1066 + 1 = 1067
Tytuł: Carrie
Rok produkcji: 2026
Kategoria: Horror
Reżyseria: Mike Flanagan
Ocena: 9/10
Po takim se "Życiu Chucka" i takich se serialach jak Zagłada domu Usherów" czy "Klub Północny" (nie byy to złe rzeczy, ale dla mnie poniżej poziomu poprzednich seriali tegoż pana) przyszła kolej na "Carrie".
/mogą być lekkie spoilery/
"Carrie" to klasyk, adaptowana masowo debiutancka książka Stephena Kinga (dziękujemy ci Tabitha, że wyjęłaś tę książkę z kosza). Problem zawsze polegał na tym, że pierwsza adaptacja wyjęła całe mięso z książki i uczyniła historię jeszcze żywszą niż słowo pisane. Więc każda kolejna adaptacja wygląda gorzej, ale też nie dlatego, że były nagrane potem, tylko dlatego, że samą historię starano się dostosować do pewnych ram.
Flanagan postanowił wyjąć mięso i nadać mu trochę inny kształt i dzięki temu ten serial zyskuje całkiem nowy charakter. Niby wszystko jest takie samo, ale dołączone nowe wątki (których nie było w książce) dodają smaczku.
Jednak niczym jest ten smaczek wobec rozbudowanej psychologii postaci, w czym Flanagan wykorzystał formułę serialu idealnie, by przedstawić nam bohaterów bardzo dokładnie. Tylko Tommy Ross nadal pozostaje ciepłymi kuchami - idealnym boyfriendem z liceum, ale możliwe, że i to było specjalnie - w opozycji do naprawdę zdeprawowanej pary antagonistów.
Sama Carrie na początku wyglądała niczym dziecko zamknięte w ciele szarej myszki, ale z czasem zyskuje coraz więcej charakteru, który mimo wszystko nadal próbuje utrzymać w sobie jak najwięcej niewinności i dobra. Co okazuje się bardzo ciężkie w świecie, do którego wkroczyła dziewczyna.
Całkiem nieźle przedstawiono też Chris - typowej przedstawicielki ostrego bullingu. Widać, że dziewczyna ma własne problemy, ale jej największym problem okazuje się to, na kim się wzoruje i jak się okazuje wybrała ten wzór już bardzo dawno temu, więc chociaż ma sporo szans na odbudowanie się - nie korzysta z nich.
Dla mnie jednak najjaśniejszą gwiazdą serialu została Samantha Sloyan w roli Margaret White, czyli matki Carrie.
Jest sporo odniesień do książkowej wersji, a jednak na jakiś pokrętny sposób serialowa Margaret zyskuje kilka więcej warstw - na tyle sporo, by czasem nawet ją lubić. Łapałam się na tym, że często jej kibicowałam, bo szczerze wierzyłam, że zrozumie wszystko i zwykła rodzicielska miłość zwycięży.
Cały serial ma tylko jeden minus - Flanagan przyzwyczaił nas do zamkniętych serii, a tu zapowiada się, że będzie kontynuacja (nie szukałam potwierdzeń tego, ale końcówka to sugeruje nieco). Z drugiej strony już przy "Klubie Północnym" coś tam jęczał pan twórca, że chce się sprawdzić na bardziej długodystansowej pozycji.
Nie wiem czy bez podbicia fabularnego to się uda, ale mam nadzieję na dobry pomysł i kolejne rozbudowywanie postaci i jedziemy z tym. Szczególnie też dlatego, że tak naprawdę "Carrie" mogła by się nazywać "Narodziny Boga" 😉
Wygenerowano za pomocą https://filmmeter.vercel.app
#filmmeter #kinozmahjongiem #seriale