pokeminatourOsobistość
59piorunówCzuję że dotarłem do końca konsumpcjonizmu i nie wiem co dalej.
Jak się na dłuższą metę zastanowić to życie większości ludzi ogranicza się w głównej mierze do pracy i konsumpcji.
Ludzie pracują by zarobić pieniądze, następnie wydaje je by
- zapewnić sobie przetrwanie
- zapewnić podstawowy komfort
- by ten komfort rozszerzać w nieskończoność
- by otrzymywać zastrzyki dopaminy
- bo mają komu je później przekazać ( dzieci )
- by piac się w hierarchii społecznej.
I tak sobie żyje, pracują, prawie cały tydzień zajmuje im praca, przygotowanie do i po pracy, dojazdy i inne obowiązki z chwilami dla siebie.
Ile by nie zarabiali to ciągle im mało i zawsze znajdą jakiś cel.
Jadąc komunikacja chcą mieć samochód. Mając samochód typu gruz chcą mieć normalny samochod. Mając normalny chcą mieć prestiżowy i skala nie ma końca, dla garstki na końcu są prywatne odrzutowce.
Nim się spostrzega kończą swój żywot, nie dobiegając do tej konsumcjonistycznej mety, ale ciągle mając jakiś konsumcjonistycznej cel przed sobą, przekazują pałeczke dalej, lub nie.
Według badań, pytając ludzi o zarobki i ile by im wystarczało, większość niezależnie od zarobków mówila o zarobkach 2 razy wyższych od obecnych.
Tymczasem ja, jestem jak rybak który złowi jedna rybę dziennie i tyle mu starczy, nie myśli o tym by złowić więcej, by kupić kuter, by zatrudnić ludzi.
I to się ciągnie nawet w grach video. Odpaliłem sobie oxyrail - taki trochę survival i Minecraft z tworzeniem własnego pociągu którym przemierza się świat zaczynając od ery kamienia łupanego po latający pociąg z napędem atomowym. W tej grze zatrzymałem się na średniowieczu, uznałem że pociąg o napędzie parowym byłby zbyt kosztowny w stosunku do grindu potrzebnego do niego, i przemierzyłem świat na ręcznym napędzie, klikając co parę sekund klawisz przez około 3h by zobaczyć jak ten świat w grze wygląda, objechalem cały i koniec gry.
Po spłacie kawalerki, ogarnięcia sprzętu do domu, poduszki finansowej jako singiel przeszedłem na pół etatu, zarabiam mniej niż minimalną bo więcej nie ma sensu, zwiększyłoby to tylko poduszkę finansowa, bo nie mam na co wydawać tych pieniędzy.
Większość pewnie wydałaby na podróże - ja ich nie lubię ze względów sensorycznych #autyzm
Inni na jakieś prostytutki - tutaj wjeżdża u mnie aseksualizm, pewnie przez #adhd i rozwalone receptory dopaminowe.
Inni powiedzą znajdź kobietę a ona już się zajmie tym by było na co wydawać pieniądze - i tutaj po kilku miesiącach związku zawsze wjezdza te ADHD z poczuciem monotonności, braku dopaminy z relacji, wtedy też spotykam się bez chęci, bardziej z przyzwyczajenia i wtedy związek sie kończy.
Większe mieszkanie, samochód ? Kawalerka i komunikacja+Uber+rower/rower elektryczny jest good enough, więcej się nie opłaca, zresztą nie mam prawa jazdy bo i po co ?
Wydatki więc dziela się na kategorie
- już to mam, a lepszego mieć nie warto.
- to nie dla mnie
- koszt nabycia i utrzymania jest niewspółmierny do zysku.
Pewnie sporo z tego wynika z lekkiej biedy w dzieciństwie, wtedy ludzie albo są zbyt oszczędni albo zbyt dużo wydają.
Jedyne co mi przychodzi do głowy z wydatków to próbowanie różnego jedzenia.
I tak ukończyłem ten cały kapitalistyczny wyścig, na mecie nikt nie czeka, nie ma żadnej wstęgi, pucharu, radości z ukończonego biegu. Jest neutralność połaczona z brakiem celów finansowych, tego mi troche brakuje, to motywowało do czegoś więcej niż minimum.
@pokeminatour też mam adhd i u mnie ma to trochę inna formę. Mam żonę, dwójkę małych dzieci, uczę się i rozwijam, uprawiam sporty i przez to mam praktycznie każdą minutę dnia zajęta. I powiem ci że chyba nigdy nie czułem się szczęśliwszy.
Najgorzej było jak nie było czym głowy zająć, jak jest cel i sens to świat jest o wiele przyjemniejszym miejscem.
@pokeminatour rozumiem, przy czum u mnie by się nie sprawdziło i nie chodzi nawet o konsumpcjonizm, bo w sumie nie mam drogich rzeczy. No, poza aparatem do kupna którego przekonywałem się parę lat, aparat za 6k to już droga rzecz. Przez lata miałem swoją działalność, potem po prostu fuchy, wystarczało mi żeby powoli żyć i miałem okresy że było sporo wolnego czasu. I jak dla mnie to, szczególnie patrząc z perspektywy czasu, było najgorsze. Strasznie depresyjne, miałem czas żeby coś robić ale nie miałem ochoty na nic poza tym co muszę i gniłem, spałem, bijąc się z myślami i poczuciem straconego czasu. No, ja chyba muszę coś robić, zapełnić sobie dzień konstruktywnymi zadaniami, być do czegoś potrzebnym. Jakbym miał pół etatu, to po prostu po robocie bym robił coś innego (i tak w sumie robię, ale szedłem w ekstremum więc ostatnio trochę odpuściłem bo zdrowie dało w kość - ale wybieram raczej ciekawe dla siebie tematy). W ruchu jestem dużo szczęśliwszy, nie że super szczęśliwy, ale tak jest lepiej. Niemniej też nie potrzebuję nie wiadomo ile, a rzeczy które mam użytkuję do czasu kiedy to już naprawdę jest uciążliwe. Mimo to nie dorobiłem się, zawsze w coś warto zainwestować (jestem tym kumplem który ma każde narzędzie xD).
I nie że uważam żeby np. oglądanie seriali wieczorami było czymś złym, jest to dla mnie OK, ale sam już nie chcę tam wracać. Na starość spoko, pozamulam sobie. Każdy ma inaczej, każdy też inaczej traktuje pracę.







