ShivaaFanatyk
35piorunówJak już wspomniałam nie lubię poniedziałków 😛
Od rana ciemno, szaro i jakoś tak smutno, dlatego włączyła mi się nostalgia i wjechały wspomnienia bardziej sielskich dni. A co może być bardziej sielskie od wakacji za dzieciaka?
Uwaga, jak zwykle długie i nudne, ale jak chcecie sobie pochillować to zapraszam xd
#nostalgia #wspomnienia #dlugieopowiescidziwnejtresci
Tylko raz w życiu byłam na wakacjach na koloniach, wspominam je dobrze, ale to nie one zapisały się w mojej pamięci tak wyraziście.
Jako że w domu się nie przelewało to z rodzicami na wakacje nie jeździliśmy. Oznaczało to dla mnie i brata 2 miesiące spokoju od szkoły, ale wypełnione nudnym siedzeniem na chacie na przemian z zabawami na podwórku, o którym wspominałam w jednym z wpisów.
Miałam max z 10 lat, kiedy moja babcia zaproponowała abym spędziła u niej całe wakacje. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stanie się to coroczną tradycją i da mi jedne z najlepszych wspomnień z czasów dzieciństwa.
Jeśli pamiętacie mój wpis o historii pewnych schodów, to dom mojej babci będzie wam znajomy, a jeśli nie, to napiszę o nim parę słów na wstępie.
Babcia mieszkała w jednym z nieistniejących już drewnianych baraków na przeciwko jednostki wojskowej, gdzie wcześniej pracował mój dziadek.
Mieszkanie było podzielone na część babci oraz mojej młodszej kuzynki i jej rodziców, więc nawet kiedy pogoda nie pozwalała wyjść na zewnątrz, to uskuteczniałyśmy domowe zabawy.
Mimo że baraki te znajdowały się w granicach Wrocławia, to miejsce określałam wtedy jako wieś xD bo wokół pola uprawne, działki ROD a do najbliższego sklepu daleka droga.
Po więcej szczegółów odsyłam do wpisu z wiosny xD
Dlaczego było to dla mnie ciekawsze od siedzenia w domu? Oprócz oczywistej zmiany środowiska, ja na codzień mieszkałam w bloku, a te baraki, gdzie wokół prócz jednostki wojskowej i zajezdni autobusowej, były pośrodku niczego, było dla mnie fajną odmianą od ciasnego blokowiska. W sąsiedztwie było sporo dzieciaków do zabaw, a latanie po pobliskich polach było dla mnie niesamowitą zabawą w odkrywanie nieznanego.
Babcia miała 3 działki na pobliskich RODach oraz ogród z przodu i tyłu domu.
Wiadomo, że byłam już na tyle duża, że rodzice na te wakacje nie sprzedawali mnie za darmo xD musiałam jakoś na miskę świeżych owocków zapracować. Tak więc niemalże każdego dnia (poza świntą niedzielą, kiedy musiałam dźwigać największy ciężar i wstać na poranną mszę) chodziłyśmy na te działki i zasuwałyśmy po wiele godzin. Możecie teraz zapytać o kuzynkę, ciocię, wujka, dlaczego oni nie pomagali (jedynie korzystali z owoców natury)? To już spieszę z odpowiedzią:
Nie wiem xD
W każdym razie urabiałyśmy się po pachy, bo wiadomo jak to z ogródkiem: trzeba odchwaścić, przekopać, nawozić, sadzić, palić, zale... em nie tak, podlewać, pozbywać się szkodników, głównie w postaci stonek ziemniaczanych, a na końcu zbierać plony. A jak już wspomniałam były 3 działki i dwa mniejsze ogródki przy domu!
Jedna z działek znajdowała się trochę dalej i zwykle jeździłyśmy tam na niebieskim składaku babci, w tamtą stronę jechałam na bagażniku, a kiedy miałyśmy zbiory to trzeba było wracać na piechotę, pchając rower obwieszony wiaderkami z owocami i warzywami.
Ale nie myślcie, że babcia wymagała ode mnie tyle co od siebie. Zawsze dawała mi czas na zabawę, a ja nie narzekałam na znajdowanie zajęć na ogrodzie.
Jak sobie teraz myślę, to oddałabym miesięczny przydział pitcy aby znów móc sobie siąść tam w ogrodzie, bez pracowych stresów, zobowiązań, podatków i kopać dołek w ziemi w poszukiwaniu skarbów i na końcu zalać go wodą i cieszyć się z dobrze przygotowanej w ten sposób zupy 🥹
A skarby znajdowane w przekopanej ziemi potrafiły być na prawdę ekscytujące. Znajdowałam stare monety, kawałki porcelany, sztućce i inne cuda. Te kawałki porcelany były szczególnie cenne, jeśli znalazły się na nich malowane ozdoby. Zabierałam to wszystko do domu i miałam tego pokaźną kolekcję, dorośli członkowie rodziny nie popierali moich śmieciowych upodobań.
Dodatkowo każdy z tych skarbów miał w mojej głowie własną historię. Babcia bardzo dużo opowiadała mi o wojnie, przez co zaczęłam przypisywać przykładowo potłuczoną porcelanę jakiejś bombie, która musiała wybuchnąć w miejscu znalezienia skarbu.
Pewnego dnia spotkała mnie duża przykrość.
W przerwie od pracy na ogrodzie, dostałam pozwolenie na eksplorację terenów działkowych. Takie samotne odkrywanie nowych ścieżek za dzieciaka było jeszcze bardziej ekscytujące niż teraz. Dotarłam do końca ścieżki, gdzie ogródki sąsiadowały z jednostką wojskową, był tam wysoki mur i sporo krzaków oraz zajefajne przejście skrót pomiędzy oficjalnymi ścieżkami. Oczywiście nie zważając na ostre krzaczory wlazłam tam na pełnej i tak przeciskając się między nimi coś pojawiło mi się na drodze. Ja wiem, że dla dorosłego to nic wielkiego, ale ja do końca dnia byłam straumatyzowana as fuck i do dziś pamiętam to przerażenie. Przede mną leżał spory, martwy i już mocno rozkładający się pies. A ja miałam wtedy psa i bardzo go kochałam, dlatego widok ten tak mną wstrząsnął, że natychmiast zrobiłam zawrót i wracałam stamtąd jak przez mgłę. Ot takie tam dziwne dziecięce traumy, które teraz wydawać się mogą śmieszne.
Poza tym na ogródkach zwykle towarzyszył mi duch dziadka. Dziadek zmarł parę miesięcy przed moimi narodzinami, nigdy się nie poznaliśmy. Ale babcia miała sporo jego zdjęć i dużo o nim opowiadała a opowieści w dużej mierze dotyczyły różnych udogodnień działkowych, które były jego dziełem. Dlatego mimo, że się nie spotkaliśmy, czułam go za każdym razem kiedy wchodziłam do domków na ogródkach, oraz podziwiałam ule jego autorstwa.
Nie chcę za bardzo zanudzać wciąż tymi działkami, ale jeszcze jedno piękne wspomnienie do mnie wróciło. Baaardzo chciałam abyśmy kiedyś zjadły na ogrodzie kolację, nie pytajcie dlaczego, tak sobie ubzdurałam.
Wymagało to przyniesienia z domu stołu, krzeseł, zastawy oraz jedzenia. Oczywiście wszystko trzeba było nieść na rękach z domu, bo babcie przecież nie mają samochodów, nie? Przynajmniej za moich czasów nie miały xd
Ale dla mnie ten wysiłek był wart jednych z najpiękniejszych kolacji w moim życiu 😍
Rozłożyłyśmy stolik na środku ogrodu, pod starymi wiśniami, na stolik cerata w kratkę, najładniejsze porcelanowe talerzyki na jakie zgodziła się babcia i przygotowane wcześniej potrawy (już nie pamiętam jakie). Było ciepło, środek lata, już wypoczęta od szkoły, ale do września jeszcze daleko, słońce powoli zachodziło i przebijało się przez liście wiśni. Pamiętam te promienie do dziś.
Ehh, gdybym mogła robić w życiu sejwy w konkretnych momentach, ten byłby jednym z nich 🥺
Ogródki przy domu też były fajne, do tego z tyłu baraku lubiłam wychodzić oknem, bo inaczej trzeba było obejść budynek naokoło xD
Ogółem z przodu babcia hodowała przeróżne kwiaty, natomiast z tyłu były wiśnie, szczypiorek i jeszcze coś, nie pamiętam. W każdym razie przestrzeń wypełniona na 100% jeszcze z przodu domu była duża jabłoń na którą uwielbiałam wchodzić i to był jedyny czas w moim życiu kiedy lubiłam jabłka, ale tylko te świeżo zerwane z drzewa, jedzone parę metrów nad ziemią.
Pewnie zastanawiacie się co babcia robiła z tymi wszystkimi owocami i warzywami. Oczywiście jak to babcia, głównie przetwory, sporo było też jedzonych na świeżo, zdrowego jedzenia całej rodzinie nie brakowało. Natomiast zawsze był jakiś nadmiar. Na szczęście niedaleko nas znajdowało się spore targowisko (istnieje do dziś), gdzie na rowerze woziło się wiaderka pełne warzyw i owoców i sprzedawało. Nie zawsze zeszło wszystko i trzeba było wracać obładowanym spowrotem. Mam z tym związane jedno wspomnienie jak już miałam lat naście.
Wraz z kuzynką i bratem zostaliśmy wysłani sami na to targowisko aby sprzedać wiśnie.
Stanęliśmy gdzieś między tirami wypchanymi podobnym towarem i staliśmy jak ciołki czekając na klientów, co jednak było najgorszą częścią tej całej historii z ogródkami. Ale trochę nam się poszczęściło, bo stojąca obok babka pozwoliła nam wdrapać się na pakę jej tira i sprzedawać z bardziej komfortowego poziomu. Mi tam było dobrze, mogłabym do końca dnia tak siedzieć. Niestety kuzynka i brat jako młodsze dzieciaki dostawali kurwicy z nudy i zaczęli roznosić wnętrze tego tira. Ja bez jakichkolwiek zdolności wychowawczych nie byłam w stanie nad nimi zapanować, więc zostaliśmy z tego tira szybko wyjebani, bo babce cierpliwość po prostu się skończyła.
Dobra, tyle na temat ogródka i jego darów. Bo jednak nie tylko wokół tego kręciły się te wakacje.
Może nie była to rzecz charakterystyczna dla wakacji, bo całkowicie całoroczna, ale kiedy byłam u babci, mogłam brać w tym udział xd jako rodzina katolicka, nie jedliśmy mięsa w piątki, zamiast tego ZAWSZE, ale to ZAWSZE w piątki babcia robiła pierogi ruskie dla całej rodziny (8 osób), które potrafiły starczać na 2-3 dni. Roboty było sporo, a po robocie, babcia zawsze jechała pół miasta aby zawieźć te pierożki do mojego mieszkania. Taka tradycja, jak ja i pitca. Oczywiście lepienie pierogów ani wtedy ani teraz nie należało do moich ulubionych zajęć, ale wyobraźcie sobie ten smak babcinych pierogów scybulko i ziemniaczkami z własnego ogródka. Ehh...
Napiszę jeszcze ze dwa słowa o aktywnościach u babci. Bo kompanów do zabawy tam nie brakowało. Zwykle spotykaliśmy się z innymi w małym parku obok, który jest terenem starego cmentarza żydowskiego. No w sumie to chyba tylko mnie ten fakt kręcił, bo lubiłam creepy historie i straszenie się duchami. W każdym razie, zwykle tam zaczynały się nasze przygody.
Siadaliśmy na ławce, zjawiali się kolejni i kiełkowały pomysły na nowe przygody. Absolutnie najfajniejsze i najbardziej emocjonalne były zabawy w wojnę. Dzieliliśmy się zwykle na dwie grupy, w których zawsze byłam osobno z typem który mnie okrutnie nerwował, m.in dlatego bo wystarczyło szturchnąć go patykiem, a już leciał z płaczem do swojej świrniętej matki, która przychodziła z ryjem do mojej biednej babci.
Mimo wszystko nasze grupowe walki i podchody były epickie i żadne paintballe czy laser tagi nie są mi w stanie teraz tego zastąpić.
Wspominałam też (kiedyś), że ciągałam dzieciaki po różnych zapuszczonych miejscach. W skrócie: odkrywałam że jeszcze gdzieś mnie nie było, podjudzałam dzieciaki aby tam ze mną polazły, włóczyliśmy się po różnych chaszczach, pozostałościach budynków, hal i innych, wracaliśmy po długim czasie, brudni, z poniszczonymi ubraniami, a na miejscu zastawaliśmy dorosłą ekipę poszukiwawczą, po czym zgarniałam opierdol za wszystkich xD no wyrobiłam twardą d⁎⁎ę.
W jednym z takich opuszczonych terenów przemysłowych zorganizowałam kiedyś biwak. Na wielkiej żelbetowej płycie zrobiliśmy sobie ognisko i smażyliśmy jajka na dużej pokrywce od słoika xD pamiętam że wyszły niejadalne, ale nie wiem czy z powodu nieprzystosowanej do tego pokrywki czy z braku umiejętności kucharskich xD
W pobliżu tego miejsca znalazłam kiedyś hełm wojskowy, ale stwierdziłam że pewnie będzie pszypau brać to do domu więc zostawiłam gdzie leżał. Było tam dużo różnych skarbów.
Nie tylko teren i znajomi sprawiali, że lubiłam być u babci.
Kocham koty, od kiedy pamiętam, mam pierdolca na ich punkcie xD niestety rodzice nigdy się nie zgodzili na kota. Ale wiecie, w bloku w centrum to co innego, a u babci na barakach to trochę inna sytuacja, można przecież zajmować się jakimś wolnożyjącym.
Kiedyś na barakach wypatrzyłam takiego jednego czarnuszka z pięknym białym krawacikiem. Oswajanie go, choć zajęło mi wiele czasu, było wspaniałym przeżyciem. Małe, piękne stworzonko z czasem zaczęło mi ufać, dawać się karmić i głaskać. O zabraniu go do bloku nie było mowy, więc tylko na czas wakacji i babci mogłam się z nim bawić. Wyobraźcie sobie tą radość na początku wakacji, jak przyjeżdżałam, czekałam na niego, a on na mój widok po dłuższym czasie leciał do mnie podskakując radośnie 🥹
W imiona dobra kiedyś nie byłam, nazwałam go więc Ogonek (ale mój kanarek był lepszy - nazywał się Biały Kieł xDD). Kotek niestety zaczął chorować, babcia się ulitowała i nawet zabrała go do weterynarza i dostał jakieś leki. Któregoś dnia już się nie pojawił, a po dłuższym czasie mojej rozpaczy, babcia powiedziała, że widziała go potrąconego przez auto przy drodze.
Tak, to był dla mnie szok, ale jakoś to przetrawilam z czasem. Ale laaaaaata później, a właściwie wcale nie tak dawno od dnia dzisiejszego, pojawił się plot twist, dowiedziałam się od cioci, że tak na prawdę kot był na tyle chory, że babcia zabrała go do weta na uśpienie, a mi powiedziała o potrąceniu bo uznała, że będzie to dla mnie mniejsze zło ¯\\(ツ)/¯
Kuuuuurła, znowu się rozpisałam bardziej niż planowałam a jeszcze tyle chciałam wspomnieć xD no cóż, streszczę się, gratulacje jeśli tu dotarłeś xD
Muszę wspomnieć o jeszcze jednej miejscówce. Niedaleko domu, przy RODach stała dość spora (a przynajmniej tak ją zapamiętałam) drewniana szopa mojej babci. Głównie trzymała tam węgiel na zimę, ale leżały tam też różne stare graty, między innymi zabawki z dzieciństwa mojej mamy. Uwielbiałam buszować po tej szopie, wspinać się na górę węgla, aby móc dosięgnąć do wysokiej półki na której stały różne worki i kartony ze skarbami. Abyście zrozumieli moją radość w tym, to muszę wyjaśnić, że ja od zawsze uwielbiałam starocie, rzeczy z jakąś historią, tajemnicą, a jeśli dotyczyły mojej rodziny to było jeszcze bardziej ekscytujące. Poza tym oczywiście dorabiałam sobie historie do znalezionych przedmiotów.
Dlatego ta szopa była dla mnie takim cennym miejscem, niestety nie mogłam eksplorować jej za dużo bo babcia mnie poganiała 😛
A co robiłam kiedy padał deszcz? No właściwie wszystko co robią dzieciaki kiedy się nudzą. Poza oczywistymi rozrywkami, miałam z kuzynką zabawę w mapki, niestety przez to, że była młodsza i mniej ogarnięta, nie było to z jej strony dobrze rozplanowane, ale ja zawsze starałam się do bólu. Polegało to na tym, że robiło się mapy całego mieszkania albo przynajmniej jednego pomieszczenia i chowało je. Wiecie, dostajecie mapę na której zaznaczone jest gdzie znajdziecie kolejną mapę i były poszukiwania. A na końcu, jeśli ktoś dotarł i znalazł wszystkie mapy, dostawał skarb. Mogły być to np słodycze, albo jakaś mała zabawka, którą chciało się oddać. Często się w ten sposób wymieniałyśmy rzeczami. Moglyśmy się w to bawić całe dnie, choć rysowanie map było trochę upierdliwe.
Z takich bardziej durnych zabaw to lubiłyśmy wkurzać sąsiadkę zza ściany odbijaniem się z kanapy wprost na ścianę, która zrobiona była z desek i jakichś wiór pomiędzy, więc musiało być to głośne. W reakcji na to babka waliła w ścianę i darła się, że mamy się uspokoić, a w ostateczności przychodziła z aferą xD
Z samotnych aktywności w domu, lubiłam szperać po szafach, zawsze znajdowałam jakieś starodawne cuda. Najlepszym znaleziskiem okazała się stara mapa Wrocławia. Tak stara, że zaznaczony na niej był jeszcze pobliski cmentarz zanim został przekształcony w park. A ja mapy bardzo lubiłam, do dziś zresztą przeglądam jakieś archiwalna w poszukiwaniu ciekawych, nieistniejących już obiektów. Ale to inna historia.
Wiadomo że wszystko co dobre szybko się kończy i co gorsza nie ma powrotu, bo czasu nie cofniemy. Po kilku takich wakacjach mój brat był już na tyle duży, że dostał możliwość spędzania u babci połowę wakacji, natomiast ja miałam już tylko drugą połowę. Z czasem zaczęłam dorastać i interesować się piciem wina pod mostem z punkami i wakacje u babci straciły swój magnetyzm.
Fajnie było przez chwilę do tego wrócić myślami i dodatkowo spisać najciekawsze w moim mniemaniu perypetie. Teraz do końca dnia będę sobie wspominać i poniedziałek pomału odchodzi do historii.
Załączam zdjęcie z pokoju mojej babci przedstawiające moją wyblurowaną rodzinę wraz ze mną trzymającą Ogonka, to jedyne zdjęcie jakie z nim mam
























