Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#bookmeter

Mocarz

w Książki

27piorunów

191 + 1 = 192

Tytuł: Uciekłam z arabskiego burdelu

Autor: Laila Shukri

Kategoria: literatura obyczajowa, romans

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Format: książka papierowa

Liczba stron: 368

Ocena: 7/10

Ciąg dalszy "przygód" dziewczyny, która została sprzedana jako prostytutka.

Na początku książki autorka streszcza co się działo w pierwszej części, więc jeśli czytelnik weźmie się od razu za tą część nie będzie zbytnio pogubiony.

W tym tomie nie ma w ogóle wzmianki o autorce tych książek, co ją różni od pierwszej części.
Niektóre opisy w książce są dość "mocne", sceny, których nawet nie idzie sobie wyobrazić. Prawda przeplatana z fikcją. A może jednak czysta prawda? My możemy tylko się zastanawiać.

Fanatyk

w Książki

27piorunów

190 + 1 = 191

Tytuł: Rytm Wojny część 2

Autor: Brandon Sanderson

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

Format: e-book

ISBN: 9788366712454

Liczba stron: 624

Ocena: 10/10

Męczy mnie brak możliwości oznaczania fragmentów jako spojlery na Hejto. Bo w zasadzie do omówienia tej części (jak i większości poprzednich) trzeba użyć konkretów, a nie ogólności. W ogólności mogę powiedzieć, że pochłonąłem tę część jeszcze szybciej niż tom 1, trochę ciesząc się książką, trochę czekając na straszenie kolejną częścią (której 1 tom już w tym momencie mam skończony od kilku dni).

Może też powinienem robić relacje w momencie ukończenia książki, wówczas moje ogólniki byłyby na pewno lepsze, ale tę akurat kończyłem w trakcie urlopu, a to nie była pora na robienie notatek.

Jeśli dotarłeś(aś) do Rytmu Wojny, to trzeba już dokończyć. Pojawią się nowe zagadki, ale powoli dostajemy też coraz więcej odpowiedzi. Przyznam, że o ile Słowa Światłości i Dawca Przysięgi troszeńkę przymuliły akcję, zostawiając za dużo pytań, o tyle RW jest dużo przyjemniejszy w odbiorze.

Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Hydepark

25piorunów

189 + 1 = 190

Tytuł: Ostrze Tyshalle'a, część 2

Autor: Matthew Woodring Stover

Kategoria: fantasy, science fiction

Liczba stron: 496

Ocena: 8/10

Książka świetna, serio.

Ale...

W porównaniu do poprzednich robi się trochę dziwna. Najpierw pojawiają się wątki które wyglądają jakby autor miał udar, i one potem są wyjaśniane w jakiś tam sposób, czasem nawet przekonujący! Ale co wymęczyły to nie oddadzą.

Ale za to końcówka podobnie dokokszona jak poprzednie książki, zawiązuje ładnie wątki, trzyba w napięciu ale i jest satysfakcjonująca.

Fabuła i akcja świetnie ale po prostu za dużo jakiejś metafizyki dziwnej. Ja prosty człowiek.

Gruba ryba

w Książki

28piorunów

188 + 1 = 189

Tytuł: Wzlot Persepolis

Autor: James S.A. Corey

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MAG

Format: książka papierowa

Liczba stron: 576

Ocena: 7/10

Siódmy tom cyklu Expanse znienacka przenosi akcję o 30 lat do przodu. Jak łatwo się domyślić nasi bohaterowie są już starzy i część z nich marzy już o emeryturze. Tymczasem role się odwracają i Lakonia, kolonia stworzona przez zbuntowane frakcje marsjańskiej armii na jednym z 1300 nowych światów, wykorzystując nowe technologie bazujące na artefaktach pozostawionych przez twórców protomolekuły, rozpoczyna inwazję na Układ Słoneczny.

Jakby tak tę książkę sprowadzić na ziemię i odrzeć z technologii, to w znacznej mierze przypominałaby jakąś opowieść z czasów II wojny światowej dotyczącą okupacji i działań dywersyjnych podziemia. Natomiast mniej więcej w ⅔ książki akcja zaczyna nabierać tempa jak lokomotywa i pod koniec staje się tak emocjonująca, że chce się już dokończyć za jednym posiedzeniem. Ponadto autorom udało się bardzo fajnie zagrać niektórymi bohaterami, ich słabościami i mocnymi stronami, przez co zyskali na autentyczności. Zakończenie oczywiście pozostaje otwarte, więc bez wahania chwytam za tom 8.

- space opera z prawdziwego zdarzenia - jeszcze jak!

GURU3piorunów

Niestety od zamknięcia rozdziału z wolną flotą seria zaczęła zmierzać w złym kierunku. Akcja nie wciąga już tak, postacie nie są tak ciekawe i największy grzech - stała się bardziej fiction niż science, co tak bardzo lubiłem w pierwszych arcach

Gruba ryba0piorunów

@sireplama wolna flota to była jedna wielka dziura w logice: ej chodźcie zniszczymy jedyne źródło materiału biologicznego, co złego może się stać

GURU0piorunów

@saradonin_redux była Ganimedes, Europa no i stacje ogarniały się jakoś recyklingiem.

Pokaż więcej komentarzy (3)

Fenomen

w Hydepark

21piorunów

187 + 1 = 188

Tytuł: W masce i bez maski. Wywiad polski na wychodźstwie w czasie II wojny światowej

Autor: Władysław Bułhak

Kategoria: historyczna, popularnonaukowa

Wydawnictwo: Instytut Pamięci Narodowej

Format: papierowa

ISBN: 978-83-8376-659-1

Liczba stron: 415

Ocena: 8/10

Zazwyczaj do książek wydawanych przez IPN podchodzę ostrożnie. Opracowania naukowe jeszcze dają radę, ale wydawnictwa popularnonaukowe to w dużej mierze publikacje, gdzie wyklęty na misiu Wojtku pogania drugiego wyklętego. IPN uczestnicząc w wojenkach politycznych i sprowadzając historię współczesnej do ściery bardzo zaszkodziło. Tym razem biorąc książkę do ręki byłem spokojny i z grusza domyślałem się, że dostanę do ręki rzetelne opracowanie, co do którego nie będę miał zastrzeżeń. Cóż, miałem przyjemność w zeszłym roku poznać autora książki, więc dodatkowej rekomendacji nie potrzebowałem.

To popularnonaukowe opracowanie stanowi syntezę dziejów wywiadu polskiego na wychodźstwie podczas II wojny światowej. Książka jest adresowana do szerokiego grona odbiorców, ale jej poziom jest na tyle wysoki, że w zasadzie dobrze sprawdzi się jako podręcznik akademicki. Autor wykonał sporą pracę, porządkując dotychczasowy stan i uzupełniając go o swoje własne badania (m.in. na temat Kazimierza Leskiego "Bradla", który w naszej popkulturze zapisał się jako szpieg w mundurze generała niemieckiego, podczas gdy faktycznie ubarwiał swoje historie). W pojedynczych miejscach autor pozwala sobie przedstawić swoje stanowisko wobec danej sprawy. Nie jest bezkrytyczny wobec polskiego wywiadu, gdy trzeba zwraca uwagę, że nasz wywiad był słabo dofinansowany, a część wywiadowców popełniała błędy.

Książka jest dobrze wydana, IPN przy wielu moich zastrzeżeniach ma tego plusa, że potrafi umieścić przypisy w prawidłowym miejscu, to jest na dole strony, a nie na sam koniec, by czytelnika nie przerażać.

Lider

w Książki

30piorunów

186 + 1 = 187

Tytuł: Głowa Kasandry

Autor: Marek Baraniecki

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: superNOWA

Format: e-book

Liczba stron: 411

Ocena: 6/10

Tym razem klasyczek, którego nigdy nie czytałem.

"Głowa Kasandry" to dla mnie książka, która ma w sobie świetny rdzeń pomysłów, ale forma raz po raz podcina jej skrzydła. Najmocniej działa tu wizja technologii jako systemu-trybunału: czegoś, co nie tylko pomaga ludziom przetrwać, ale wręcz przejmuje prawo do decyzji o przyszłości świata. Kiedy autor wchodzi w ton moralnego dylematu (kto ma nacisnąć przycisk, kto ma decydować za gatunek), robi się gęsto i naprawdę nieprzyjemnie - w dobrym sensie.

Problem w tym, że całość jest dla mnie nierówna. Widać, że książka składa się z opowiadań, które mają różną energię: "Głowa Kasandry" ciągnie całość w górę, bo ma najbardziej nośną stawkę i klimat postkatastroficzny, ale pozostałe części potrafią brzmieć jak szkice/warianty tej samej tezy: technologia wymyka się z rąk, człowiek zostaje wepchnięty w role, a reguły gry są ustawione przeciwko niemu. Czasem wchodzi też trochę technicznej ekspozycji (wyjaśnianie mechanizmów, procedur, parametrów), która spowalnia i osłabia emocjonalny ciężar scen.

Najbardziej zapamiętałem z tej książki nie bohaterów, tylko uczucie osaczenia przez logikę systemu i to jest jej siła. Tyle że jako czytelnik chciałbym, żeby ta siła przekładała się na bardziej satysfakcjonującą narrację: głębsze postacie, mocniejsze domknięcia i mniej wrażenia, że autor czasem bardziej opowiada o idei niż pozwala jej wybrzmieć w fabule.

Mocny koncept "Kasandry" i etyczny ciężar decyzji z gęstym klimatem SF z nutą paranoi i systemowej grozy. Do tego obraz świata po katastrofie, który ma konsekwencje (a nie jest tylko dekoracją). Ale całość obniża nierówność segmentów i wrażenie patchworku, a bohaterowie częściej są nośnikami idei niż pełnoprawnymi postaciami. A na dokładkę miejscami autor zbyt „techniczne” tłumaczy świat kosztem spowalniania i obniżania napięcia.

Osobisty licznik: 22/128

(22/25) - pole 9 - Klasyk fantasy, którego nie przeczytałeś

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Gruba ryba2piorunów

Mnie sie podobalo, ale d⁎⁎y nie urywa. Generalnie bylem troche zawiedziony

Lider0piorunów

@kopytakonia ja też jestem, bo zapowidało się na prawdę nieźle i to nie tak, że bawiłem się źle bo mi się podobała, ale momentami czułem się jak na wykładzie

Gruba ryba1piorunów

Głowa była fajna, dobry klimat na kilku odcinkowy serial. Reszty opowiadań w ogóle nie pamiętam

Pokaż więcej komentarzy (5)

Mistrz

w Książki

44piorunów

185 + 1 = 186

Tytuł: Historia kobiet w 101 przedmiotach

Autor: Annabelle Hirsch

Kategoria: historia

Wydawnictwo: Słowo/obraz terytoria

Format: książka papierowa

Liczba stron: 432

Ocena: 6/10

Link do LubimyCzytać: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5210377/historia-kobiet-w-101-przedmiotach

Zobaczyłam tę książkę w katalogu nowości w bibliotece i zainteresował mnie format. Dałam się trochę zbaitować.

Przedmioty, które dobrała autorka, służą jako ilustracja do opisu historii kobiet i ich miejsca w społeczeństwie na przestrzeni lat. Zaczynamy od prehistorii, kończymy zaś na współczesności. Każdy przedmiot przedstawiony jest na czarno-białym zdjęciu (minus, bo autorka czasem mówi o detalach i barwach, których nie widzimy) i poświęcone są mu około 2,5-3 strony tekstu.

I o ile do doboru opisywanych przedmiotów (których w większości nie znałam) i opisania ich historii — a wraz z nią historii kobiet — nie mogę się przyczepić, to, niestety, ta książka ma tę samą wadę, co wiele innych książek z historią kobiet w tle. Autorka rzuca w niej bardzo "zaczepnymi" i tendencyjnymi zdaniami. Bo hurr durr mężczyźni źli, a kobiety uciskane hurr durr. Zawsze sięgając po tego typu książkę mam nadzieję, że tym razem tak nie będzie, i zawsze się zawodzę. Mimo dobrych zamiarów autorki, ma to zupełnie odwrotne działanie, odbiera to przyjemność z czytania i nie mogę z czystym sercem polecić tej pozycji.

Ciekawostka z książki na osłodę: "Przygody Tomka Sawyera" Marka Twaina były pierwszą książką napisaną w całości na maszynie.

Prywatny licznik (od początku roku): 6/52

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Fanatyk16piorunów

@Wrzoo "hurr durr mężczyźni źli, a kobiety uciskane hurr durr" to jest faktycznie bolączka większości książek na ten temat. Zresztą podobnie jest z tematyką rasizmu. Zawsze uciskani czarni i biali jako potwory żądne krwi, gwałtu i gotowi wieszać na szubienicach. Obiektywizm takich pozycji bardzo na tym traci.

Fenomen5piorunów

Komentarz usunięty przez moderatora

Mistrz8piorunów

@WatluszPierwszy wydaje mi się, że przy odrobinie wysiłku dałoby się przedstawić te nierówności mniej polaryzująco, ale autorzy raczej wybierają to drugie podejście, bo główni odbiorcy ich książek tego oczekują…

Fanatyk2piorunów

@Wrzoo stąd mam problem np z "Chłopkami". Rozumiem, że ta książka pokazuje, że tak to ujmę, pewien problem i mówi o konkretnej grupie społecznej, ale jazda na "złych facetów" jest tam tak bijąca w oczy, że nie daję rady czytać takich pozycji.

Fenomen2piorunów

@Vampiress Nawet nie pod polityczną agendę. Po prostu takie książki dobrze się sprzedają.

Fenomen1piorunów

Komentarz usunięty przez moderatora

Fenomen2piorunów

@Vampiress Częściowo się zgodzę z tobą, niektóre tytuły są promowane przez lewicowych publicystów, którzy po prostu chcą podkreślić, jak to kobiety były pomijane w historii. Ale spory udział książek o kobietach to po prostu komercyjna pulpa, która ma zainteresować przeciętną czytelniczkę, której nie zależy na rzetelności tylko sensacji. Mam wrażenie, że podchodzisz do tematu na gorąco właśnie przez politykę.

Dodam tylko, że trochę tej "herstorii" miałem w dłoniach i w ciągu ostatnich dwóch lat przeczytałem tylko jedną książkę z tej kategorii, którą mógłbym z czystym sumieniem polecić. Nie winie jednak wyłącznie autorów książek o historii kobiet (autorów, bo znam co najmniej jednego mężczyznę wpisującego się w tę serię). Herstoria jest po prostu jednym z wielu gatunków literackich, które w polskiej literaturze charakteryzują się niską jakością 😒

Fenomen5piorunów

Komentarz usunięty przez moderatora

Fanatyk4piorunów

@Vampiress btw chłopki mam i muszę przeczytać choćby dla weryfikacji, bo sama jestem chłopskiego pochodzenia z obu stron. Życie kobiet na wsi znam z autopsji i z opowieści. Jestem ciekawa jak książka ma się do moich osobistych doświadczeń i historii mojego rodu

Fanatyk3piorunów

@Kaligula_Minus to chyba zależy od rodziny właśnie. Moja żona czytała, zweryfikowała z opowieściami mamy i babci a nawet częściowo z własnymi doświadczeniami i sporo się zgadzało. Ja z kolei mam ze strony obojga rodziców pochodzenie wiejskie a doświadczenia diametralnie odmienne.

Mistrz3piorunów

@WatluszPierwszy mam podobne doswiadczenia z tą książką, co Twoja żona, dlatego dobrze mi się ją czytało. Ale ciekawe, że u Ciebie tak zupełnie odmiennie to wyglądało.

Fanatyk3piorunów

@Wrzoo mi się wydaje, że jak mówiłem, kwestia rodziny. U mojego ojca było mocne parcie, żeby dzieci się wyrwały z wiejskiego środowiska, żeby nie miały tak, jak rodzice. Dlatego np. mój dziadek był pchany w wykształcenie (co się udało). U mamy to samo i już moi pradziadkowie mocno stawiali na to, by dzieci "poszły w świat". Natomiast jakie konkretnie było podłoże takiego podejścia, tego nie wiem.

Z kolei u mojej żony, to było "zostań na gospodarce" i traktowanie dzieci jak darmowej siły roboczej. Dziewczyna miała wyjść za bogatego i obrotnego, a że go nie kochała to trudno. Żadna nie kocha i tak jest jak świat światem.

Fanatyk3piorunów

@WatluszPierwszy pozwolę sobie przytoczyć przykład mojej babci. Miała kilkoro rodzeństwa. Wszyscy chcieli wyrwać się i wyjechać do Torunia. Czemu tam? Nie wiem. Kiedyś moja babcia, będąca nastolatką, podsłuchała rozmowę rodziców. Mówili oni, że wszyscy wyjeżdżają a kto na gospodarstwie zostanie? Kto się nimi zajmie itp. w tym momencie Moja babcia podjęła ciężką decyzję by zostać. A reszta rodzeństwa się wyniosła do rzeczonego Torunia. Nie postawiła się, nie zbuntowała i choć z ciężkim sercem, to została. Tyrała na gospodarstwie jak wół, wygadana, obrotna i otwarta na ludzi. Ja się dziś zastanawiam, jak wyplatane są te motki naszych żywotów...

Fanatyk3piorunów

@Kaligula_Minus w kontekście Twojej historii, zawsze myślę, jakie potencjały ludzkie się marnują w ten sposób. Babcia "wygadana, obrotna i otwarta na ludzi" została na wsi. Gdyby pojechała do miasta... może osiągnęłaby więcej? Może rozwinęła się w jakiejś dziedzinie?

Fanatyk3piorunów

@WatluszPierwszy z tego co mi mówiono to wszyscy się "zaczepili" w tramwajach. Oczywiście, jak przyszły sprawy spadkowe to się wyjezdni pultali, jakie to majątki babcia dostała. Drewniany dom, ciężka charówa od rana do nocy i kult zapierdolu. Cały "majątek"... Uwielbiam takie historie rodzinne, gdzie najpierw wszyscy uciekają z biedy do miejskiego dobrobytu, a potem przy podziałach majątku hurr durr dej mje piniondze z tych hektarów co zes dostała!

Pokaż więcej komentarzy (16)

Osobistość

w Hydepark

29piorunów

184 + 1 = 185

Tytuł: Wojna służb. Racja stanu

Autor: Aleksander Wasilewski

Kategoria: kryminał, sensacja, thriller

Wydawnictwo: Spybook

Format: książka papierowa

ISBN: 978-83-941888-0-1

Liczba stron: 288

Ocena: 2/10

Katastrofa smoleńska ujęta w świecie political fiction, z naciskiem na fiction. Cała armia RP przeprowadza niemalże zamach stanu, by wbrew rozkazom ratować pojedynczego GROM-owca, który przeżył katastrofę xD Wszystko podlane wojną służb, podsłuchami, i krwawymi strzelaninami. Z naciskiem na bardzo szczegółowy opis doznanych obrażeń i krwawej miazgi.

Odnoszę wrażenie, że książka ta nie była z nikim konsultowana. Nieistniejące samoloty, nieistniejące sprzęty, zmyślone procedury, sztuczne i pełne patosu dialogi w samym środku walki. Obrzydliwa grafomania. Gdyby nie literówki i powtarzające się (!) błędy ortograficzne, dałbym sobie wmówić, że to książka napisana przez Groka, czy inne czatdżipiti. Autor nie istnieje, wydawnictwo wydało tylko tę jedną książkę xD

Kupiłem na szybkości w dworcowej księgarni, aby czymś zabić czas, czekając na spóźniony pociąg. 18 złotych wyrzucone w błoto. Nawet nie próbuję jej odsprzedawać na OLX, tylko leci od razu do pojemnika na odpady kartonowe.

Po raz ostatni sugerowałem się oceną na lubimyczytać xD

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Mistrz5piorunów

@efceka jak widzę książkę, która na LC ma ponad 1/4 ocen 10/10, to od razu potężnie śmierdzi xD I jeszcze te oceny 10/10 od użytkowników, którzy ocenili tylko tę jedną książkę xDDD

Lider

w Książki

32piorunów

181 + 1 = 182

Tytuł: Chiński obwarzanek. Od Tajwanu po Tybet, czyli jak Chiny tworzą imperium

Autor: Michał Lubina

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Szczeliny

Format: e-book

Liczba stron: 427

Ocena: 7/10

Świetny przewodnik po peryferiach i to dosłownie. Autor buduje opowieść na trafnej metaforze obwarzanka: ośrodek władzy w kontynentalnych Chinach i pierścień regionów, które Pekin musi stale doglądać, dyscyplinować albo uwodzić - od Tajwanu, przez Hongkong i Makau, po Tybet czy Mongolię Wewnętrzną. Dla mnie to porządny zestaw ciekawych informacji o historii, narzędziach wpływu i zmianach ostatnich dekad, podany w formie krótkich, esejowych rozdziałów.

Co w środku? Zamiast jednej tezy, rozbicie każdego z regionów na przypadki. Tajwan jako "najtrudniejszy orzech do zgryzienia", gdzie mieszają się presja militarna, ekonomiczna i informacyjna. Hongkong i Makau jako laboratoria formuły "jedno państwo, dwa systemy" i lekcja, jak szybko marchewka potrafi ustąpić kijowi. Tybet i Xinjiang - kolonizacja osadnicza, infrastruktura, kontrola religii i języka, techno-nadzór. Do tego peryferia zewnętrzne: Morze Południowochińskie, pas BRI - miejsca, gdzie obwarzanek rozciąga się poza granice. Autor sprawnie łączy historię z polityką tu i teraz, podrzuca smaczki, anegdoty, rysuje tło, a nie tylko aktualności.

Klarowny pomysł na całość (pierścień peryferii) i czytelna mapa pojęć, w której łatwo się odnaleźć. Dużo kontekstu historycznego, który wyjaśnia dzisiejsze decyzje Pekinu. Esejowy, ludzki styl - nie trzeba być sinologiem, żeby skumać mechanikę imperium. Brakuje jednak więcej głosów z peryferii (świadectw, cytatów, mikrohistorii, wywiadów) - momentami dominuje perspektywa politologiczna. Na zdecydowany plus jest to, że autor pofatygował się w każdy z rejonów osobiście i spędził tam trochę czasu, więc jest to po części wiedza od środka.

Osobisty licznik: 21/128

(21/25) - pole 15 - Reportaż o kraju, o którym wiedziałeś niewiele

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Fanatyk

w Książki

31piorunów

180 + 1 = 181

Tytuł: Lekarka więzienna

Autor: Amanda Brown

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: Feeria

Format: książka papierowa

Liczba stron: 320

Ocena: 7/10

Książka opisuje wspomnienia zawodowe lekarki psychiatry, która po latach pracy w zwykłej przychodni, trafiła do pracy w więzieniu.

Najpierw zakład poprawczy dla nastolatków, potem słynne więzienie Scrubs dla mężczyzn i na końcu największe europejskie więzienie dla kobiet Bronzefield, w którym znalazła swoje przeznaczenie.

Brown opisuje wiele ciężkich, nietypowych i inspirujących historii więźniów. Wydaje się być odpowiednią osobą na swoim stanowisku, nie oceniającą, przejmującą się losem swoich podopiecznych i niosącą im najlepszą możliwą pomoc. Nie jest niespodzianką, że większość skazanych samych jest ofiarami przestępstw, zaniedbań w dzieciństwie, chorych.

Dla wielu z nich więzienie w przeciwieństwie do wolności jest azylem, miejscem bezpiecznym, gdzie dostają potrzebną im opiekę oraz ochroną przed przemocowymi partnerami i narkotykami.

Mimo tragedii opisanych w tej książce, zakończyłam ją z poczuciem, że dla niektórych system zdaje się działać i więzienie okazuje się być tym przełomowym, dobrym początkiem.

Gruba ryba

w Hydepark

33piorunów

179 + 1 = 180

Tytuł: Ga Ga. Szpital

Autor: Piotr Szulkin

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Pomorze / RSW

Format: książka papierowa

Liczba stron: 222

Ocena: 9/10

Dwie nowele Szulkina w jednej książeczce. Tomik otwiera "Ga Ga - Chwała bohaterom". To rasowe, kosmiczne SF - przynajmniej tak się zaczyna.

"W XXI wieku ludzkość stała się tak bogata i szczęśliwa, że nikt już nie chciał obierać trudnego i ryzykownego zawodu kosmonauty. Dla zaspokojenia odwiecznego człowieczego pędu ku nowym, nieznanym światom znaleziono jednak rozwiązanie. Rozwiązanie społecznie wartościowe i moralnie nieobojętne. A oprócz tego tańsze od wysyłania w kosmos kosztownych automatów... I tak próżnia wypełniła się wysłannikami ludzkości przepełniającymi pełnym nadziei gwarem kosmiczne krążowniki penitencjarne."

W utworze śledzimy losy Scope'a, jednego z więźniów, który zostaje wysłany z misją odkrycia nowej planety i objęcia jej w imię wspólnoty narodów. Ląduje na planecie Australia-458, gdzie zostaje obwołany bohaterem i ugoszczony ze wszystkimi udogodnieniami. Szybko jednak okazuje się, że bohater w naszym i ich rozumieniu ma jednak zupełnie inne "obowiązki". Rewelacja, zarówno fabularnie jak i przede wszystkim pod względem klimatu. Utwór jest brudny, duszny i śmierdzący. Atmosfera rozkładu wylewa się z każdej strony, porywając czytelnika swoim turpizmem. Widać tu duże nawiązania do schyłku PRL, ustroju w którym wszyscy są szczęśliwi choć nic nie mają, ale z zachwytem patrzą na zachód. Pochłania się kolejne strony z zapartym tchem, coraz szerzej otwierając oczy ze zdumienia nad kolejnymi, coraz bardziej absurdalnymi i groteskowymi pomysłami autora. Wczoraj oglądaliśmy też z różową ekranizację (bardzo wierną książce a co za obsada!), różowa zerkając jednym okiem, stwierdziła że dla pełni doznań w sali kinowej powinni rozpylać lizol xD.

Jeżeli "Ga Ga" jest absurdalny i groteskowy to nie wiem jak określić "Szpital". Co tam się dzieje to głowa mała :smiley: czysta abstrakcja i surrealizm, po stronach ganiają się krasnale, Indianie budujący podkop i wieloryby popełniające rytualne samobójstwo. Zaczyna się w miarę niewinnie - w Wigilię sanitariusze zabierają do karetki pacjenta. Rychło się jednak okazuje że karetka zostaje wynajęta w charakterze obwoźnego wozu z mięsem, więc sanitariusze z naszym pacjentem muszą poczekać przed blokiem. Przymusowa przerwa staje się przyczynkiem do poznania szeregu rozmaitych dziwnych postaci i zgrubnego nakreślenia sytuacji ogólnej. Cechą wspólną z poprzednim utworem jest schyłek PRLu, choć tu klimat jest zupełnie inny, bardziej końca pewnej epoki, przepełniony oczekiwaniem na coś co musi się w końcu stać, choć nikt nie wie kiedy.

Była to szalona podróż, nie zapomnę jej nigdy. Zdecydowania warto zapoznać się z twórczością tego autora.

TYSIĄCE NÓG

MILIONY STÓP

A WSZYSTKO W JEDNYM BUCIE

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

GURU9piorunów

“MILIONY STÓP” przekonal ( ͡ʘ ͜ʖ ͡ʘ)

Specjalista10piorunów

Kiedyś oglądałem przypadkiem film (bo pewnie wybór był niewielki na dwóch kanałach). Powiem szczerze, że klimat pamiętam do dziś. Na pewno jakieś szaleństwo i zepsucie. Nie wiem dlaczego kojarzy mi się z PRL, czy tylko przez czasy w których powstał, czy też mentalność bohaterów.

https://www.filmweb.pl/film/Ga%2C+ga.+Chwa%C5%82a+bohaterom-1985-5768

Ga, ga. Chwała bohaterom | Film | 1985Ga, ga. Chwała bohaterom (1985) - Więzień Scope ląduje na Australii-458. Poznaje prostytutkę Once i zostaje wplątany w jej zaginięcie.Filmweb
Pokaż więcej komentarzy (3)

Mistrz

w Książki

42piorunów

178 + 1 = 179

Tytuł: Wczoraj byłaś zła na zielono

Autor: Eliza Kącka

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Karakter

Format: książka papierowa

ISBN: 9788368059151

Liczba stron: 288

Ocena: 5/10

Prywatny licznik: 1 + 1 = 2

Książka bynajmniej nie przeciętna, ale mimo wszystko w mojej ocenie ląduje właśnie w przeciętniactwie, co jest wypadkową kilku skrajności w mojej ocenie. Ale po kolei.

Książka jest autobiograficznym opisem przeżyć matki wychowującej neuroatypowe dziecko. Pewnie, że większość z nas tutaj jest nieco neutoatypowa, jednakże opisywane dziecko zdecydowanie wykracza poza to nasze standardowe "nieco". Autorka naprawdę dobrze oddaje swoje niemalże nieustanne zagubienie w próbie nadążenia za procesami myślowymi dziecka. Niby takie życie naznaczone było schematami, a nawet najmniejsze od nich odstępstwo kończyło się problemami (i to w najbardziej prozaicznych kwestiach, jak podróż do domu czy zakupy), ale również nie obywało się bez wyłamania się z tego schematu, i to w najmniej spodziewanym (i bez żadnej komunikacji ze strony dziecka) momencie. Niewiele jest w Polsce takich książek.

ALE. Choroba zdobywców polskich nagród literackich niestety ma się tutaj bardzo dobrze - książka jest absolutnie przepełniona niepotrzebnymi (moim zdaniem) wypełniaczami i bardziej skupia się na samej sobie niż na tym, co faktycznie ma do przekazania. O ile części skupione na wymianie zdań i próbę "nadążania" za tokiem myślenia dziecka czytało się naprawdę dobrze, tak fragmenty pokazujące przemyślenia autorki były po prostu okropne. Niestety pierwsza połowa książka stała w dużej mierze nimi i wielokrotnie miałem myśli o porzuceniu książki, bo zdania ewidentne były wielokrotnie przepisywane, aż w końcu osiągnęły formę, z której autorka była zadowolona. Nic nie odejmując autorce, widać, że swoje wykształcenie wyższe w polonistyce nie poszło na marne - szkoda tylko, że dzieje się to z cierpieniem dla czytelnika. Nie skończyłbym tej książki, gdyby nie to, że w pewnym momencie poddałem się i ilekroć wchodziły przemyślenia autorki, to szukałem wzrokiem końca akapitu i zaczynałem czytanie od kolejnego. I nie uważam, żebym dużo "treści" książki w ten sposób utracił, co najwyżej mogę żałować tego, że nie przeczytałem kolejnej błyskotliwej metafory (spoiler alert: nie żałuję). Szczerze mówiąc, takiej faktycznej wartościowej treści to ja tam widziałem ze 100 stron, nie więcej.

Poza tym mam wrażenie bardzo dużego niedokończenia tej książki. Gdzieś 5/6 książki zajmuje okres od narodzin dziecka po początek nauki w szkole podstawowej, w dodatku bardzo mocno przemieszany ze sobą - nie dałbym rady uporządkować poszczególnych wydarzeń na osi czasu. No i oczywiście przemyślenia i próby domysłów autorki na temat dziecka - one w sumie zajmowały większość miejsca. Reszcie życia, mniej więcej do czasów nastoletnich, poświęcono zaledwie ostatnie 40-50 stron. Trochę to wyglądało, jakby problematyczne były tylko te parę początkowych lat, a później już przyzwyczajenie i luzik - trochę nie sądzę. Poza tym w zasadzie całość skupia się wyłącznie na życiu wewnątrzrodzinnym. No i ten fragment z porodówki wrzucony od czapy na koniec, jakby autorka nie miała na niego lepszego pomysłu. Zmagania z systemem, które również z pewnością były, są w książce w zasadzie nieistniejące. Trochę jakby autorka wybrała z całości okresu życia dziecka wyłącznie te okresy, które wydawały jej się odpowiednio nadające się na Prozę Najwyższej Jakości. Ale w sumie mamy do czynienia z literaturą piękną, a nie reportażem, więc nie powinienem narzekać, trochę inne zasady tu panują.

Mały plusik jeszcze ode mnie za 3 "wtręty" z listą "dobrych rad" jakie usłyszała od wszelakiej maści nieznajomych, którzy bez znajomości sytuacji musieli wtrącić swoje chłoporozumskie 3 grosze. Urocze przełamywanie dominującego stylu książki.

Tak więc tematyka i próba oddania problemu - bardzo dobre, ale forma opisu dla mnie absolutnie okropna (co nie oznacza, że nikomu się nie spodoba! @George_Stark w swojej opinii był zachwycony i absolutnie to szanuję!). Jak nic gdzieś pomiędzy wychodzi przeciętność, która przeciętnością zdecydowanie nie jest 😉 Ale takie są uroki oceny punktowej.

A do laureatów polskich nagród literackich już wystarczająco się w ostatnich latach zraziłem (nie pozdrawiam Zyty Rudzkiej i Doroty Masłowskiej). Nie kupiłem tej książki i absolutnie się z tego cieszę, po prostu nie mój typ.

Fanatyk6piorunów

@bojowonastawionaowca o, a mnie te "dobre rady" zirytowały najbardziej! Było dla mnie dziwne jak można coś takiego rozpamiętywać, a potem umieścić w książce.

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że nie polubiłybyśmy się z autorką, która tak bardzo skupia się na tym co powiedzą o niej inni, że z powodu swojej córki zaczyna użalać się nad sobą.

U mnie te 7/10 było właściwie za język :grinning:

Lider1piorunów

@bojowonastawionaowca brzmi jak odradzajka, dzięki to usuwam z listy :smiley:

Mistrz2piorunów

@WujekAlien no właśnie to zależy xD dla mnie była mecząca, ale jak widać po zalinkowanym wpisie, są osoby, którym taki sposób zbudowania książki się podoba 😛 Zależy czy wolisz kwiecistość języka czy skupiasz się na treści

Lider2piorunów

@bojowonastawionaowca kiedyś mieliśmy taką grupkę jeszcze na portalu na W, że czytaliśmy te same książki, żeby sprawdzić jak ktoś inny je odbierze. Nie jakiś klub czytelniczy, tylko tak na luzie ;)

Gruba ryba1piorunów

@WujekAlien Byłem może w tej grupce? Bo w sumie tak mi się wydaje, ale nie jestem pewien. 😉

Lider0piorunów

@George_Stark raczej tak, tam miałem nick ali3en ;)

Pokaż więcej komentarzy (12)

Fenomen

w Hydepark

20piorunów

177 + 1 = 178

Tytuł: Białoruskie notatki. Czego się boi Łukaszenka

Autor: Jakub Łoginow

Kategoria: reportaż, książka historyczna

Wydawnictwo: self-publisher

Format: e-book

ISBN: 978-83-957-6651-0

Liczba stron: 127

Ocena: 5/10

(uwaga techniczna: trochę tu będzie nie tyle o książce co o samej Białorusi jako tło do tematu. Jako osoba, która od lat interesujące się tym państwem, rozgadałem się, przez co ta recenzja będzie zdecydowanie dłuższa od standardowych)

Krótki e-book poświęcony polityce Białorusi w latach 2005-2010. Tematem przewodnim książki są wybory prezydenckie w 2006 roku, przyczyny, jej przebieg i długoterminowe skutki. Autorem książki jest polski dziennikarz, który przez lata pracował jako dziennikarz na Ukrainie i stamtąd na bieżąco śledził wydarzenia na Białorusi, przy okazji porównując je do pomarańczowej rewolucji. W skład książki wchodzą artykuły, które pierwotnie były opublikowane na łamach Lvivskiej Hazety.

Największym plusem tego tytułu jest pokazanie sytuacji na Białorusi z punktu widzenia, który wyraźnie różnił się od dominującego punktu w Polsce. 20 lat temu Polska jednoznacznie opowiadała się za jednym konkretnym kandydatem (Milinkiewiczem), który miał największe szanse na wygranie wyborów oraz za wszelką cenę dążyła do obalenia dyktatury. Łoginow negatywnie odnosi się do czarno-białego przedstawiania polityki Białorusi i podkreśla, że Białoruś lawirowała pomiędzy Wschodem (2006) i Zachodem (2007) oraz że ludzie mają zróżnicowaną wizję kraju.

Moim zdaniem najciekawszy fragment tego e-booka to opis białoruskiego cudu gospodarczego za rządów Łukaszenki. Wszyscy pamiętają Tuska, który w 2009 roku stał przed mapą Europy, na której Polska była jedynym krajem europejskim zaznaczonym na zielono. Łatwo można było odnieść wrażenie, że to sukces na skalę Europy, bo na czerwono zaznaczono nie tylko państwa UE, ale również Ukrainę i Rosję, zaś Białoruś i niektóre państwa bałkańskie były zaznaczone na szaro. Cóż, Polska faktycznie była zieloną wyspą, ale wśród państw UE. Białoruś w 2009 roku miała wzrost 0,2%, a w 2010... już o 7,8%. Studząc jednak nastroje Jacka Wilka: w latach 1995-2015 Białoruś miała dobre wskaźniki, bo po prostu wychodziła z wielkiego dna, w jakim znalazła się w I poł. lat 90. Portal worldometers.info podaje, że w najgorszym dla Białorusi 1995 roku PKB na osobę wynosiło 1 035 USD. Portal nie podaje danych sprzed 1980, ale w fatalnym dla nas 1981 PKB na osobę wyniosło... 1 503 USD. Wiem, PKB to nie jest dobry wskaźnik, a jeszcze dochodzi do tego inflacja, ale daje pewien wgląd, jaka bieda tam była. No i łatwiej nakręcić wskaźniki PKB, jak się ma spore wsparcie od Rosji, która sprzedaje ropę i gaz, a jednocześnie skupuje towary przemysłowe. Przy okazji absolwentom Paróweczkowej Szkoły Ekonomicznej im. Korwin-Mikkego zwracam uwagę, że w światowym Wskaźniku wolności gospodarczej Białoruś zajęła 152 miejsce spośród 184. Polska zaś zajmuje 45. (choć i tak jako umiarkowanie wolny...).

Książka została wydana własnym sumptem. Widać to zwłaszcza po okładce, która w dostępnym mi pdfie (pobranym bezpośrednio z księgarni) jest słabej jakości. Autor nieco pobłądził przy opisywaniu fenomenu kolorowych rewolucji, tj. pokojowych protestów społecznych, które przyczyniły się do zmian politycznych. Kolorowe rewolucje to luźny termin, raz obejmuje tylko przemiany w dawnym ZSRR, innym razem wszystko po 1989 i co medialnie dostało jakiś kolor. Generalnie chyba w każdym kraju kolorowe rewolucje nie przyczyniły się do trwałych zmian, a część z nich była zdecydowanie na wyrost, ot taka dygresja. W opisie rewolucji autor myli Serbię z Jugosławią (która istniała do 2003 i w jej skład wchodziła Serbia i Czarnogóra) i protesty po wyborach samorządowych w 1996 (w samej Serbii) z wyborami prezydenckimi w 2000 roku (w całej Jugosławii). Kolorowa rewolucja (nazywana... rewolucją buldożerów, bez koloru w nazwie, ale zaliczana w ten poczet) dotyczyła protestów w 2000. Była demokratyzacja? No przez trzy lata, ale po zastrzeleniu premiera zaczęło wracać stare, a dziś samodzielna Serbia jest państwem mafijnym, który nadal mizdrzy się do Rosji.

Autor nie kryje się ze swoimi poglądami i niespecjalnie próbuje być obiektywny. Świadczą o tym np. uwagi na temat Uładzimira Hanczaryka (konkurenta Łukaszenki w wyborach w 2001), który jest nazywany zdrajcą i kandydatem podstawionym przez Rosję. Faktem jest, że wyborach Hanczaryk wyjechał do Moskwy i wycofał się z polityki, ale po kilku latach wrócił na Białoruś i wspierał opozycję, choć nie odgrywał już większej roli w polityce (piszę w czasie przeszłym, bo po 2020 roku wszystko się zmieniło i nie wiem, co teraz robi i myśli Hanczaryk). Nie wyszło mu w polityce, zawalił kampanię i odszedł w cień, nie chcąc przeszkadzać innym. W innym miejscu zdumiała mnie sugestia, że do protestów w 2006 roku nie doszłoby, gdyby młodzież nie integrowała się na koncertach rockowych na festiwalu Basowiszcza na Podlasiu. Uwaga równie celna jak mówienie, że decydujący udział w upadku komuny miał Jarocin.

"Białoruskie notatki" są właściwie książką historyczną, opowiadająca o Białorusi autorytarnej, która jeszcze nie wiedziała, czy chce być bliżej Rosji czy Europy. Jest teraz 2026. Niecałe pięć lat temu Łukaszenka zmiażdżył wszystkich, którzy myśleli inaczej i dokręcił śrubę tak, by swój folwark uczynić totalitarnym. Do tego doszło przerzucanie migrantów do Europy (ciekawostka: to druga próba w historii, tylko tym razem o wiele bardziej zaawansowana niż w 2003) i wreszcie współudział w mordowaniu Ukraińców od 2022 roku. Wszystko wskazuje na to, że kolejny rozdział będzie opowieścią, jak Łukaszenka dostał ataku Czeczki. Tylko pytanie, czy Białoruś dalej będzie trwać jako dyktatura, zostanie wchłonięta przez Rosję (na skutek wojny lub lewego referendum) czy też dojdzie do cudu i dojdzie do przemian ustrojowych.

Generalnie e-boka można poczytać, ale uprzedzam, że książka nie przypadnie do gustu tym, którzy o Białorusi sprzed 15-20 lat mają dość mgliste powietrze i już niewiele pamiętają. Jest dobra, jeśli chcemy poznać inny punkt widzenia od tego, który dominował w Polsce lub po prostu pragną uzupełnić wiedzę na temat Białoruś. Wreszcie książka jest dość powierzchowna, jakby była adresowana do czytelnika, który już coś wie na temat Białorusi i pragnie uzupełnić swoją wiedzę.

Prywatny licznik: 3/50

Fenomen

w Hydepark

30piorunów

176 + 1 = 177

Tytuł: Ciało. Arcydzieło siedmiu milionów lat ewolucji

Autor: Juan Luis Arsuaga

Kategoria: popularnonaukowa

Wydawnictwo: Znak

Format: papierowa

ISBN: 9788324069019

Liczba stron: 624

Ocena: 8/10

Miałem dokończyć "Życie. Fascynującą podróż (...)", ale biblioteka domagała się zwrotu tej książki, bo zrobiła się rezerwacja i trzeba było zmienić kolejność książek.

Książka stanowi opowieść o ewolucji i roli poszczególnych fragmentów naszego ciała, od stóp do głowy. Widać ogromną wiedzę i fascynację tematem przez autora, który bardzo ciekawie tłumaczy powstawanie i działanie poszczególnych elementów ciała, porównuje je z anatomią innych naczelnych. Takie "Było sobie życie", ale adresowane już dla dorosłych. Arsuaga interesuje się również sztuką. Często opisując dane zagadnienie stosuje porównanie do dzieł sztuk (głównie z bliskiego mu madryckiego Prado).

Szkoda tylko, że książkę musiałem czytać w pośpiechu, właśnie przez rezerwację. Starałem się robić notatki z co ważniejszymi i ciekawszymi informacjami, ale mając kilka dostępnych dni niezbyt dobrze to wyszło 😒 Książka zdecydowanie dobra, ale jak ma się ją na własność i czyta się ją w wolnym tempie, gdy się nie jest z zawodu medykiem lub nauczycielem biologii. Jako humaniście z Temu łatwiej o wiele łatwiej było mi zapamiętać tylko fragmenty, gdzie biologia zderzała się z rzeźbiarstwem lub malarstwem.

Parę ciekawostek, które sobie zanotowałem:

* naczelne wyróżniają się od ssaków m.in. tym, że zamiast pazurów mają paznokcie;

* najdłuższy mięsień w ciele to mięsień krawiecki;

* mózg noworodka jest większy od mózgu dorosłego szympansa;

* penis jest średnio dłuższy o jedną trzecią od wymiaru pochwy (nieironicznie takie informacje powinny być uczone na poziomie szkoły, bo potem dzieciaki uczą się o wymiarach z porno i mają kompleksy...);

* homo sapiens i neandertalczyk ważyli średnio tyle samo, ale neandertalczyk miał masywniejsze kości i był nieco niższy, przez co w oczach współczesnych może wydawać się wyraźnie grubszy, choć oba gatunki mogły mieć zbliżoną dietę;

* tu ciekawostka ode mnie: w renesansowym Rzymie sekcje zwłok były z trudem tolerowane. Nie karano za nie, ale Leonardo da Vinci i Michał Anioł mieli z tego powodu nieprzyjemności. Uzupełnienie od Arsuagi: w XVII-wiecznej Holandii sekcje zwłok były popularną rozrywką, która była dostępna dla każdego, kto wcześniej uiścił opłatę.

Prywatny licznik: 2/50

Fenomen0piorunów

Dobrze że autor nie czytał nigdy pasty o koniu.

Fanatyk

w Książki

25piorunów

175 + 1 = 176

Tytuł: Ginekolodzy. Tajemnice gabinetów

Autor: Iza Komendołowicz

Kategoria: reportaż

Wydawnictwo: W. A. B.

Format: książka papierowa

Liczba stron: 320

Ocena: 7/10

Trafił mi się kolejny mega ciekawy reportaż 😀

Książka jest w formie wywiadu zarówno z lekarzami jak i pacjentkami. Przechodzi chyba przez wszystkie możliwe tematy związane z ginekologią oraz z różnymi powiązaniami jak na przykład choroby, ciąże, aborcje, gwałty, in vitro, antykoncepcja, wady płodu oraz role mężczyzny.

Na prawdę wyczerpuje wszystkie możliwe zagadnienia i robi to w bardzo ciekawy sposób.

Polecam zainteresowanym tematami medycznymi.

Autorytet

w Literatura

27piorunów

172 + 1 = 173

Tytuł: Triumf Endymiona

Autor: Dan Simmons

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Mag

Format: e-book

Liczba stron: 874

Ocena: 7/10

Czwarta i ostatnia część cyklu. Miałem nadzieję że poziom troszkę podskoczy w stosunku do części trzeciej ale nadzieja matką głupich. Błędy popełnione wcześniej ciągną się dalej.

Ogólnie jest to całkiem dobra książka ale miała potencjał na dużo więcej. Wątki pozamykały się w większości całkiem fajnie. Historia jako całość spoko.

Uwaga spojlery.

Najśmieszniejsze że jeden z największych minusów to główny bohater xD No nie dałem rady chłopa polubić. Druga bohaterka czyli Enea też jest dość denerwująca. A ich związkowi nie da się kibicować. Kolejnym minusem mocno związanym z tą dwójką jest spora nuda przez większość czasu. Przez ponad 1/3 książki Endymion znowu rusza na rejs po rzece między planetami tym razem w pojedynkę. A tam szalone przygody typu atak kamieni nerkowych, latanie kajakiem jako paralotnią, połamanie nóg na drzewie i czołganie się w błocie. Przez kolejne 1/3 książki spędzamy czas na "tybetańskiej" planecie. I tu autor częstuje nas z jednej strony opisem przyrody który mógł by stawać w szranki z Orzeszkową, a z drugiej zalewa nas potokiem imion postaci którzy nie odgrywaja żadnej roli. Pewnie aż tak bardzo by mi to nie przeszkadzało gdyby nie to że marnując czas na takie pierdoły równocześnie nie rozwinął wątków które mogły być mega fajne. Po pierwsze ojciec de Soya. To że w momencie gdy jego historia zaczyna się robić mega ciekawa nagle przestajemy śledzić jego losy bezpośrednio to była zbrodnia. Chyba autor skapowal się że jest on ciekawszy niż główni bohaterowie i postanowił go uciszyć xD Po drugie ten gruby kardynał. Od początku wydawało się że będzie to mega ważna postać, nakręcająca jakieś intrygi wewnątrz samego Watykanu a był to spory niewypał. Tak samo ten szef Mercantilusa. Już coś zaczyna działać, coś kręcić i gówno z tego. Wszystko ucięte zanim się zaczęło. Papiez Hoyt w zasadzie jest jakimś tylko tłem do wydarzeń. Ehhh.

Pod koniec akcja trochę nabiera tempa i zakończenie jest nawet w porządku. Chociaż tego twista na koniec rozkminiłem już dużo wcześniej.

Ocena 7 chyba uczciwa bo czytało się nawet przyjemnie mimo wielu wad. I obie książki z endymionem oceniam właśnie na 7. Dwie pierwsze na mocne 8 i cały cykl na takie naciągane 8.

Prywatny licznik: 2/30

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Gruba ryba0piorunów

Też pierwsze dwie części bardziej mi się podobały.

Fenomen0piorunów

Komentarz usunięty przez moderatora

Pokaż więcej komentarzy (7)

Gruba ryba

w Książki

27piorunów

171 + 1 = 172

Tytuł: Rzym. Wędrówki z historią w tle

Autor: Bożena Fabiani

Kategoria: historia

Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN

Format: e-book

Liczba stron: 527

Ocena: 9/10

---

Wspaniała książka. Pani Bożena Fabiani wciela się w rolę przewodnika po Rzymie i wielką pasją snuje bardzo ciekawe opowieści wokół mniejszych i większych zabytków lub ich detali. Zdecydowanie większość książki to opowieści o pozostałościach z czasów wczesnochrześcijańskich, no ale nie tylko, bo i jest miejsce na refleksje nad współczesnymi resztkami antyku czy rozmachem baroku. Książka na pewno pozwala się nakręcić przed wizytą w mieście, a przy okazji sporo się dowiedzieć o historii, sztuce i architekturze Rzymu.

Pokaż więcej komentarzy (6)

Gruba ryba

w Książki

24piorunów

170 + 1 = 171

Tytuł: Gnój

Autor: Wojciech Kuczok

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 8/10

*

Kiedy tylko dowiedział się od matki, że zaszła z jego powodu dalej niż kiedykolwiek i ciążą jej konsekwencje, które będzie musiała donosić, zaordynował jej, jakby chciał w jednym zdaniu zmieścić jednocześnie radosne zdumienie i tryb rozkazujący:

– A więc urodzisz mi syna!

I pojmał ją za żonę.

No i jakoś to tak wyszło, że ja, czytelnik, jak sam twierdzę, jednak uprzedzony do książek nagrodzonych, na trzecią lekturę w tym roku, po Na południe od Brazos (Pulitzer 1985) i Szczygle (Pulitzer 2014) wybrałem sobie Gnój (Gnoja?) autorstwa pana Wojciecha Kuczoka (Paszport Polityki 2003, Nike 2004). Niczego jednak nie żałuję.

Na podstawie tej książki został nakręcony film Pręgi, który (o dziwo!) kiedyś widziałem. Mało z niego pamiętam, oprócz tego, że zawiera on samą esencję polskiego kina (a może nawet polskiej twórczości w ogóle?), czyli przemoc i alkohol (kolejność przypadkowa). I w książce wiele więcej nie ma (choć przemocy jest dużo więcej niż alkoholu, nie pamiętam jak było w filmie), a przynajmniej nie ma wiele więcej jeśli idzie o warstwę fabularną. Bo w książce, jak to w książce, jest jeszcze warstwa językowa, a w tej warstwie pan Kuczok zrobił coś absolutnie fantastycznego (przynajmniej dla mnie – nie zapoznałem się ani z recenzjami, ani z laudacją, ani nawet z opiniami na temat tej książki) i dlatego bardzo się cieszę, że zdecydowałem się ją, mimo ostrzeżenia w postaci nagrody, przeczytać – ta wspaniała zabawa słowem, jak w tym cytacie na początku, to wspaniałe oddanie trudnych jednak emocji (a czasami obojętności), to wspaniałe stworzenie mało wspaniałego zamkniętego świata przedstawionego z perspektywy nastolatka, wreszcie wspaniale wykreowane postaci – jak jeden ze stryjków, który tak przypominał mi José Arcadio Buendíę ze Stu lat samotności, albo jak stary K., tak wspaniale nieskomplikowany i prostacki, a przez to tak żywy, a wszystko to zamknięte w tak małej objętości, że można łyknąć w jeden wieczór, jeśli tylko jest się na ten cały polski gnój odpowiednio odpornym psychicznie, bo bywa w czasie lektury trudno.

I choć w przypadku tak mistrzowskiego operowania językiem w moim przypadku na dalszy plan schodzi to o czym mi autor nim opowiada, i choć można by zadać pytanie „ileż można czytać o przemocy i alkoholu?”, to również w warstwie przedstawienia problemu w Gnoju pan Kuczok wykonał dobrą robotę. Bo tak, oto po raz kolejny dowiadujemy się jak destrukcyjne jest to, co niepokojąco często ciągle jeszcze jest uważane za wzorzec dobrego, twardego wychowania. Bo tak, autor nie moralizuje, nie poszukuje przyczyn a nawet nie analizuje, a tylko przedstawia zachowania i ich konsekwencje, wnioski czytelnik musi wyciągnąć sobie sam. A może moralizowanie do zwolenników takiego wychowania przemówiłoby bardziej? – wtedy nie trzeba wyciągać wniosków, co, wnioskując jednak z obserwacji i docierających do mnie co jakiś czas informacji, wydaje mi się, wielu jednak przerasta.

Teraz, już w czasie poprawiania literówek przyszło mi do głowy, że można z tej książki wyciągnąć też wnioski zupełnie przeciwne do moich (i, zakładam, do tego co autor chciał powiedzieć), bo można przecież uznać (i wciąż spotykam taki sposób myślenia), że narrator to niewdzięczny gówniarz, gnój po prostu. Nad tym zresztą też zastanawiałem się w czasie lektury, bo i tytuł tej książki też dobrany jest kapitalnie – czy ten tytułowy Gnój to ten gnój, syn starego K., czy może ten Gnój to jednak gnój, w którym synowi starego K. przyszło żyć (pomijając już finałową scenę ze snem syna starego K. i ten trzeci rodzaj gnoju w niej występujący)?

I tak zostanę sobie chyba z pytaniem do kogo ta książka miała być skierowana? Ale może autor wcale sobie takiego pytania nie zadał, może po prostu ją napisał i tyle? Ponoć książki same chcą być napisane, tak gdzieś słyszałem i może zastanawiam się zupełnie bez sensu?

Lider2piorunów

@George_Stark

czy ten tytułowy Gnój to ten gnój, syn starego K., czy może ten Gnój to jednak gnój, w którym synowi starego K. przyszło żyć (pomijając już finałową scenę ze snem syna starego K. i ten trzeci rodzaj gnoju w niej występujący)?

Czy może jednak Gnój to ojciec, który napierdziela syna za wszystko i robi gnój z jego życia?

Gruba ryba1piorunów

@WujekAlien Wiesz, masz rację. A mnie zmartwiło to, że nie przyszła mi taka myśl do głowy.

Lider1piorunów

@George_Stark tym bym się nie martwił, ja podchodze do każdej książki pod wpływem tego jaki mam nastrój czy swoje doświadczenia i niemal zawsze umyka mi ciekawy punkt widzenia, który akurat mi do głowy nie przyszedł, ale innym już tak 😉

Pokaż więcej komentarzy (3)

Lider

w Książki

26piorunów

169 + 1 = 170

Tytuł: Sen o bohaterach

Autor: Adolfo Bioy Casares

Kategoria: literatura piękna

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Format: e-book

Liczba stron: 183

Ocena: 8/10

Miało być coś z Ameryki Południowej, a "Sen o bohaterach" miałem na liście już jakiś czas, więc się dobrze złożyło. Autor nie jest tak znany w Polsce, jak jego bardziej znany przyjaciel - Jorge Luis Borges, z którym wspólnie wydał kilka książek.

"Sen o bohaterach" ma w sobie coś z książek, które udają historię o zwykłych ludziach, a potem - bez powiadomienia - wprowadzają w nią mechanizm magiczny, jakby w tle od początku pracowała maszyna przeznaczenia, której główny bohater nie może uniknąć. Już pierwsze strony ustawiają wszystko tak, żeby czytelnik czuł, że coś się wydarzy w karnawale 1927, że nie jest on po prostu epizodem, ale pęknięciem rzeczywistości, przez które życie bohatera i jego tożsamość się rozdzielą bezpowrotnie. Punktem kulminacyjnym życia Emilio, są trzy dni i trzy noce karnawału, które przeżywa razem z przyjaciółmi po wygranym zakładzie bukmacherskim, a to, co zobaczył pod koniec trzeciej nocy, choć nie pamięta, stanie się "przedmiotem porządania" - czymś, co zyskał i utracił jednocześnie.

I to jest dla mnie najlepszy skrót tej powieści: Gauna traci coś, czego nie potrafi nawet nazwać, a potem spędza lata, próbując odzyskać nie rzecz, tylko stan duszy, który osiągnął w tym zapomnianym momencie. Zwykłe życie: praca, znajomi, miłość, przegrywają z jego wewnętrznym przymusem "odtworzenia" utraconej nocy.

To nie jest realizm magiczny w stylu fajerwerków i jawnych cudów. To realizm magiczny na chłodno: magia rodzi się z ambiwalencji i z tego, że świat zewnętrzny pozostaje realistyczny, a to co niepojęte i niedoścignione zaczyna przeczyć prawom fizyki. Ten moment nie przyjdzie też znienacka, bo zostaje zaanonsowany przez narratora, który zatrzymuje akcję i mówi do czytelnika: teraz trzeba iść powoli, bo zaczyna się część magiczna opowieści - po czym od razu podsuwa racjonalne wyjaśnienia magii (zmęczenie, alkohol, warunki karnawału), jakby chciał odebrać nam grunt pod nogami… i natychmiast dodaje, że nawet jeśli wszystko da się opisać psychologicznie, to "pozostają okoliczności niewytłumaczalne albo przynajmniej magiczne".

Jakby tego było mało, to dostaniemu tu jeszcze jeden filar realizmu magicznego (dobra, będą jeszcze dwa, ale drugiego nie zdradzę, żeby nie psuć frajdy z czytania) - przymus powtórzenia. Karnawał zaczynający się w 1930 roku ma odbić karnawał z 1927 jak negatyw i znowu narrator gra dwoma rejestrami: z jednej strony widzimy, że Gauna "przygotowywał się psychicznie" do odzyskania stanu z 1927 (czyli sam sobie to wytwarza), a z drugiej strony pewne elementy wracają zbyt "precyzyjnie" (ten sam blondyn, to samo Armenonville, te same kluby czy kawiarnie, ta sama mechanika drogi i te same zwierzęta spotkane przy drodze).

Podsumowując:

Świetnie gra tu pętla przeznaczenia i próba jej dopełnienia, ucieczka od codzienności na rzecz utraconej cząstki siebie. Pokazanie, że życie bohatera nie jest pełne, dopóki nie odzyska tej cząstki, że zacznie się zapadać w głąb, straci sens, przyjaciół, a nawet najpękniejsza kobieta u boku przestanie mu się podobać. Książka jest hipnotyzująca, trudno się od niej oderwać bez poznania, co było "tym", co Emilio utracił i jak się potoczy jego życie, gdy "to" odzyska. Hipnotyzująca jest też opisywana rzeczywistość bohaterów, to co robią, jak rozmawiają, jakie ich życie jest realne i tuż obok czytelnika, że niemal czujemy zapach klubu, czy dźwięk muzyki.

Osobisty licznik: 20/128

(20/25) - pole 12 - Książka autora z Ameryki Południowej

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz

Gruba ryba

w Hydepark

19piorunów

169 + 1 = 170

Tytuł: Dziewczyna nad urwiskiem czyli wspomnienia Kowrygina

Autor: Wadim Szefner

Kategoria: fantasy, science fiction

Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie

Format: książka papierowa

Liczba stron: 189

Ocena: 4/10

"Seria ze słonecznikiem" wydawnictwa poznańskiego, a w nim dziwna mikropowieść Wadima Szefnera. Jej akcja osadzona jest w XXII wieku w wielkiej rossiji, będącej częścią zjednoczonego świata - bez wojen, głodu czy chorób. Tytułowy Kowrygin to humanista, historyk literatury, z którego wspomnień poznajemy postać Andrieja Swietoczewa, wynalazcy i bliskiego przyjaciela Kowrygina. Człowiek ten wynalazł wszechmateriał "akwalid", z którego można wykonać dowolną rzecz - od książek czy ubrań aż po budowle i rakiety kosmiczne; przy czym głównym budulcem tegoż materiału jest zwykła woda.

Dziwna to książka, taka w stylu "jak autor wyobraża sobie daleką przyszłość". Ma swoje uroki, jak zabawne nazwy różnych maszyn i robotów będących w służbie ludzkości (autor nazywa je agregatami), skrót "człopijwin" na określenie alkoholika ("człowiek pijący wino") czy fakt że autor potrafi się śmiać sam z siebie umieszczając się jako jednego ze "starych pisarzy". Na minus - grubymi nićmi szyte wychwalanie komunizmu, i fakt że autor nie mógł się zdecydować co do stylu w jakim prowadzić swoją powieść - raz wątek liryczno-romantyczny, za chwile groteska i absurd a na kolejnej stronie futurologia i takie skakanie po wątkach... Dobrze że krótkie, bo do tego ten irytujący narrator też nie pomaga w lekturze..

Wygenerowano za pomocą https://bookmeter.xyz