tak duże jak się zakładało, a problemy zawsze większe, próbując sobie i światu udowodnić jak to ja potrafię robić wielkie biznesy... Na małych dobrze zarabiałem, a na wielkich zwykle była strata lub blisko zera.
I po co to? Chyba czas się wyleczyć z kompleksów, pogodzić się że się jest małym żuczkiem gnojarkiem toczącym swoją kulkę aż do śmierci i przestać się rzucać.
Tyle lat śmiałem się z niego a nie widziałem że robię praktycznie tak samo...
Czy to jest ta przeklęta starość, gdy przestajemy marzyć, a godzimy się z tym gdzie i kim jesteśmy, że wyżej już nie podskoczymy i nawet przestajemy próbować, bo ryzyko utraty tego co już mamy jest zbyt wielkie, a szanse sukcesu coraz mniejsze?
#gownowpis