Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

Z_buta_za_horyzontGURU

Dołączył/a:

  • 1188 wpisów
  • 7023 komentarzy
  • 11 obserwujących

GURU

w Wiadomości Świat

15piorunów

Nowy japoński szlak pieszy łączy sześć miast na dystansie 320 km

Najdłuższa pętla trekkingowa w Japonii jest już w pełni otwarta. Hitachinokuni Long Trail, liczący 320 km, prowadzi przez góry, wsie, wodospady, plaże i historyczne ruiny. Jeśli planujesz aktywne wakacje w Japonii, warto założyć buty trekkingowe i wybrać się na liczący 320 km szlak

Inspirator

w Hydepark

84piorunów

Słuchajcie, mam problem...i to ogromny ( ͡°( ͡° ͜ʖ( ͡° ͜ʖ ͡°)ʖ ͡°) ͡°)

Mam w pracy dziewczynę, wielką dziewczynę, ze 150 kilo wagi. I mam też w biurku szufladę ze słodyczami do kawy. Ot wiecie, jak mnie najdzie to sobie coś wezmę...albo jak ktoś inny ma chęć na coś słodkiego to wie gdzie przyjść. No i kilka razy było tak, że pytała czy mam coś słodkiego bo jej się do kawy chce. Luz, no wzięła coś tam i elo. Ale od jakiś dwóch tygodni jest koszmar.

Bierze bez pytania, potrafi zeżreć wszystko co tam jest, na drugi dzień nic nie mówi tylko jak mnie nie ma w pokoju to podrzuca to co zjadła (sztuka jest sztuka). Tylko co z tego jak rano podrzuci a po południu znowu wyczyści tę szufladę? Ostatnie klika dni to nawet już wszystkiego nie oddaje tylko wrzuci co nie zje i myśli że jest okej.
Zrobiłem mały eksperyment, w tygodniu miałem dzień wolnego i wiecie co zrobiłem? Zamknąłem szufladę na klucz i odłożyłem go na biurko pod dokumentami i papierami. Po dniu wolnym przychodzę, klucz w szafce i oczywiście szuflada wyczyszczona...

Ale, żeby tego było mało, przyniosłem sobie butelkę CocaColi, postawiłem pod biurko. Upiłem sobie pół szklaneczki, bo nie specjalnie przepadam za samą Colą (wiecie o czym mówię) a resztę odłożyłem z powrotem pod biurko. Następnego dnia upita o szklankę. Kolejnego o następną szklankę i następnego o kolejną... Z prawie całej butelki upiła 2/3. Kurde, wychlać komuś napój schowany pod biurkiem to trzeba mieć tupet.

Już pomijam fakt jakim całokształtem jest toksykiem, jak bardzo od paru lat się z nią męczymy i ciągle drapiemy się po głowie kto u diabła ją tu trzyma, ale kurde takie akcje odwalać? Chcę jej zwrócić uwagę ale boję się jej tego powiedzieć. Ja jestem prostym człowiek i wygarnę jej to w twarz ale ona weźmie to za atak, zacznie kłamać że to nie ona (choć w koszu wszystkie papierki się znajdują - pani porządkowa donosi), że nikt jej nie lubi i że to mobbing i wuj wie czy gdzieś z tym nie pójdzie.

Wiec pytam was - jak jej takie podpieprzanie żarcia wybić z głowy?? Środka na przeczyszczenie wolałbym nie stosować (╯°□°)╯︵ ┻━┻

Plus jest taki, że ta akcja zbliżyła mnie z żoną, bo co rano obstawiamy czego brakuje i zrobiliśmy z tego niezłą grę ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Pokaż więcej komentarzy (76)

GURU

w Dyskusje

39piorunów

Z mojego pamiętnika:

Mały Szlak Beskidzki – 137 km w koncepcji wędrowania Fast & Light :mountain::tent:

*42 godziny i 4 minuty zap#%dalania** :man-running:
(2 godz. 36 min jedzenia w restauracjach i schroniskach, 10 godz. 53 min odpoczynku i snu w hamaku).

Lekki plecak, bez zbędnych ceregieli, namiotów i kilkugwiazdkowych noclegów BB. Początkowo zakładałem 3–4 dni, ale wyszło trochę inaczej… Problemem było zminimalizowanie wagi plecaka. Śpiwór, hamak, do tego mini zestaw ubrań na przebranie, ciut elektroniki, apteczka i spory pakiet jedzenia z wodą — chcąc nie chcąc, wyszło 8 kg na początku szlaku :toolbox:.

Dzień :one: – 63,5 km

Pobudka o 4:30 :alarm_clock: na szczycie Lubonia Wielkiego, 1022 m n.p.m. Spało się dobrze, komarów i innej zwierzyny brak. Według założeń startuję o 5:00, zaraz po pierwszym śniadaniu tego dnia, a było ich jeszcze trzy. Idzie się przyjemnie. Lekkie słońce, wiatr, aż do obiadu w Schronisku na Kudłaczach. Kończę zupę „Krem z czosnku niedźwiedziego”, zaczynam się ubierać w wersję przeciwdeszczową i wychodzę.

Po chwili zauważam pod stopami pełzającą salamandrę plamistą i doskonale zdaję sobie sprawę, że przy takiej pogodzie ten płaz czuje się jak na all inclusive. A skoro salamandra wyszła na spacer, to chyba można się spodziewać, że zaraz zacznie się taplanie w błocie.

Na zejściu do Myślenic przywaliłem stopą w skałę tak, że górnicy na Górnym Śląsku zastanawiali się, czy aby nie było tąpnięcia na ich szychcie. Mało tego rozpoczyna się ulewa, a szlak zamienia się w rwący potok.

Impregnacja obuwia zdała się wytrzymać ledwie godzinę, potem skarpetki zamieniły się w gąbkę żądną wody. W mieścinie pauzuję na burgera XL z pieczonymi ziemniaczkami i przez okno przyglądam się, jak woda z drogi przelewa się na chodniki. Rozmyślam, jak tu dalej iść i czy zmienić skarpety, a to ważna decyzja, gdy ma się tylko dwie pary. Miejscowi smakosze wołowiny spoglądają na mnie dziwnym wzrokiem, pewnie zastanawiając się, gdzie ten gość, ubłocony do pasa i z cieknącym plecakiem, chce wychodzić, gdy na zewnątrz nawałnica i potop.

W lokalnym sklepiku robię zakupy na kolację i śniadanie, po czym ruszam na właściwy szlak z uśmiechem na twarzy i chlupotaniem w bucie.

Docieram do miejsca zaplanowanego noclegu i tu pojawia się problem, bo wciąż leje. Minusem hamaka jest to, że strasznie zbiera się w nim woda, tworząc wannę. Zastanawiam się, czy nie wykorzystać go jako zadaszenia, ale koniem nie jestem spać na stojąco nie będę.

Zaglądam w mapę. Za 15 kilometrów jest wiata. Wylewam nadmiar wody z obuwia i dalejże do niej!

Po blisko czterech godzinach brodzenia docieram do tej drewnianej budki i rozpoczynam przygotowania do snu.

Dzisiaj nadrobiłem kilometrów, jutro będę miał mniej :rolling_on_the_floor_laughing:.

Dzień :two: – 74 km

Pobudka 4:28 :alarm_clock:. Sen średni. Dwa razy chciała mnie okraść z pożywienia ruda bestia zwana lisem. Na szczęście prowiant był zawieszony wysoko.

Dodatkową atrakcją był przejazd kilku quadów tuż po północy.

Śniadanie zjadam w wersji podwójnej, zapijam colą i rozpoczynam zwijanie majdanu. Zadowolony, że nie pada, zakładam mokre skarpety i wyruszam punktualnie o 5:00.

Przemierzam kolejne metry, planując następne posiłki i nocleg, a w butach jakoś tak bardziej sucho.

W Zembrzycach poszukuję otwartego sklepu. Dostaję reprymendę od kilku osób, że jest niedziela i moje miejsce powinno być na wyborach lub w kościele. Zdecydowanie nie polecam tej pipidówy!

W Krzeszowie zupę gulaszową zagryzam zapiekanką z pieczarkami i wyruszam na atak Leskowca – 922 m n.p.m.

Po drodze starszy pan śmieje się, że swojej grupy już nie dogonię przed szczytem. Pomylił się dwa razy, bo po pierwsze to nie moja grupa, a po drugie mijam ich dość szybko.

Tuż za wierzchołkiem miałem spędzić drugą noc, bujając się w hamaku z dobrym punktem widokowym. Jest godzina 13:25, ludzi więcej niż na dole. Zdecydowanie nie jest to godzina ani opcja do snu.

Zasuwam dalej. Wiem, że szlak zrobię w maksymalnie 3 dni.

Po blisko 12 kilometrach trafiam na Przełęcz Kocierską, gdzie odbywa się zlot ryczących i drogich aut, okraszony walącym pustym basem muzyki, jakby ktoś młotkiem schabowe tłukł przy niedzieli.

Zaglądam w mapę. Jeśli przed 20:00 zdążę na Górę Żar, tam podjem w spokoju i rozłożę biwak w pobliskiej wiacie.

Tutaj wedle planu miałem zjeść zupę gulaszową, ale chyba się skończyła. Pani z obsługi idzie sprawdzić na kuchnię.

"Proszę pana, w sumie to ostatnia porcja".

Czyli pewnie dostanę zlewki z gara, ale od 25 kilometrów nie jadłem nic na ciepło, to co mi tam.

Na stół wjeżdża talerz, a tam sama wołowinka, dwa kawałki pieczarki i jeden papryki. Takie coś to ja rozumiem.

Po posiłku rozglądam się. Z jednej strony wiata na nocleg, z drugiej zbliżający się zachód słońca, a w oddali trzeci widok łuna mieściny Bielsko-Biała, gdzie jest mój cel.

Zaglądam w mapę. Niecałe 20 km do celu. Nogi w dobrej formie. Czytam porannego SMS-a od kumpla:

„Niezła próba charakteru!!!! Już dużo Ci nie zostało, napieraj do przodu jak taran!!!!”

Hmm… Sprawdzam godzinę. Jest szansa, że wyrobię się przed północą i zakończę w dwa dni.

Łykam eliksir magnez Shot, wspierany produkowaną przez organizm adrenaliną, zaczynam pędzić w dół, szybko mijam zaporę i przystępuję do 5-kilometrowego podejścia na Horbaczą Łąkę.

Kilometry mijają dość szybko. Pod krzyżem obok schroniska śmigam w półmroku, jeszcze bez oświetlenia.

Ludzie z platformy widokowej głośno zastanawiają się, co to za zwierzę przemknęło. Mam z tego ubaw i jeszcze większą motywację.

Odpalam czołówkę na 400 lumenów, wyjaśniając ich wątpliwości, i turlam się do Bielska z maksymalną dla mnie prędkością.

23:04 – staję przy okrągłej czerwono-białej kropce oznaczającej koniec szlaku.

Czasami przeciwności mogą nas nakręcić do jeszcze lepszego działania 💪💪!

Mały kącik gastronomiczny ze szlaku :yum:

W przygotowywaniu energii, która mnie napędzała, pomagały:

* Woda niegazowana – 9 l

* Sok multiwitamina – 1 l

* Cola – 3 l

* 2× pierogi ruskie

* Pierogi z mięsem

* 2× zupa gulaszowa

* Zupa chrzanowa

* Zupa krem z czosnku niedźwiedziego

* Placek po węgiersku

* Zapiekanka z szynką

* 2 bułki z miksem serów żółtych i białych

* 6 batoników z orzechami

* Burger XL Arizona + pieczone ziemniaczki

* 3 konserwy – szynka z indykiem

* Kabanosy z chili

* 4 paczki żelków mini

* Jogurt do picia truskawkowy

* 2 garści świeżych poziomek na szlaku

Pokaż więcej komentarzy (16)

Mistrz

w Co Wy na to?

30piorunów

Co Wy na to? 05.10.2026

Dziś obchodzimy Światowy Dzień Nauczyciela - z tej okazji zadam pytanie o autorytet nauczyciela w szkołach. Starsze pokolenia często wspominają, jak za ich czasów nauczyciel był osobą szanowaną, choć często wynikało to z ich surowości czy też możliwości nakładania kar na uczniów, a niekoniecznie pozytywnej postawy. W obecnych szkołach autorytet nauczyciela jest często nieistniejący. W związku z niskimi wynagrodzeniami i niskim prestiżem zawodu, na nauczycieli kształcą się niekoniecznie osoby, dla których byłby to pierwszy wybór zawodu. W szkołach stają w strefie zgniotu między wymaganiami programu nauczania a dziećmi i rodzicami, których pretensjonalność wydaje się wzrastać wraz ze zmniejszającym się dystansem komunikacyjnym. Wszystko to powoduje frustrację i odejścia ludzi odpowiedzialnych za edukację młodych. Pytanie czy zwiększenie ich autorytetów byłoby pomocne w poprawieniu efektywności nauczania, a jeśli tak, to jak to zrobić?

Pytanie na dziś: Czy polska edukacja potrzebuje zwiększenia autorytetów nauczycieli?


Zapraszam do oddawania głosów w ankiecie oraz kulturalnej dyskusji w komentarzach. Zastrzegam, że treści niezgodne z polskim prawem i obraźliwe wobec innych użytkowników będę usuwał niezależnie od poglądów.


Czy polska edukacja potrzebuje zwiększenia autorytetów nauczycieli?

  • Tak70% (168 głosów)
  • Nie8% (20 głosów)
  • To zależy13% (32 głosy)
  • Nie mam zdania8% (20 głosów)

240 głosów

Lider1piorunów

@bojowonastawionaowca z jednej strony, to nigdy nie poznałem nauczyciela z powołania. Może na studiach, było kilku, którzy lubili to co robią... W niższych etapach nauczania było odbębnianie godzin do fajrantu, przez nauczyciela i było to czuć. Może jakby byli bardziej docenieni finansowo, to "zachciało by" się im być dla uczniów? Nie wiem. Na autorytet trzeba sobie zasłużyć, a jak się jest, bo jest, to autorytetu się nie wypracuje.

Gruba ryba1piorunów

@bojowonastawionaowca Na Netfliksie jest bardzo dobry koreański serial na ten temat - teach you a lesson.

A może tak właśnie powinno się szkolić bananowe gowniaki z brokułem na glowie - w filmie walą z buta po mordach, a dziewczyny linijką po łapach.

Ten film to tylko fantazja, ale jakże pociągająca.

Może potrzeba autorytarnej twardej ręki?

Pozdrawiam Serdecznie.

Pokaż więcej komentarzy (32)

Fenomen

w Hydepark

68piorunów

Vox populi - vox dei, będzie pełna relacja z TET Bułgaria. Dopóki wpis będzie dostawał chociaż jeden piorun, będę wrzucał kolejny, więc zapraszam do czarnolistowania :)

Preludium

W czwartek przyjeżdża busem P. - wtedy się poznajemy, to nasz organizator i przewodnik. Zaplanował przejazdy, zarezerwował co trzeba. Zabiera mój motocykl na pakę. Oprócz mojego będą jeszcze 3 inne, z tego tylko moja CFMoto 450, a reszta Kove 800.

Piątek to pakowanie. Ciężko mi ogarnąć wszystko: sakiewki z narzędziami, sakwy ze sprzętem na camping i jedzeniem, drybag na ciuchy, śpiwór i materac, plus namiot. Sporo tego. Nie mam jeszcze doświadczenia z takimi wyjazdami - zawsze pod namiot jeździłem autem i nie było tego problemu.

Sobota o 3 rano zaczynamy road trip. Przyjeżdżają do mnie J. - którego poznałem w tym roku i jeździłem z nim na krótsze tripy offroadowe w PL - oraz K. - znajomy naszego organizatora. Ja mam C5 w kombi, więc przeładowują cały swój szpej do niego i ruszamy.

P. wyjechał wcześniej niż my, jedzie sam, więc jak mu się chce, to śpi w busie. Świt zastaje nas na Węgrzech, w Rumunii doganiamy busa i zjadamy razem lunch. Odtąd jedziemy razem na camping Starite Borove. Granicę przekraczamy w Calafat - mostem nad Dunajem (it's uuuuge). Pierwszy raz stoję na bułgarskiej ziemi. Szybkie zakupy w Kauflandzie i pół godziny później zaczynamy rozpakowywać maszyny i stawiać obóz.

Wieczorem siadamy do stołu w kempingowej kuchni, żeby przepłukać gardła i omówić ważkie sprawy wymagające omówienia 😉 Towarzyszy nam miejscowy piesek, kotka i pajęczyca z jakąś setką młodych na plecach (Hans...). Na koniec ostatni ciepły prysznic na jakiś czas i do spania...


Niedziela

Umówiliśmy się na 9:00, więc mój budzik dzwoni o 7:00. Nad ranem było jakieś 6 stopni - w środku nocy zakładałem softshell, mimo że miałem na sobie bieliznę z merino, to będzie nauczka na przyszłość. Nie chce mi się wychodzić ze śpiwora, ale wiem, że trzeba, bo pakowanie trochę mi zajmie. Zaczynam od zrobienia kawy i pochłaniam serek wiejski z wczorajszą bułą. Po śniadaniu wracam i widzę, że chłopaki już wstali. Każdy ogarnia się, jak umie: opróżniamy auta, ładujemy sakwy. Ja i K. wyglądamy jak cygański tabor, a J. i P. - jako ci bardziej doświadczeni - stawiają na czysty minimalizm. No, zobaczymy!

Ruszamy po 9:00, prawie planowo. Pierwsze 40 km to asfalt. W końcu na horyzoncie pojawia się pasmo górskie, a po chwili zajeżdżamy do miasteczka Белоградчик (Bełogradczik) dolać wachy. Ruszamy dalej, przelatujemy przez ryneczek, na którym - o dziwo - kręci się karuzela z konikami. Jeszcze dwa zakręty i szok! Mieścina leży tuż obok ogromnych skalnych ostańców. Klimat trochę jak w Karkonoszach, widoki wspaniałe, na parkingach kręci się trochę turystów, ale my tylko się rozglądamy i zjeżdżamy winklami w dół. Kawałek dalej, obok Боровица (Borovitsa) ciągnie się cała ściana takich skalnych „mnichów” wzdłuż drogi. Niezbyt wysokie, ale robią spektakularne wrażenie! Jedziemy dalej, zakręty się wiją, ale przecież nie po to tu przyjechaliśmy!

W końcu odbijamy z asfaltu. Na dzień dobry doganiamy jakieś konie, które luzem kłusują ścieżką do góry. Czy tu są dzikie konie? A jeżeli czyjeś, to dlaczego biegają bez opieki po lesie? W końcu odbijają na bok, mijamy je i natychmiast zaczyna się grubo. Droga jest sucha, ale strasznie rozjeżdżona: głębokie koleiny wyżłobione przez wodę, progi skalne i pełno luźnych kamieni. Czasem wykładam się ja, czasem K., który wyznaje, że taką drogą jeszcze w życiu nie jechał.

Ja padam na jednym z podjazdów - stromo w opór, wypadłem z koleiny i nagle mnie zarzuciło. Motocykl ciężko postawić w takim terenie. Próbuję ruszyć, ale znikąd nie da się nabrać prędkości na tych wertepach. W końcu wydrapuję się na bardziej płaski teren, ale po chwili znowu mnie zarzuca i leżę. J. pomaga mi postawić sprzęt, ale obwieszczam mu, że moje sprzęgło prawie nie chwyta. Sprawdza sam, próbuje podjechać i lipa. P. wraca do nas i stwierdza, że trzeba po prostu poluzować linkę. Kombinerki, chwila roboty, po czym P. próbuje startować, a ja pcham. Sukces! Wyjechał na prostszy odcinek, do którego muszę podejść jakieś 20 metrów. Stwierdzam w duchu, że za nic nie chciałbym iść tym szlakiem pod górę na piechotę.

Podjazdy robią się ciut łagodniejsze, wjeżdżamy w las, ale i tak trzeba bardzo uważać. W pewnym momencie stawia mnie bokiem i zaliczam kolejną wywrotkę. Jestem cały, chociaż stopa nieźle boli. Okazało się, że nie zauważyłem grubej gałęzi wystającej z boku drogi - wbiła mi się w sakwę i złamała, przez co nagle mnie przestawiło. Siedzę chwilę i masuję stopę, ale cieszę się, że mam dobre buty, a gałąź nie wbiła mi się w udo albo nie urwała nogi.

Dalej jadę już dużo ostrożniej, omijam większe kamienie i patyki, ale za chwilę staje P. - złapał kapcia z tyłu. Opona dętkowa, ma zapas, więc od razu zabiera się za wymianę. Badyl pod wahacz, klucz płaski i jazda. Mamy kompresorki, a chłopaki z niejednego pieca chleb jedli, więc praca idzie sprawnie. Schodzi na tym jakieś 40 minut. A kiedy w końcu ruszamy, okazuje się, że byliśmy zaledwie 100 metrów od wyjazdu z lasu na przepiękną połoninę. Nie mógł złapać gumy w pełnym słońcu, gdzie są takie widoki?!

Teraz jazda to już czysta przyjemność - zupełnie jak po Połoninie Caryńskiej w Bieszczadach, z tą różnicą, że dookoła nie ma ani żywej duszy. Zatrzymujemy się na szczycie, obok psów pasterskich, które na szczęście odchodzą, gdy słyszą gwizd pasterza. Na najwyższej skałce stoi ławeczka. Siadamy i podziwiamy krajobrazy - widoki są absolutnie niesamowite! Cykamy foty (wychodzą fantastycznie), pogoda jest dla nas łaskawa, tylko mocno wieje - ale trudno się dziwić na wysokości ponad 1500 m n.p.m.

Po dłuższej chwili siadamy na koziołki i ciśniemy dalej połoniną, z tą różnicą, że zaczyna się zjazd. W pewnym momencie drogę grodzi ogrodzenie pod napięciem - musimy odczepić przewody, żeby przejechać. Okazuje się, że pasą się tu krowy, które płoszą się na dźwięk silników. Odczepiamy kolejny drut i wyjeżdżamy.

Połoniny się kończą, wracamy do leśnej jazdy. Jadący na przedzie P. nagle się zatrzymuje. Schodzi z maszyny, patrzy... znów guma. Bierze trzy głębokie wdechy i mówi, że jak latali po Maroku, to w całej ekipie pękło 7 kapci, ale on sam nie złapał ani jednego, a tu ma dwa pod rząd! No trudno, kolejny postój i jazda z tematem. Łatanie trwa około godziny, bo zapasowa dętka poszła przy poprzedniej awarii.

Po ruszeniu ciągle w dół. Czasem robi się czysty hardcore: gołe skały, na których leżą kamienie różnej wielkości. Nie chciałbym tędy schodzić, a co dopiero zjeżdżać! Na szczęście w końcu pojawiają się pierwsze oznaki asfaltu oraz pierwsze wsie. Wyglądają jak opuszczone: budynki się walą, wszystko pozarastane, widać gołym okiem brak pieniędzy. W małym miasteczku parkujemy pod bułgarską „Żabką”, tuż obok wolno dekomponującej się buchanki. Kiedy K. robi jej fotkę, podjeżdża rozklekotaną Polówką jakiś gość i pyta, czy nie chcemy jej kupić za 1500 € xD. Robimy zakupy na wieczór, ale pieczywa niestety brak - w końcu to niedziela wieczór (ale humor gitówa!). Nie ma problemu, jak ktoś biedy zaznał, to i kiełbasę bez chleba zje 😉

Wjeżdżamy w końcu na szerszą drogę, ale niedługo potem odbijamy w stary, popękany asfaltobeton, ze szczelin którego wyziera mech. Żadnych aut, żadnych ludzi - klimat żywcem z Czarnobyla (na każdym znaku cyrylica), i tylko pozarastane cmentarze świadczą o tym, że kiedyś ludzie tu mieszkali.

Z tego odcinka skręcamy w las na końcówkę dzisiejszego offroadu. Jedziemy kilka kilometrów, lekko nie jest, ale bez większych niespodzianek docieramy do jakiejś polany. P. decyduje, że tu rozbijamy obóz. Parkujemy i od razu bierzemy się za rozkładanie sprzętu, bo słońce ucieka w mgnieniu oka. Tradycyjnie już chłopaki zazdroszczą mi namiotu rozkładanego w 5 sekund, a J. - wędkarskiego krzesełka.

Gdy obozowisko stoi, zbieramy drewno i rozpalamy ognisko na środku polany. Siedzimy do późna, a rozmowy podkręca zimne piwo i przywieziona z Polski wiśniówka. Zza drzew wychyla się łysy łeb księżyca, a z głośnika płyną klasyki - w końcu wszyscy tutaj mamy już solidnie wygrzane PESELe.

W końcu czas się rozejść do namiotów. Cieszymy się, że wszystko się udało i każdy z nas dotarł cało na nocleg. Pora spać.

Pokaż więcej komentarzy (12)

Mistrz

w Wiadomości Polska

110piorunów

Tragedia na pasach w Nowym Sączu. 21-latek najprawdopodobniej brał udział w nielegalnym wyścigu. Obaj uczestnicy wyścigu zostali zatrzymani

Kierowca, który w sobotę zabił pieszego na przejściu w Nowym Sączu, najprawdopodobniej brał udział w nielegalnym wyścigu - poinformowała prokuratura okręgowa w Nowym Sączu. - Jak ustalono na obecnym etapie postępowania, 21-letni mężczyzna najprawdopodobniej uczestniczył w nielegalnym

GURU

w Ciekawostki

32piorunów

5 Października:

* Światowy Dzień Nauczyciela

* Światowy Dzień Architektury

* Światowy Dzień Habitatu

* Światowy Dzień Mieszkalnictwa

Pokaż więcej komentarzy (5)

Fenomen

w Sztafeta

34piorunów

34 670,54 + 42,56 = 34 713,10

niestety kolejny nieudany maraton chyba pora sie przerzucic na krotsze dystanse lepiej mi ida xD

ostatecznie z zaplanowanych 3:45 wyszlo 4:03

*

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

Pokaż więcej komentarzy (17)

Gruba ryba

w Motocykle

44piorunów

A dziś na spa pojechała Kawa, więc pożyczyłem sobie jej odpowiednik w wersji dla dziadków - Z900RS. Wygląd wiadomo, jak WSK, ale wrażenia z jazdy fenomenalne. Pozycja ultra wygodna, zbiera się jak moja zetka, brzmi całkiem spoko. Mógłbym tym jeździć.

Thruxton, którego miałem kilka dni temu, to całkowite przeciwieństwo. Pozycja koszmarna, nie da sie tym dłużej jeździć. Po parunastu kilometrach zrozumiałem podśmiechujki dilerów, którzy proponowali mi, bym go przetestował, bo nic lepszego nie ma. Dranie.

Pokaż więcej komentarzy (6)

GURU

w Ciekawostki

26piorunów

2 Października:

* Światowy Dzień Uśmiechu

* Międzynarodowy Dzień Bez Przemocy

* Światowy Dzień Zwierząt Hodowlanych

* Dzień Pamięci o Cywilnej Ludności Powstańczej Warszawy

* Dzień Anioła Stróża

Pokaż więcej komentarzy (2)

Tytan

w Sztafeta

22piorunów

34 453,17 + 4,74 = 34 457,91

Dobry bieg, tylko brak cukru mnie dopadl w polowie drogi az mnie telepac zaczelo.

Na szczescie w domu pizza uratowala sytuacja

---

Wpis dodany za pomocą hejtostats.pl. @Marvin certified!

GURU2piorunów
@Greenzoll Dobry bieg, tylko brak cukru mnie dopadl w polowie

Serio na niecałych 5km brak cukru? Przecież to człowiek na głodnego przebiegnie nawet jak całą noc nie jadł :face_with_rolling_eyes:.

Pokaż więcej komentarzy (4)

Gruba ryba

w Hydepark

44piorunów

Komuś kiedyś obiecałem tutaj że zrobię porównanie a więc łapcie. Dla nieświadomych grzybiarzy to wszystko są kanie, dla świadomych na pierwszym zdjęciu Czubajnik czerwieniejący nie zalecany do spożycia zwłaszcza owocniki rosnące w ogrodach i miejscach ruderalnych, gdyż akumuluje metale ciężkie, w smaku jest i tak gówniany i nie ma tego aromatu lekko orzechowego, jadłem, żyję, ale szału nie ma i nie polecam. Na kolejnych trzach zdjęciach Prawdopodobnie Czubajka Sutkowata, następnie Czubajka Gwiaździsta i Czubajka Kania, wszystkie jadalne smaczne i z lekko orzechowym aromatem. Kolejną ważną cechą wskazującą na czubajkę jest wzorek na trzonie tzw zygzak, czubajnik takowego nie posiada.

GURU3piorunów

@yoowki Nie zdziwiłbym się gdybym kiedyś pierwszego tego zjadł.

Tak czy inaczej te grzyby się bardzo różnią od dowolnego muchomora i trzeba się naprawdę postarać żeby pomylić.

Pokaż więcej komentarzy (19)