Hejto.pl
Dodaj post

Wpisz coś do wyszukania (minimum 2 znaki)

#wspomnienia

Lider

w Hydepark

128piorunów

Ależ mi się schadenfreude uruchomiło. Kilka tygodni temu kumpel z pracy, z innego działu, podesłał mi CV gościa związanego z uczelnią, na której sam kiedyś byłem i zapytał czy gościa znam, bo złożył do niego kwity na rekrutację. Otworzyłem to CV i wraz z zobaczeniem zdjęcia dostałem od razu flashbacki sprzed wielu lat jak jakiś weteran z wojny. To ON!

Naprawdę miałem fajny kierunek na który poszedłem z pasji, większość prowadzących była super albo spoko. Niewiele trafiało się złośliwości czy uwalania studentów. Wyjątkiem był on.

Nazwijmy go Nowak. Nowak był wyjątkowym sukinsynem. Był niewiele starszy od studentów, miał max 28 lat, a traktował studentów (i nie tylko) jak śmieci. Gnoił na zajęciach, na kolokwiach, na konsultacjach, a dlaczego? Bo mógł. Tajemnicą poliszynela było, że facet jest wysoko kryty - miał bliską rodzinę w rektoracie i to bardzo wysoko, która dużo mogła. A on z tego korzystał. Student podobno był z niego słaby, ale chciał zostać na uczelni, to został. Kurde, gówniarz świeżo po studiach dostał własny pokój i siedział sobie jak panisko - robił co chciał i nawet starzy profesorowie, z wyjątkami, niewiele mogli mu zrobić. Skargi na niego były, ale szybko się skończyły jak się okazało, że one tylko pogarszają sytuację.

Moje doświadczenia: Od pierwszego dnia wiedzieliśmy, że będzie słabo. Od pierwszych zajęć na pierwszym roku traktował wszystkich jak g...o. Mieliśmy z nim ćwiczenia. Na mnie jakieś szczególne cięgi nie spadły, ale wielu z moich kolegów nie dopuścił do egzaminu, bo mógł. Mówił do każdego z pogardą, że do niczego się nie nadajemy, a jak on zechce, to nikt tych studiów nie skończy. Bo mógł. Trochę go temperował kierownik jego katedry, stary zasłużony profesor, któremu akurat ów panicz mógł skoczyć. Za ważna figura i na uczelni i w polskiej nauce.

Gość był chamem, poniżał studentów, kazał przychodzić na jakieś dodatkowe zaliczenia czy poprawki o jakichś godzinach typu 19:00 po czym sam rzadko się pojawiał. Gdy kończyliśmy rok, gość obronił doktorat (który był dla niego speedrunem z uwagi na koneksje) i kompletnie mu odjeało. Dziewczyna przyszła spytać o jakieś wpisy zwracając się "panie magistrze" z przyzwyczajenia, to ją zbluzgał, kazał wypiedalać na korytarz, przeczytać co jest na tabliczce przed drzwiami i siedzieć jej do wieczora na korytarzu aż będzie wychodził i dopiero jej da wpis, to się może nauczy szacunku :confused:

Nienawidzili go wszyscy, i studenci, i pracownicy - o kolegach nie piszę, bo żadnych nie miał. W późniejszych latach próbował się socjalizować, choćby ze studentami starszych roczników, ale bez powodzenia. Ja byłem w tzw kole naukowym, kilku moich podopiecznych poszło do niego mimo moich ostrzeżeń, czy nie pomógłby im napisać jednego artykułu. Wygłosił im kazanie o różnicy w poziomie naukowym i że nic mu nie przyjdzie ze współpracy z bodajże "odpadkami". Uprzedzałem. Unikałem go jak mogłem i na szczęście po drugim roku zajęć z nim nie miałem na moje szczęście, bo akurat raz go wpakowałem (celowo) na minę i zapewne chętnie by mi się za to odwdzięczył.

Studia skończyłem, kontakt z uczelnią i niektórymi pracownikami utrzymałem z uwagi na fakt, że częściowo dalej jestem związany branżowo ze starym kierunkiem, ale ciężko było zapomnieć taką gnidę, choć coraz rzadziej wracałem do tego myślami. Nazwisko nowaka przewijało się na spotkaniach z kumplami z roku, zawsze z tym samym mianownikiem - najgorsza kanalia jaką nosił nasz kierunek, co zresztą potwierdzali inni pracownicy xD

Ale wracając do początku - równolegle zapytałem kumpla z rocznika który został na uczelni, że co to się stało, że cudowne dziecko polskiej nauki, taki brylant, szuka roboty. No i się okazało:

-Nowak przez ostatnie lata nie robił nic - nota bene miał problem z rozwojem naukowym, bo nikt poważny z nim nie chciał współpracować.

-Rodzina załatwiała mu kasę i granty, ale niewiele z tym robił - nie miał publikacji, punktów i co najważniejsze, nie zrobił habilitacji.

-Ww. byłoby dla niego banalne, gdyby nie był leniem, a bez habilitacji przez ileś tam lat można wylecieć z uczelni.

-Parasol rodzinny się skończył - ktoś odszedł na emeryturę zapewne, i się zaczęło.

-Starzy "koledzy" przycięli mu kompletnie kurek z kasą na badania i grantami - wszystkie wnioski poodrzucane. Przestał prowadzić zajęcia (choć zapewne mu zabrali, żeby nie dręczył ludzi) i przez jakiś czas był w kompletnym zawieszeniu i zrozumiał, że przy pierwszej okazji zostanie wy*ebany z roboty, co podobno zresztą mu zapowiedziano - jak nie zrobi habilitacji do kiedyś tam, to skończy karierę na uczelni.

-Z ww. powodów, na habilitację nie ma szans. Nikt o współpracy z nim nie chce słyszeć.

O jaka szkoda xDDDD Powiedziałem kumplowi co o nim myślę, choć kusiło mnie przez sekundę przykucnąć do poziomu nowaka i poprosić kumpla żeby go zaprosił na rozmowę to i ja przyjdę i rzucę mu kilka pytań i powiem, co myślę o współpracy z nim xD Ale nie, daruję sobie. Na rozmowę zaproszony zapewne nie będzie. Niech gnije. Trochę to słabe, ale cieszy mnie to, co go spotkało. Przy najbliższym piwie ze starą wiarą ze studiów pewnie niejedna kolejka za to pójdzie :smiley:

Pokaż więcej komentarzy (10)

Autorytet

w Hydepark

59piorunów

Jestem na różnych grupkach na FB, Reddit i forach, gdzie użytkownicy dodają zdjęcia z czasów zaprzeszłych z Warszawy. Przeglądam sobie miejsca, które dobrze obecnie znam, które odwiedzałem docelowo tudzież przejazdem, i patrzę jak się zmieniały w perspektywie lat. Na niektórych fociach, np. na Google Street View, potrafię się odnaleźć, bo po prostu napotkałem samochód Google'a cykający zdjęcia i zapamiętałem, w którym miejscu się to wydarzyło. Potem pojawiło się to na mapach i ot, śmieszna "pamiątka". ( ͡ʘ ͜ʖ ͡ʘ)

Ostatnio natknąłem się na album zeskanowanych zdjęć, który ktoś wrzucił, a na jednym z nich... moja mama w Polonezie. XD
Poldek miał żółtą naklejkę na szybie informującą o zamontowanej blokadzie skrzyni biegów, zgadza się reszta widocznego wyposażenia oraz ulubiony polar mojej mamy w takim zielonkawym kolorze.

Poldek był jeżdżącą fortecą, przekleństwem złodziejskiego kurewstwa XD
Miał blokadę skrzyni biegów (bolec wsuwany w gniazdo w tunelu środkowym), miał lagę trójramienną 2w1 (jedna tylko na kierownicę, druga na pedały), miał alarm, immobilizer na breloczek przykładany do czytnika, zakładaną kłódkę na kolumnie kierownicy i układ z zaworami, który jak był uzbrojony, to po wciśnięciu hamulca blokował tylne lewe i przednie prawe koło, by uniemożliwić jazdę albo utrudnić wciągnięcie na lawetę, blokadę otwierania maski (trzeba było wpierw rozbroić immobilizer).

Ojciec wytrawił na oknach numer tablic, lutownicą na kierunkowskazach, a wycieraczki były zabezpieczone drutem do wiązania. Kołpaków nie kradli... Radio oczywiście zabierane na noc do domu. XD

Samochód próbowali ukraść... naście razy. Raz go ciągnęli na lince, ale urwała im się po 200 metrach, rozebrali pół kokpitu, cięli brzeszczotami ręcznie lagi i kłódki, no najebali się przy nim, ale nie udało się go ukraść. Z racji tego, że to był pierwszy samochód moich rodziców, to tam nie było zmiłuj, brakowało tylko jakichś kotw i łańcuchów, które przypinałyby samochód do podłoża XD
Zdjęcie musiało być wykonane między 1996/1997 (nie pamiętam dokładnie w którym roku był zakupiony), a 2002 rokiem, w tym okresie Poldas był u nas w rodzinie. (° ͜ʖ °)

Pokaż więcej komentarzy (12)

GURU

w Hydepark

14piorunów

Jestem tak stary,ze moje zycie zaczyna skladac sie z anegdot( ktore i tak zapominam xd)- dzisiaj chetnie podziele sie jedna z nich.

Mojej bylej malzonki kolezanka,wraz ze swoim mezem( przyjaciolka malzonki i jej wybranek serca w sensie) zaprosili nas pewnego dnia do siebie, do nowego domu na wsi- pogadalismy,popilismy,itede,nic ciekawego( chcieli sie pochwalic,ze wraz z tesciami na spolke kupili i wyremontowali,taka parametowka).

Przychodzimy po paru tygodniach( albo miesiacach) ponownie w odzwiedziny,a ja patrze,a na wieszaku w przedpokoju wisi moja kurtka( musial zapomniec ja nalozyc)- taka baseballowka, z pomaranczowa podszewka, jak sie pozniej okazalo- szal-cial i obiekt westchnien.

Zaczynam ja na siebie nakladac i nagle jak spod ziemi wyrasta tesc kolezanki- patrzy sie na mnie zdziwiony co ja robie- szybko sie zorientowalem w czym rzecz i odlozylem kurtke na miejsce.

Pozniej sie okazalo,ze chlop tak sie zzyl z ta bejsbolowa, ze wszedzie ja nakladal, podobala sie znajomym rodzinie na wsi itede, w ogole chlop sie w niej czul jak milion dolarow xd

Wracajac do domu patrze,a chlop w niej na dworze rabie drewno- nie powiem,lezala na nim jak szyta na miare.
Na dowidzenia pogadalem z nim o niczym i sprzedalem tipa gdzie "kupil" kurtke- od tej pory ubieral sie juz tylko w peek i cloppenburgu.

Na kolejnym spotkaniu dziekowal,ze powiedzialem mu takim miejsce,ze ma argument,zeby jezdzic z zona do Warszawy( kobieta straszny domator i zakochana we wsi) i jak to powiedzial: zaczal nareszcie wygladac jak czlowiek- ludzie w wieku emerytalnym,wiec tak srednio ogarniali wtedy internet.

Kurtka bomberka/baseballowka marki mcneal sprawila staremu chlopu ogrom radosci i po czesci sprawila,ze czesciowo zmienil swoje zycie.

A przypomnialem sobie tylko dlatego,ze widzialem w podobnej kurtce na ulicy jakiegos malolata.
P.S- na zdjeciu podobna kurtka( nie znalazlem oryginalu)- z podobna podszewka pomaranczowa

i chyba troche

Pokaż więcej komentarzy (4)

Zawodowiec

w RetroGry

12piorunów

Brick Game — to na tej konsoli Polacy zaczęli grać w Tetrisa w latach 90-tych

Początek lat 90. przyniósł w naszym kraju prawdziwy boom growy. Zaraz po upadku komuny miliony młodych Polaków stało się bowiem posiadaczami przenośnych konsol do gier. Prym wiodły wtedy „ruskie jajka” i gierki elektroniczne, dostępne w wielkiej liczbie na bazarach, chodnikach czy odpustach.

Autorytet

w Dyskusje

9piorunów

Link z artykułu zabrany z wykopu. Ogólnie włos się jeży jak się poczyta o „zaangażowaniu” polskiej policji. Pewnie sprawcy znani i chronieni.

Szkoda dziewczyny.

I przypomniało mi się, jaki byłem mlody i głupi i ile szczęścia miałem. Gdzieś w tych latach 2001-2002 byłem u kuzynki w Gorzowie i pojechałem PKS nad morze na godzinkę, potem wracałem przez Szczecin. Mały chudy zaczytany w książkach nastolatek. I do dzisiaj pamiętam jak w jakimś busie w Szczecinie starsza babka zaczęła mnie wypytywać gdzie jadę, czy z kimś jestem, czy do kogoś jadę. Potem zaczęła pytać czy bym nie wpadł na kawę do niej, po co mam czekać na przystanku itd. Jako że nie miałem kasy i zależało mi by złapać ten jeden ostatni autobus ze Szczecina do Gorzowa odmówiłem.

Potem młodzieńcza fantazja mówiła, że hehehe może babka chciała jakieś miłe

akcje ale teraz jak czytam te historie to w sumie niewiadomo co by było i gdzie bym skończył i w sumie dobrze, że nie poszedłem na kawę.

https://wydarzenia.interia.pl/mazowieckie/news-zignorowane-tropy-zaginiony-telefon-i-smierc-swiadka-sprawa,nId,23542070

Pokaż więcej komentarzy (9)

Osobistość

w Dyskusje

68piorunów

NI TO WSPOMINKI

Odc: 1

Pomyślałam, że rozpocznę sobie nowy cykl krótkich historii z mojego życia. Początkowo chciałam go nazwać wspominki ze studiów, bo właśnie w tym okresie dzialy się w moim życiu najdziwniejsze rzeczy, ale myślę, że lepiej to uogólnić :smiley:

A więc czasem z uśmiechem okraszonym obrzydzeniem przypomina mi się sytuacja kiedy czytając książkę w pokoju w akademiku, nagle z korytarza zaczęły dobiegać odgłosy srogiego odruchu wymiotnego, a to że był to stary budynek z wysokimi sufitami, odgłos był spotęgowany echem odbiajacym się od pustych długich korytarzy.

Pierwsza myśl? Pewnie ktoś za dużo wypił i teraz oddaje to co w siebie wlał we wspólnej toalecie. Głos jednak się ciągle powtarzał, więc poszłam to sprawdzić. A o ścianę pod łazienką damską, opierała się pani sprzątaczka. Spytałam się jej czy wszystko w porządku. Ona wybuchła czymś w rodzaju krzyku frustracji, że ona tak dłużej nie może, że jak tak można taki syf zostawić pod prysznicem, że rzygac jej się od tego chce. Że ona nie będzie tego sprzątać.

Oczywiście musiałam to sprawdzić, nie wiem czy włosy mogą aż tak kogoś obrzydzać, ale tak widok był bardzo dziwny. Pod prysznicem był wręcz dywan z czarnych długich włosów, które później widziałam jeszcze nie raz choć już nie w takiej ilości. Domyślalam się do kogo one należały. Miałyśmy na piętrze taka dziewczyna co miała tak gęste włosy, że i jej włosy chyba miały włosy. Normalna osoba gubi może kępek włosów podczas mycia, a ona gubiła kilka garści a i tak nie było tego widać, żeby coś z jej głowy ubyło.

Jedynie co mogłam powiedzieć sprzątaczce, że jeżeli to ja obrzydza to niech nie sprząta bo za takie coś powinni jej płacić dodatkowo... Jednak za każdym razem jak sobie przypomnę ten widok to można by pomyśleć że chubaka się tam rozpuścił i zostawił po sobie tylko "sierść"

Gruba ryba18piorunów

Aaaa wróciłaś! Uwielbiam. Jeszcze nie czytałam, ale jestem tak podekscytowana, że musiałam się uzewnętrznić. ❤️❤️

Pokaż więcej komentarzy (13)

Gruba ryba

w Hydepark

30piorunów

Lider8piorunów
Pokaż więcej komentarzy (9)

Fanatyk

w Hydepark

36piorunów

Jakoś mnie po urlopie łapie nostalgia. Tęsknię za tym, co nie wróci, romantyzuję dzieciństwo i patrzę w przestrzeń 😉

Na zdjęciu z Google Maps ta kamienica po lewej z białą ścianą, to miejsce w którym spędzałem w każde wakacje sporo czasu. Tu mieszkały moja babcia i prababcia a wcześniej też (zanim wyszła za mąż) moja ciocia, którą sporo dzieciaków brało za moją siostrę, bo była tylko 10 lat starsza ode mnie. W każde wakacje w czasach gdy miałem jakieś 7 do 12 lat, gdy rodzice szli do pracy ja szedłem do babci i spędzałem tam zwykle cały dzień aż do wieczora. Na zdjęciu z 2013 nie ma już zabudowanego podwórka, ale w latach 80. i 90. miało ono niemal kształt tzw. studni, było z trzech stron otoczone ścianami, coś jak przedwojenne warszawskie kamienice. Była też brama w której w deszczowe dni tworzyła się kałuża do której wrzucaliśmy kamienie. Na korytarzach kamienicy były jakby hole, wolna przestrzeń. W tych holach bawiłem się z moim kumplem Piotrkiem, gdy była kiepska pogoda. Sąsiadem mojej babci był starszy facet krótkofalowiec, który zagłuszał swoją krótkofalówką radio w kuchni mojej babci 😉 Na podwórku w murowanej wiacie stały śmietniki. Na tę wiatę się wspinaliśmy i bawiliśmy z Piotrkiem i Arkiem w czołg. W kamienicy tworzyła się swoista społeczność. Często latem drzwi do mieszkań były otwarte, bo ludzie wietrzyli. Wszyscy się znali, każdy zagadywał. Biegające wszędzie samopas dzieci tolerowano i przymykano oczy na hałas, który robiliśmy. Na początku lat 90. obok kamienicy działa jeszcze spółdzielnia dziewiarska i chodziliśmy podglądać jak pracują maszyny dziewiarskie. Biegaliśmy też sprawdzić czy pod bramą spółdzielni leżą butelki, które można było sprzedać. Jak babcia dała mi 1000 zł, to mogłem w pobliskiej lodziarni kupić dwie gałki lodów. Później jadłem te lody siedząc na schodach przed wejściem na podwórko i przeżywałem pierwsze fascynacje dziewczynami patrząc na nogi starszej o dobre cztery-pięć lat córki sąsiada z parteru. Około 14:00 babcia albo prababcia wychodziły, otwierały małe okienko na klatce schodowej i wołały mnie na obiad. Później babcia albo ciocia schodziły i wieszały pranie na podwórku. Kochałem stać i czuć jak to pranie pachnie. Czasami wyrywaliśmy się (przeważnie z Arkiem) na wolność, poza spojrzenia dorosłych i szliśmy "w miasto". Łaziliśmy chwilę po sąsiednich ulicach i wydawało nam się, że robimy coś bardzo dorosłego. U babci w domu zawsze był spokój, to była dla mnie taka bezpieczna przystań. Kuchnia, Lato z Radiem w głośniku, zacienione podwórko, zabawy z innymi dzieciakami niż kumple z mojego osiedla...

Dziś nie żyje już ani moja prababcia, ani babcia, zmarł facet krótkofalowiec oraz starsza pani, która zawsze była miła dla dzieci i do której często wpadał jej syn, by wyprowadzić jej psa na spacer. Nie żyje też mój kumpel Arek, zmarł kilka lat temu na raka...

Pokaż więcej komentarzy (7)

Tytan

w Hydepark

111piorunów

W gorących pojawił się wpis o tym że *jesteśmy jedynym pokoleniem potrafiącym zainstalować drukarkę.

Naszły mnie wspominki, jak to dostałem nowy komputer, no ale Stary chciał zaoszczędzić więc kupił komputer bez systemu operacyjnego.

Jako że moja kopia zapasowa Windowsa gdzieś przepadła poszedłem do kolegi, po jego kopię Windowsa, niestety, nie było go, tylko jego Stary.

- Słuchaj no mlody, no nie mogę znaleźć, ale mam "orygalny system operacyjny"

Oczy mi się zaświeciły, z oryginałów miałem tylko dwie płytki "Komputer Świat Twój Niezbędnik", Stary kolegi daje mi plytke i książeczkę która na pewno miała większy wpływ na młody organizm niż alkohol i narkotyki.

MANDRAKE LINUX

Jak moje spierdolenie pozwoli mi kiedyś mieć kobietę i dzieci będę powtarzał, że wszystkiego należy w życiu spróbować, ale od linuksa trzymaj trzymaj się z daleka bo cię zmiecie z planszy.

Problemy z alsa/pulseaudio? Snią mi się do dzisiaj.
X wywala do trybu tekstowego? Żaden problem.
Nie działa skaner? Sane oraz sterowniki dla windowsa i odpowiedni plik konfiguracji.
Szukasz rozwiązania na elektrodzie? zrekompiluj Kernel, to na pewno wina Kernela mordo.

A potem już poszło, dzieci w szkole opowiadali o tym jakie fajne jest GTA3, a ja mogłem tylko się patrzyć na tego jebanego pingwina.

Pokaż więcej komentarzy (34)

Fenomen

w Hydepark

10piorunów

Dzisiaj film, do którego nagrania zbierałem się długo. Ciężko wracać do tych czasów, z poczuciem, że mogło to wszystko potoczyć się zupełnie inaczej. Piękne wspomnienia i przygody, które na szczęście choć trochę mam udokumentowane w formie zdjęć i filmów. Zapraszam na moją historię od rockmana do producenta muzyki elektronicznej.

https://www.youtube.com/watch?v=rTu_ZTq_kWA

GURU

w Gry

42piorunów

Ależ to było złoto :D

Sven Bømwøllen - 2002

Pokaż więcej komentarzy (9)

Fanatyk

w Hydepark

94piorunów

Jako że odliczam ostatnie dni do urlopu, który tym razem niestety spędzę nad polskim morzem (niestety bo zimno), to powspominałam sobie swoje poprzednie wyjazdy, jeden szczególnie zapadł mi w pamięć 😅

Pisałam jakiś czas temu o starej pracy na miotle, że polecieli w c⁎⁎ja z kasą. Właśnie wtedy wydarzył się tamten urlopik, który jeszcze przed zamieszaniem z kasą miał być na totalnego biedaka, a wyszedł jeszcze bardziej xD

Był to też mój pierwszy 'dorosły' wyjazd nad morze, po wielu latach, więc mimo skromnych planów, byłam mega podjarana.

Podróż
To były jeszcze czasy, że booking.com nie istniał, albo nie miałam o nim pojęcia, więc w poszukiwaniu noclegu trzeba było przekopywać się po różnych stronach, na których ogłaszały się różne noclegownie. Potem trzeba było dzwonić wszędzie po kolei i pytać o wolne miejsca, przy okazji korygując często ceny bo 'uuuups zapomniało nam się zmienić', oczywiście cena zawsze szła w górę 😛
Problemem było też to, że załatwiałam te wakacje na tydzień przed wyjazdem, więc większość ośrodków była już pełna.
Ale udało się, znalazłam pole campingowe w pobliżu Mielna, gdzie wynajęłam przyczepkę dwuosobową dla siebie i swojej lepszej połówki. Wtedy nie mieliśmy jeszcze aut a nawet prawka, więc trzeba było jeszcze kupić bilety na pociung, gdzie udało się zarezerwować 2x brak gwarancji miejsca normalny.
Ogółem lubię jeździć pociągami, ale wtedy to był koszmar, spocony wagon, bez klimatyzacji, wypchany do granic możliwości grażynami, płaczącymi dziećmi i sebkami z muzyką z głośników. Ale jedziemy na wakajki jeeeeej!
Niestety pociągi do dziś mają tendencję do omijania mniejszych nadmorskich miejscowości, więc po wyjściu z pociągu, waląc jak menele, musieliśmy jeszcze złapać jakiś lokalny bus, który też zbyt blisko naszego campingu nie stawał xd

Camping
To był mój pierwszy raz na campingu 😅 oczywiście nie spodziewałam się hotelu*, szczególnie że kosztowało mnie to chyba 20 zeta za noc, no ale właściciele mogli się bardziej postarać xD teren w większości pokrywała trawa niemal do kolan, jedynie wydeptane ścieżki i miejsca pod namioty stały na płasko. Na cały camping były 2 kible i 2 prysznice, wszystko koedukacyjne, przed ciekawskimi spojrzeniami chroniły jedynie parawany. Fug spod grzyba nie sposób było dostrzec, mało kto używał po sobie mopa po załatwieniu czynności, więc szansa na utratę zębów była niezerowa. Kolejki do tego przybytku były najgorsze. Teren może i nie był zbyt duży, ale czasem już z irytacji oczekiwaniem olewałam to mycie, bo przecież mogę się wykąpać w morzu hehe.
Sama przyczepa to było zderzenie ze wczesnym PRLem, ale z całym inwentarzem minionego czasu i przerobionych lokatorów. W środku była stara kuchenka gazowa na butlę, parę dziurawych garnków i patelnia, która uratowała nam wyjazd. No i mały stolik z ławeczkami po obu stronach.
Łóżko niewygodne i ciasne, całą noc się tutlałam z jednej sprężyny na drugą, ale na wakacjach nie chodzi o to aby się wyspać, nie???
Jak na dwuosobówkę to w sumie nawet mi samej byłoby ciasno.
Robaki 🫣 były wszędzie, wieszaliśmy chleb na uchwytach szafek bo strach było na stole zostawić. Zakładam że miały w przyczepie jakieś siedlisko, bo nie wydaje mi się, że tyle ich z zewnątrz wchodziło. Ale nie ważne, wakacje, bawimy sieeee.

Mielno
Nie byłam tam wcześniej, a nadmorskie miejscowości, które poznałam za dziecka zapamiętałam jako urocze.
Mielno niestety nie spełniło moich oczekiwań co do polskiego morza.
Ale panie, kto to wiedzioł, nie czytalimy, zapłacili, tera trzeba udawać, że jest za⁎⁎⁎⁎ście 😍
Zacznę od tego, że na mapie nasz camping wcale nie wydawał się tak daleko. Ale kiedy wypełniliśmy plecaki kocami i trunkami i udaliśmy się w dziewiczą podróż na plażę, okazało się że droga ciągnie się w nieskończoność, a jeszcze trzeba wrócić. I tak dzień w dzień.
Były jakieś autobusy, ale nie dość że według rozkładu jeździły bardzo rzadko (2x dzienne?) to tak na prawdę nie jeździły wcale, chyba że akurat byliśmy już w połowie trasy z autobuta to potrafił nas minąć radosny autobus. Rozkład? Jaki rozkład? Tak na prawdę jedyny autobus, który nie zawiódł przez cały wyjazd był ten, którym przyjechaliśmy z Koszalina. Co niestety później miało swoje smutne konsekwencje.
Niezawodny but zaprowadził nas w końcu do Mielna 👀 a na miejscu, festiwal spierdolenia. Zewsząd dochodzące umcyk umcyk, drące mordę seby, wkurwione karki, wszędzie syf kiła i mogiła. My ubrani na metali, wtedy jeszcze za sam wygląd szło dostać wpierdol, nie było ulic pełnych alternatywek, do których na dziś dzień wszyscy są przyzwyczajeni, więc cichaczem przemknęliśmy przez to miasto potencjalnej śmierci i... w końcu! Szum fal, ptaków darcie japy I ten charakterystyczny zapach gnijącego glona 😍
Ale, jak już mym oczom ukazała się plaża, byłam rozczarowana, nie wiem już który raz na tym wyjeździe. Piasek nie był biały, ani nawet żółty, taki w kolorze sraki z powtykanymi gdzieniegdzie flaszkami i chusteczkami nawilżanymi. Zaraz obok konkurujące ze sobą biczbary, który zrobi największy hałas. Plaża żałośnie wąska. Stężenie ludzi na metr kwadratowy gorsze niż w lidlu na promocji karpia. Wszędzie patologia, krzyk i nieprzyjazne mordy.
Ja słyszałam w późniejszym czasie, że Mielno to taka letnia imprezownia i na spokój nie ma tam co liczyć, na tamten moment podpisałbym się pod tym wszystkimi ręcyma, ciekawe jak tam jest teraz? Od tamtego czasu moja noga tam nie postała i z lepszą połówką do dziś nie szczędzimy wrednych komentarzy na to miejsce xD
Ale uj, bawiiiimy sieeee.
Trzeba było odejść kawałek od głównych wejść, aby znaleźć w miarę spokojne miejsce na rozbicie kocyka. Morze też mnie nie zachwyciło, nie było przejrzyste a temperatura w nim wykręcała mi kości, ale c⁎⁎j, zapłacone, trzeba korzystać. Niestety nie tylko tenperatura wody była niska. Przez cały, calutki wyjazd piździło jak cholera. Wiatr był taki, że urywał głowę. A w tym czasie we wrocku 30 stopni, trzeba było zostać w domu xD

Jedzonko
Jak już wspominałam, nasz budżet był niewiele wyższy niż dniówka chińczyka w fabryce azbestu.
Ale hej, są wakacje, trzeba zaszaleć, rybka i frytasy z suruwą nęcily zapaszkami.
Wybraliśmy się do niewyglądającejnadrogą knajpy z fiszem. Menu nie wyglądało przyjaźnie dla naszego portfela, ale była szansa po tym wyżyć. Niestety kiedy doszło co do czego, to na nasze szczęście zostaliśmy poinformowani jeszcze przed zamówieniem (tak, byliśmy debilami), że podane ceny są za 100g i tak na prawdę nie stać na na zeżarcie tej cholernej ryby xD
Skończyło się na wizycie w jakiejś lipnej pitcerii, margerita i sos czosnkowy, na bogato.
I było to nasze pierwsze i ostatnie jedzenie wychodne. Poza tym gotowaliśmy sobie na tej starej kuchence i pordzewiałych naczyniach, ale bardzo szybko nasze posiłki stawały się coraz bardziej biedne xD wspominałam wcześniej o tym, że patelnia uratowała nam wyjazd. A to dlatego, bo mieliśmy coraz mniejsze pole do popisu w okolicznej biedronce I w końcu zaczęliśmy się żywić jedynie tostami z serkiem topionym xD ale paaanie, co to były za tosty, pryma sort. Usmażone na patelni, z tym serkiem na którego myśl się teraz wzdrygam, bo podgrzany przyklejał się do podniebienia jak po⁎⁎⁎⁎ny.

Rozrywki
Oczywiście mogliśmy zapomnieć o czymkolwiek za co się płaci, więc uskutecznialiśmy spacery po plaży na przemian z leżeniem plackiem.
Czas umilało nam zioło, którego wtedy paliliśmy sporo (pewnie dlatego nie mieliśmy kasy hahaha). Ale fajnie było na plaży w nocy wypalić gibona i patrzeć w czerń. Miałam wtedy wrażenie, że zaraz przyjdzie wielka fala i mnie wciągnie do morza xDD
A co do zjaranych historii, to po nocach bałam się chodzić do kibla campingowego xD trzeba było przejść cały teren a wokół było ciemno jak cholera i z każdej strony dochodziły dźwięki grasujących zwierząt. Raz, kiedy nie wytrzymałam i zdecydowałam się ruszyć, to na powrocie zaczęło za mną biec jakieś zwierzę, tak było, nie zmyślam 😂 do przyczepy nie wbiegłam tylko wpadłam na pełnej k⁎⁎⁎ie razem z drzwiami xD

I tak to się żyło na tych wakajkach. Oczywiście minęły szybko i już trzeba było myśleć o powrocie na miotłę.

Powrót
Mówiłam że autobusy miały rozkład co najwyżej w d⁎⁎ie? A z buta na dworzec koszaliński nie było szans. Stało się co stać się musiało, gruz nie przyjechał, a czas do odjazdu pociągu zszedł na minus. Dojechaliśmy w końcu do Koszalina jakimś busem, który zatrzymał się na naszym przystanku, choć nawet nie było go na rozkładzie. Potem czekało nas kolejne kilka godzin czekania na następny pociąg, w którym oczywiście trzeba było ogarnąć bilety, na szczęście konduktor był łaskawy i częściowo uznał nasz stary bilet, dzięki czemu dopłata mieściła się w naszym awaryjnym budżecie.

Moje kolejne wyjazdy nad polskie morze nie były już tak ekscytujące, choć dwa z nich z powodu towarzyszy wyprawy stały się niezapomniane, ale to zbyt świeży temat aby o nich opowiadać xD
Tym razem też pewnie będzie zabawnie (a tak na prawdę to nie) z powodu potencjalnego towarzystwa 🤡
Od lat zawsze jak jadę nad morze, to w pierwszy dzień jem rybę z frytami na pamiątkę tej jednej, pamiętnej, której zjeść nie było mi dane xD
Tak więc już w najbliższy poniedziałek rybka wjedzie na bogato, a wy spodziewajcie się pogorszenia pogody nad morzem, bo zawsze przypadkiem pakuję do plecaka zimno i deszcz 😛

Dla uwiarygodnienia tej pięknej przygody załączam fotki z jednego z wejść na plażę i swoje zza przyczepowej kuchenki xD

Pokaż więcej komentarzy (50)

Fenomen

w Hydepark

3piorunów

Pamiętam jak miałem okres buntu i byłem w gimnazjum totalnym zjebem i poszedłem z kumplem na blokowisko, on wspiął się na balkon jednego z mieszkań na parterze, popchnął uchylone drzwi, a ja rzuciłem jajkiem do środka, które rozprysnęło się o ścianę w salonie między szafą a telewizorem. Oczywiście spierdoliliśmy ile siły było w nogach.

Jak sobie teraz to przypominam, to dziś będąc na miejscu właściciela ukręciłbym łeb takiemu szczylowi, którym byłem. Akurat tu karma do mnie nie wróci, bo mieszkam na 1 piętrze i to wysokim, w dużym domu z okresu międzywojennego i co najwyżej będę miał do mycia szybę.

Pokaż więcej komentarzy (5)

Twórca

w Muzyka

1piorunów

Rocco - Drop the Bass

Gatunek: Hands up (Trance)

Dorastanie ze starszymi ma to do siebie że możesz przejść pewne zachowania, pasje lub cechy od nich. I o czym ta osoba nie wie to połączyło mnie z nią piosenkami. Muzycznie może i się rozdzieliliśmy, choć muszę o to zagadać czy na pewno

Jest 2005 rok, właśnie został kupiony komputer za jakieś “pieniądze z Unii”. Nie do końca to wszystko rozumiesz, jednak nieco się napalasz. Brat powiedział że ogarnie coś na ten pecet, tyle że chcą 20-30 od płytki.

No i ogarnął, a z tym nadał kierunek Twoim pasjom, zainteresowaniom i pewnym cechom

Call of Duty 1, UO i 2

Prince of Persia: Warrior Within

Need for Speed: Underground 2, a później ukochany Most Wanted. A to tylko niektóre z tytułów

https://youtu.be/-RE-P9yNong?is=0oL62vbIo0cXdvic

Pokaż więcej komentarzy (2)

Fanatyk

w Hydepark

71piorunów

Zawsze zastanawiałam się jak to jest spędzić dzieciństwo na wielkim blokowisku, z sebixami na ławeczce, ogromnymi przestrzeniami między wysokimi blokami i masą zieleni. U mnie było trochę inaczej.

Podwórko

Mieszkałam we Wrocławiu na Ołbinie, gdzie królowały stare kamienice, podwórza nie były urodziwe, zazwyczaj z małą ilością zieleni, w latach 80-90 nie było jeszcze ładnych placów zabaw, ale mame mogła kontrolować z okna co robią jej pociechy i w razie czego rzucić picie albo piłkę, a potem wrócić do oglądania Mody na sukces i mieszania bigosu.
Mój blok wybudowany został w latach 80, wkomponowany w sąsiednie kamienice był najnowszym na tym podwórku.
Podwórko miało kształt litery U, ja mieszkałam na jego środku. Dzieliliśmy się na 3 mniejsze podwórka, każde nazywaliśmy kolorem na który niegdyś pomalowane były drabinki na placach zabaw: Zielone, Niebieskie i moje, Czerwone. Moje było największe i najbogatsze w sprzęty do tracenia zębów, więc zazwyczaj schodziły się do nas dzieciaki z sąsiedztwa.
Podwórze miało taki kształt, ponieważ na środku znajdowała się duża piekarnia 'Sobótka', odgrodzona wysokim płotem, gdzie później powstała jedna z pierwszych Biedronek w mieście.
Oczywiście zieleni nie było zbyt wiele, trochę smutnej trawy, parę młodych wtedy jeszcze drzew, poza tym ziemne klepisko, gdzieniegdzie beton i tajemne napisy na ścianach (długo głowiłam się nad tym co oznaczało hasło WAL KONIA widoczne z mojego okna).

Podwórkowe legendy

Pewnie każde takie miejsce miało swoje, ja wspomnę tylko o dwóch bo pamięć już nie ta.

Nawiedzona piwnica: z jakiegoś powodu dzieciaki lubią się trochę bać a przed snem płakać z powodu potwora pod łóżkiem. O jednej z kamienic krążyła legenda, że w jej piwnicy powiesił się jakiś ziomek. Miejsce w którym ktoś odebrał sobie życie, ma dla dzieciaków +100% statsów do grozy i 200% szans, że są tam duchy. Piwnica rzeczonej kamienicy, tak jak zresztą wszystkie na tym podwórku, miała swoje wyjście zaraz obok Czerwonego placu zabaw. Był to obskurny zaszczany kąt, ze schodkami w dół i skrzypiącymi drzwiami, za którymi szedł długi, nie ładniejszy korytarz bez oświetlenia, który kończył się piwnicami. Większość dzieciaków mieszkających w tej bramie, wychodziła na podwórko naokoło, aby nie narażać się na ducha samobójcy. Po czym wszyscy radośnie siadaliśmy na tych schodkach i straszylismy się nawzajem.
Oczywiście lubiliśmy grać w prawda-czy-wyzwanie z czego najpopularniejszym wyzwaniem było wejść do tej piwnicy, po czym delikwent był zatrzaskiwany w środku, dopóki jakiś wściekły rodzic nie zaczynał drzeć się z okien aby zamknął zaryczaną jadaczkę. Potem szedł do domu naskarżyć, a reszta ulatniała się. Następnego dnia znowu była sztama.

Krzysiu Wariat: na samiuśkim końcu podwórek mieszkał sobie Krzysiu z bratem i ojcem alkoholikiem. Krzysiu miał koło 20-30 lat i nierówno pod sufitem. Ploty krążyły o nim niesamowite, co się u nich w domu wyrabia. Prawda, byliśmy wrednymi, znudzonymi szczylami i granie w gałę i zamykanie się w piwnicy samobójcy czasem nam nie starczało.
K. lubił się na wszystkich drzeć bez powodu i miał swoje dziwactwa, które niesamowicie nas śmieszyły. Bywały dni, gdy szczytem naszych ambicji bywało wołanie pod jego oknami 'Krzysiu Wariat' i uciekanie gdzie pieprz rośnie, nierzadko spowalniając się nawzajem, aby kolega trafił w ręce Krzysia.
K. Uwielbiał tą grę, wybiegał wtedy wściekły z domu (nie miał daleko bo mieszkał na parterze) i gonił nas miotając przekleństwa.
Któregoś dnia dostarczył nam niecodziennych emocji wyskakując na nas z grabiani. Gdyby ktoś mi wtedy mierzył czas, mógłby paść rekord w dziecięcej kategorii sprintu.

Aktywności

Niestety nie dane nam było brainrotować się w tamtych czasach na tiktoku, więc musieliśmy być bardziej kreatywni. Ale już wtedy byliśmy gender fluid I każdy z nas skakał w gumę, aby potem grać w nogę z bramkami tworzonymi przez trzepak oraz drzewo i smutny kamień (tam czasem trudno było ocenić czy był gol). Każdy z nas plotkował co tam się wydarzyło w ostatnim odcinku telenoweli, a kiedy były mistrzostwa, lataliśmy z szalikami losowych zespołów piłkarskich (bo nie było wyboru, brało się co było). Nikt nie mówił że coś jest babskie albo chłopskie, taki fajny mieliśmy team.
Byłam jedną z niewielu osób, które miały piłkę do nogi, pamiętam ją do dziś jak bardzo na koniec była zajechana przez niezliczone mecze juniorów.

Jedną z moich ulubionych zabaw, była zabawa w wojnę. Byliśmy podzieleni terytorialnie na Czerwonych, Zielonych i Niebieskich. Przemykaliśmy po podwórku krzakami, piwnicami I bramami, zastawialiśmy na siebie pułapki i latał nie jeden kamień. Celne trafienia zwykle kończyły się rykiem i wizytą rodzica poszkodowanego na polu bitwy. Wtedy grzecznie udawalismy, że całkowitą uwagę poświęcamy szczepionym tramwajom w trawie albo kopaniu dołów w piaskownicy.

Z bardziej popularnych dziecięcych zabaw z tamtego okresu było dzwonienie do kogoś domofonem i uciekanie, albo co odważniejsi wdawali się w durnowatą dyskusję z ofiarą. Odkryłam wtedy, że aby wejść do zamkniętej bramy, zazwyczaj wystarczy zadzwonić pod losowy numer i powiedzieć 'cześć, to ja' albo proste 'otwórz'.

Atrakcje

Na podwórku był mały sklepik, gdzie lokalne żule zaopatrywały się w napoje wyskokowe a my w oranżadę z kaucjonowanej butelki. Były też gumy kulki i star czipsy do uzupełniania kalorii po bieganiu z patykami z gównem.
Ponadto w sklepiku tym była maszyna go gier, gdzie wrzucało się ciężko wyciągnięte od rodziców monety i patrzyło jak ustawiają się w rządku cytryna, jabłko, truskawka i śliwka, co znaczyło zniszczenie naszych dziecięcych marzeń o dołączeniu do klasy średniej.

Mieliśmy jeden kosz do gry, niestety parę metrów od niego był ulubiony murek lokalnej partii koneserów taniego wina, więc raczej trzymaliśmy się od niego z daleka.

Lokalsi

Nie mówię, że teraz tego nie ma, ale lata 80-90 były obfite w rozmaite patologie i mocno zakrapiane trunkami, bo ciężko było o sensowniejsze zajęcia.
Była taka jedna grupa, składająca się głównie z młodych facetów z zaprawionymi mordami. Wielogodzinne wystawanie na murku o po bramach czasem robiło się monotonne więc wyprawiali fajerszoły dla znudzonych mieszkańców.
Nie pamiętam ile razy to odwalili ale kilka będzie. Wieczorem, po zmroku, najpewniej z użyciem benzyny, rozpalali ogień w otwartym kontenerze na śmieci. Jarało się jak marzenie, spokojnie potrafiło sięgać mojego 4 piętra i dosięgać pobliskie drzewa. Wtedy, za dzieciaka, było to dla mnie widowisko nie z tej ziemi, sam wjazd straży pożarnej i ugaszenie tego było czadowe. Teraz myślę, ty debilu jeden z drugim, dobrze żeście nas wszystkich nie pozabijali.

Nie zawsze na podwórku było co robić, najczęściej latem w godzinach porannych były pustki bo sporo dzieciaków było na koloniach lub innych wyjazdach.
Jako, że potrafiłam być stara już za młodu, to w takie nudne dni stawiałam fotel przy oknie, kocyk na parapet i wysiadywalam godzinami w tym oknie, obserwując przechodzących ludzi, latające ptaszki oraz objadając się czereśniami i słuchając w radiu Rikiego Martina i krasza Tarkana.

Obecnie to podwórko nie przypomina swoich lat świetności. Po demograficznym boomie dzieciaków było coraz mniej, a nieliczni rodzice z tego podwórka już nie byli tacy chętni na puszczanie dzieciaków samopas. Mój świrnięty sąsiad zaczął obsadzać wszystko co tylko się da, usunął barierki, z piaskownicy zrobił olbrzymią donicę, całe Czerwone zostało ogrodzone płotem i tak sobie stoi i ładnie wygląda, bo funkcji już żadnej innej nie ma, nawet ławki zniknęły, aby przypadkiem ktoś nie przyszedł skorzystać. Może i nie brzmi to tak strasznie, ale znam typa i jego motywacje, dlatego heheszkuję z jego działań na rzecz wyplewienia dzieciaków i innych z JEGO podwórka.

I tak to było, na pewno cieszę się, że mnie puszczano codziennie samopas na podwórko, zamiast być ciąganą przez rodziców po zajęciach dodatkowych. Było fajnie.

Fanatyk3piorunów

za gówniarza pamiętam że właśnie trójkąt i ołbin (u nas znane jako "jedności", ale to drugi trójkąt razem z nowowiejską i wyszyńskiego) miały patusiarską renomę, i mówię to jako mieszkaniec sebiksowego nowego dworu.

Pokaż więcej komentarzy (39)

Fanatyk

w Hydepark

78piorunów

Mieliście jakieś fajne miejscówki na spotkania i grupy znajomych, które wspominacie z nostalgią?
U mnie znajdzie się takich kilka, niektóre w jakiś sposób mnie ukształtowały, nie zawsze na lepsze xD

---

Jak szłam do gimbazy to jeszcze nie miałam takiej stałej paczki znajomych. Były co prawda dzieciaki z podwórka ale to był ten czas, gdy zaczęłam od nich trochę odstawać wiekowo, bo w tamtym czasie 2-4 lata różnicy to była ogromna przepaść. Ponadto moje 'odejście' zostało pięknie przypieczętowane. Któregoś dnia odebrałam od koleżanki z podwórka kasetę, na którą miała mi nagrać nowy album Britney Spears. Zbyła mnie wyjątkowo szybko, a w domu, kiedy puściłam taśmę, okazało się że na początku kasety, przed nagranym albumem jest wiadomość głosowa od niej i kilku innych koleżanek zaczynająca się od chóralnego 'My cię już nie lubimy, bo dziwna zrobiłaś się' xD a potem każda po kolei się przedstawiła i pięknie wygarnęły mi za co dokładnie już mnie nie lubią, nie szczędząc słownictwa nie przystającego na podbazę xD
W każdym razie na własnym podwórku byłam spalona. Trochę pszykro, bo nikt wcześniej nie dał mi do zrozumienia, że odwalam może jakieś szambo czy coś. Ale tak chciało życie i dziecięca logika.

---

OPUSZCZONE
Nie powiem abym po tym szukała jakiegoś punktu zaczepienia w innych grupach, bo introwertyzm mocno, wtedy jeszcze wręcz skrajny, plus fakt że raczej gdzie się nie zjawiałam tam mnie raczej odrzucali, bo jak ktoś się nie odzywa to do d⁎⁎y taki kontakt.
Ale coś się zaczęło zmieniać. Miałam w klasie taką koleżankę, która była bardziej otwarta na innych i miała znajomości też w innych klasach. A tak się złożyło, że mieszkałyśmy na jednej ulicy, naprzeciwko siebie, więc razem chodziłyśmy do szkoły. Zwykle ulicami, ale była też opcja przejść na skróty przez pobliskie podwórko.
I właśnie na tym podwórku jej znajoma wkręciła nas do gimbazjalistów z naszego i pobliskiego gimbazjum. Spotykali się tam wszyscy, którzy po drodze do szkoły mieli to podwórko, a nawet z nieco oddalonych ulic. Nazywaliśmy je OPUSZCZONE.
Dlaczego tak? Właściwie to nieco niefortunnie, ponieważ nasza miejscówka była od strony nowo wybudowanego bloku. Była przelotówka oczywiście, po jednej stronie winkiel, po drugiej schodki a wzdłuż ściany budynku był betonowy podest, który chyba ochraniał poniższe piwnice przed zalaniem. I na początku głównie ten podeścik służył nam za miejsce do siedzenia.
Kiedy w grę wchodziła alkoholizacja, to siedziało się za winklem. Zresztą wszyscy byliśmy tam niepełnoletni więc większość paląca też miała gdzie się ukryć bo pały najczęściej wyskakiwały znienacka.
W późniejszym czasie mieszkańcy zaczęli się skarżyć na smród fajek lecący im do okien, więc murek zabudowano, ale nie przeszkodziło nam to siedzieć na schodkach i za winklem.
A jeśli chodzi o pochodzenie nazwy Opuszczone, to wzięła się właściwie z tego, że było to spore podwórze, z masą nieczynnych ale niewielkich zabudowań, magazynowych i innych. Wszystko oczywiście wyglądało tak jak podobne im na początku XXI wieku.
Ludzie:
Ja chodziłam do tego bardziej odległego gimnazjum, więc ode mnie przychodziły tam w porywach 4 osoby łącznie ze mną. Do dziś nie wiem dlaczego miałam rejon w tej dalszej szkole.
Cała reszta to były dzieciaki z bliższego gimnazjum.
Przekrój ludzi był niezbyt spory. W większości były to punki i metale, raczej mniej ambitne, część brała już dragi, miała problemy z chodzeniem do szkoły i robili różne odpały. Absolutnie nie każdy taki był, myślę, że połączyliśmy się tam subkulturowo, bo reszta kultury mocno kulała.
Cieszyłam się wtedy, że mogę czuć się częścią jakiejś grupy, chociaż do swoich znajomych zaliczałam tam tylko garstkę. To właśnie tam poznałam moją najlepszą psiapsiółę, która jest przy mnie już dobre ćwierć wieku. Z dużą częścią z nich nigdy nawet nie gadałam albo ograniczałam się do samego 'cześć'. Wtedy nie wiedziałam, że da się lepiej trafić.
Niektórzy bywali agresywni, z powodu dragów lub innych życiowych problemów. Kiedyś wracając ze szkoły sama, przechodziłam przez Opuszczone, zauważyłam że siedzą tam dzieciaki, z którymi raczej nie gadałam, więc rzuciłam tylko cześć i chciałam iść dalej. Podbiegła do mnie jedna z dziewczyn i do mnie z tekstami w rodzaju 'co ty na mój temat ploty, farmazony rozpowiadasz'.
No zatkało mnie, bo ja raczej nie byłam z tych co chcieli komuś szkodzić, a już na pewno nie pamiętałam abym o niej cokolwiek mówiła. Próbowałam to wyjaśnić, ale ona zdecydowanie chciała zaczepki i zaczęła mnie popychać. Obesrana byłam strasznie, bo nie wiedziałam co się dalej wydarzy, reszta towarzystwa podśmiechiwała z całej sytuacji, na szczęście jeden z chłopaków zlitował się nade mną i odciągnął agresywną koleżankę. Po tym czasie długo się tam nie pojawiłam, a potem tylko w towarzystwie. W każdym razie nie było to już dla mnie to samo miejsce.

Przesiedziałam tam do końca gimnazjum, początek liceum oznaczał inną drogę do szkoły i z wieloma osobami też zaczęłam się odsuwać, poznając nowe, licealne towarzystwo.

---

GÓRKA
Pierwsza klasa liceum to były właściwie nudy. Spędzałam czas tylko z chłopakiem, który chodził ze mną do klasy i jego kolegą. Czasami też spotykałam się na fajce z ziomkiem z innej klasy, którego poznałam wcześniej na Opuszczonym. Poza lekcjami grałam w kąkuter, czasem spotykałam się z ludźmi z Opuszczonego, z którymi znajomość przetrwała próbę czasu.
Ale od 2 klasy zaczęła się jazda.
Do mojej szkoły trafiły osoby, które też znałam z Opuszczonego lub innych miejsc. W tym czasie zmieniłam też nudną klasę na bardzo fajną, gdzie miałam 3 super ziomków, z którymi spędzałam sporo czasu. W trakcie przerw wszyscy spotykaliśmy się na fajce, zaczęły dochodzić nowe osoby, znajomi znajomych i to było WYBORNE towarzystwo, z całej szkoły chyba z 15-20 osób. Dream team. I to była pierwsza grupa, w której czułam się tak dobrze. Oczywiście ci znajomi mieli też znajomych z innych szkół, spotykaliśmy się z nimi w weekendy na wyspie, garncarzu, nad Odrą, wszędzie gdzie dało się spokojnie raczyć tanim winem i harnasiem. Wiadomo, że nie byłam ze wszystkimi blisko, ale oni dawali mi prawdziwe poczucie wspólnoty w której dobrze się czuję. Wszyscy punko - metale, taki mieliśmy klimat.
Czasem jak się spotykaliśmy, to była nas grupa aż kilkudziesięciu osób, wszyscy jeden cel.
Z tej grupy wyłoniła się moja najukochańsza paczka, z którymi widywaliśmy się niemalże codziennie. Jakoś tak wyszło, że większość mieszkała blisko mnie i w pobliżu mieliśmy park na którym była GÓRKA. Upatrzyliśmy sobie miejsce na jej zboczu, na schodkach, w ustronnym miejscu.
Początkowo było nas parę osób, z czasem grupa się rozrastała, z wieloma z nich mam do dziś kontakt. Byli to ludzie, których szczerze kochałam. Nie było wśród nas patologii, dragów, większość ambitna i z dobrych domów. Wiadomo, prawie każdy palił i alkoholu nie odmawiał, ale takie to byli czasy, nie to co dzisiejsza młodzież 😅
Właściwie przez większość czasu w tygodniu po szkole ktoś tam siedział. Nie było nudy, śpiewaliśmy piosenki, odrabialiśmy lekcje, snuliśmy plany na przyszłość i najbliższy weekend.
W tym wieku czas leci inaczej i ta pierwsza jesień z nimi wydawała się trwać wieczność. Kiedy nastała zima, nasze codzienne spotkania zostały zaburzone.

---

BUNKIER
Tak na prawdę to nie był bunkier, tylko opuszczona altana nad Odrą, którą kiedyś wypatrzyliśmy. Nie było tam drzwi, było za to jedno zakratowane okienko i niewielka dziura w suficie. Z czasem zaczelśmy się tam urządzać. Ktoś przyniósł jakiś stary dywan, kto inny duży pergamin na którym robiliśmy rysunki aby ozdobić ściany. Siedzieliśmy przy świecach, gadaliśmy, śpiewaliśmy piosenki. Klimatu tego miejsca nigdy nie zapomnę, jak zebrało się nas więcej to nawet nie było tak zimno.

---

ŁAWKI
Na wiosnę wróciliśmy do parku, ale tym razem nie na górkę lecz pobliskie ławeczki ze stolikami na których były plansze szachowe. Zazwyczaj mieliśmy obok towarzystwo miejscowych dziadków co przychodzili rozgrywać partyjki, nawet czasem pogadaliśmy. Niestety wraz z rozrostem grupy, pojawiły się pierwsze konflikty. Między innymi dlatego nasze spotkania stały się mniej regularne aż w końcu zupełnie się skończyły, kosztem spotkań w innych grupach i miejscach. Dalej widywaliśmy się w szkole, kto z nami chodził oraz w knajpach, bo pomału wchodziliśmy w dorosłość.

---

TORY
Na tory się chodziło, kiedy nie było kasy siedzieć w pobliskiej knajpie, albo godzina była późna.
Tam trafiłam jeszcze z przyjaciółmi ze szkoły, ale moja grupa pomału zaczynała się wykruszać, to był czas matur, niektórzy spędzali całe dnie na nauce, inni naturalnie zmienili towarzystwo. Niestety z czasem wokół mnie było coraz więcej osób, które przypominały to od czego uciekłam z Opuszczonego, dlatego mój czas na tego typu spotkania dobiegał końca.

---

Od tego czasu już nie miałam takiego miejsca gdzie zawsze mogłam pójść i wiedziałam, że ktoś tam będzie.
Z czasem coraz trudniej było zebrać większą ilość osób, która będzie się cieszyła ze swojego towarzysza i oczywiście miała czas.
Myślałam wielokrotnie, czy nie zorganizować jakiegoś spotkania dla mojej ulubionej górkowej paczki, ale wydaje mi się, że po latach mogłoby to wyjść sztucznie i drętwo. Pomijając kwestię braku czasu w dorosłym życiu, to nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi. Niemniej jednak bardzo się cieszę, że mogłam być ich częścią, bo dzięki nim czuję, że przeżyłam wiek nastoletni w pełni.

1. zdj. Bunkier, widok z dziury w suficie
2. zdj. Bunkier wewnątrz
3. zdj. Górka

Osobistość1piorunów

@Shivaa U nas to były stare działki. Było takie miejsce gdzie kilkanaście lat wczesniej były działki komunalne (ROD bodajże) ale takie malutkie. Zdemontowano tam wszystkie płoty i zostawiono tak o na dziko. Był obok nieduży lasek, sporo drzew owocowych, śmierdzirów. W jednym ze śliwkowych zagajników wyrąbaliśmy sobie miejsce na ogniska, to dopiero była zabawa.

Autorytet1piorunów

@Shivaa Było kilka takich miejsc. Najfajniej wspominam kopalnię piasku na Stokach w Łodzi, gdzie paliliśmy ognisko. To miejsce było nad gigantyczną dziurą w ziemi, gdzie koparka na dole wyglądała jak mrówka. Stoki to najwyższy punkt Łodzi, więc w oddali widać było światła miasta i bloki Widzewa nawet nie jak pudełka zapałek ale jak kostki cukru.

Pokaż więcej komentarzy (69)

Fanatyk

w Hydepark

90piorunów

Jakiś czas temu pisałam o swojej pracy sprzątaczki i obiecałam @sireplama że opiszę swoją przygodę z pracą w pizzerii. Zapinajcie pasy, bo oto wzięło mnie na pisanie xD

i podepne się też pod

*

Czasy przed rozpoczęciem kariery sprzątaczki były jeszcze bardziej szalone.

Mieszkałam wtedy z rodzicami, więc posiadanie pracy nie było jeszcze krytyczne.

Od poprzedniej roboty, z której mnie wyjebali minęło kilka miesięcy pasożytowania, w dzień spałam a w nocy czytałam joemonstera, wykop i rysowałam.

Ale nie było na fajeczki i imprezy więc trzeba było zacząć wstawać wcześniej i dźwigać większy ciężar.

Odezwali się do mnie z pewnej sieciowej pizzerii, a że pizza to już wtedy było moje love to ochoczo poszłam na rozmowę.

Do tego nie było to zwykłe stanowisko na zmywaku tylko jako SZEF ZMIANY.

W myślach już liczyłam mamonę i wyobrażałam sobie swoją karierę menagerską.

Nie ważne, że w ogóle się do tego nie nadawałam, ale wtedy jeszcze wierzyłam, że chcieć znaczy móc.

Na rozmowę poszłam w kanciastej koszuli, czysta i pachnąca, jakbym nigdy nie była tym trollem nierobem z poprzednich miesięcy.

Rozmowa miała się odbyć w jednej z pizzerii (na tamten czas było ich kilka we Wrocławiu).

Na miejscu okazało się, że nie jestem jedyną kandydatką zaproszoną na to spotkanie xD było nas chyba z 10 osób, zrobili nam wstęp na temat pracy, warunków i wymagań, gdzie już kilku kandydatów zostało odsianych, bo jak możecie się spodziewać, nie była to praca marzeń xD

Mieliśmy do wykonania jakieś testy na kompetencje i inne bzdety, które miały odsiać kolejnych osobników. Na końcu obiecali, że się odezwą i wręczyli nam kupon ze zniżką do wykorzystaniu w lokalu.

I oto zdarzył się cud, przeszłam pierwszy etap! Zaprosili mnie na kolejną rozmowę, tym razem już w lokalu, w którym potencjalnie miałam pracować.

I to spotkanie poszło wyjątkowo dobrze, co zaowocowało moim awansem z bezrobotnej kanalii na potencjalnego SZEFA zmiany.

A dlaczego potencjalnego? Bo to była poważna firma, pizza sirius biznes i to nie tak hop siup, że wbiję do lokalu jak do siebie i będę wydawać rozkazy niższym karaluchom, bo od pozycji karalucha miałam startować aby nauczyć się thug life w pizzerii.

Pizzeria nie była duża, położona na obrzeżach Wrocławia, na szczęście dojazd miałam dobry, nawet nocnymi, bo często zostawało się dłużej.

Oczywiście na początek minimalna krajowa, po czym po zdaniu EGZAMINU na SZEFA zmiany, podwyżka o jakieś 200 zł brutto. Niestety nie dane mi było spróbować jak smakują te lepsze parówki z biedronki, ale o tym później.

Oprócz pizzerów, pracowała tam szefowa lokalu oraz tymczasowo szef zmiany, którego miałam zastąpić. Kierownikiem był ziomek, który posiadał kilka lokali, nasz był najmniej dochodowy i rzadko u nas bywał.

*

Na początek dostałam gruby plik ze wszystkim czego miałam się nauczyć do egzaminu, były tam informacje o wagach kulek, składnikach, datach ważności, no wszystkim co powinnam wiedzieć, w bardzo szczegółowej formie. Zaczęłam od nauki obsługi kasy i kręcenia placka, nie było to nic trudnego więc trzeba było przejść do bardziej skomplikowanych zadań jak zamawianie towaru na podstawie analizy jego schodzenia, przyjmowanie towaru, otwarcie i zamknięcie lokalu, sprawy pracownicze oraz odbieranie telefonów z zamówieniami.

*

Dlaczego wymieniłam to ostatnie? Ponieważ miałam (i do dziś częściowo mam) problem z rozmową przez telefon. A doliczając do tego fakt, że taka rozmowa wymagała wypowiedzenia skomplikowanej formuły na podstawie algorytmu tego co powiedział klient, to był dla mnie koszmar i autentycznie bałam się tego, aż będę musiała zacząć odbierać te telefony.

Oczywiście formułek nauczyłam się na pamięć, ale w sytuacji stresowej naturalnie moja pamięć łapie errora.

Ale stało się, telefon zadzwonił akurat w chwili, gdy koleżanka była zajęta i spojrzała na mnie wymownie (wszyscy widzieli, że unikam telefonu jak ognia). Oczywiście wyszła klapa i kompromitacja, może i przyjęłam zamówienie, ale formułkę totalnie zjebałam, klient nie został poinformowany o hiper promocjach i nie doszło do próby wciśnięcia dodatkowej sałatki do zamówienia. Ledwo odłożyłam słuchawkę, dzwoni znowu, ten sam głos, ale przedstawia się jako kierownik i dostaję zjebę, że nie poprowadziłam rozmowy należycie xD no nie powiem, trochę mnie to wkurwiło robić takie podchody, co dało mi kopa motywacyjnego do wypadnięcia następnym razem lepiej niż ustawa przewiduje. Finalnie się udało, ale telefonu wciąż unikałam xd

*

Pewnie myślicie, że pracując w pizzerii spełniło się moje marzenie o żywieniu się wyłącznie pizzą. Haha, co prawda w ramach pracowniczych benefitów mogłam zrobić sobie raz dziennie małego placka z sosem i serem za 3,50 zł (za dodatkowe składniki płacić musiałam normalnie), ale wcale nie dawało mi to wymarzonego szczęścia, bo pizza była najzwyczajniej ch⁎⁎⁎wa. Nie wiem czy to była kwestia słabych składników czy ciasta, ale wielokrotnie w przerwie na szamę, zamawialiśmy placki z pizzerii nieopodal. Ja nie wiem jak ludzie mając wybór, decydowali się na tą sieciówkę.

*

Co do samej pracy to do najprzyjemniejszych nie należała. Zwykle miałam drugie zmiany bo jak już byłam tylko ja i kierowniczka z ekipy zarządzającej to musiałam być zawsze kiedy jej nie było albo przysługiwała jej pierwsza zmiana. Jedynki były fajne, bo niewiele się z rana działo, a otwarcie lokalu to był banał i mógł to zrobić szeregowiec. Dopiero od drugiej połowy dnia zaczynał się sajgon, a zamknięcie lokalu było tematem najgorszym.

Że weekendy w pizzerii są intensywne to nie muszę mówić. Opowiem za to jakie fajne było zamknięcie lokalu.

Był na to z góry określony czas, powiedzmy, że ostatnie pół godziny zmiany. Pracownicy wtedy sprzątali lokal a ja siedziałam w biurze o wielkości metra kwadratowego i robiłam rozliczenia.

Trzeba było zważyć ile składników zeszło, sprawdzić czego zabrakło, rozliczyć kasę, pracowników którzy zajmowali się dostawami, wszystko musiało być logiczne i system nie pozwalał zdać raportu i zamknąć lokalu jeśli były jakieś nieprawidłowości. A jeśli były to trzeba je było rozwiązywać. Zamknięcie lokalu nigdy nie przebiegło u mnie w wyznaczonym czasie, a co jeśli go przekraczałam? Siedziałam za darmo i walczyłam z systemem. W przeciwieństwie do szeregowych, nie miałam tam nadgodzin, to że siedziałam dłużej niż trzeba to moja wina, bo powinnam już to wszystko umieć rozwiązać xD a nie dało się rozpocząć raportu przed określonym czasem aby się wyrobić bo system nie pozwalał xD

*

Z heheszków to któregoś wieczoru wychodząc z lokalu, zapomniałam uzbroić alarmu. Byłam już na mieście ze znajomymi, kiedy kierowniczka zadzwoniła, że miała telefon z ochrony dlaczego alarm o tej godzinie jeszcze nie włączony xD Tata musiał mnie ratować, bo przecież z szefowej pensji nie stać mnie było na taksę, i pośród nocy odbierał mnie z centrum i wiózł na zadupie abym włączyła ten cholerny alarm xD

*

A tak poza tym to pracowali ze mną różni dziwni ludzie i jeden złodziej. Ale zabawa początkowo była wyborna.

Często po zakończeniu wieczornej zmiany, zostawaliśmy dłużej w lokalu, lał się browar i jarał joint. Prawdopodobnie jeden z dostawców nie czekał z jointem do końca zmiany, ale nic nie udowodniliśmy. Poza tym, mimo że ziomek notorycznie 'gubił' hajs za dostawy (zapisywaliśmy na kartce a potem ściągało mu się to z wypłaty), kierowniczka go trzymała bo nikt inny nie chciał u nas pracować xD raz mnie wkurwił z krętactwem do tego stopnia, że dostałam pozwolenie na wystawienie mu wypowiedzenia umowy. Oczywiście, po kilku dniach kierowniczka błagała MAĆKU (imię zmienione) WRUĆ, bo ostatni ostały dostawca nie wyrabiał z zamówieniami.

Inni też byli dobrzy.

Jedna typka dojeżdżała z wiochy koło wro autem, bo inaczej się nie dało. Oczywiście nie stroniła od pozmianowych używek, po czym wsiadała do auta i wracała na⁎⁎⁎⁎na. Za mojej pracy tam, tylko raz po drodze za⁎⁎⁎⁎ła w słup.

Natomiast kierowniczka to była taka, hmm, grzeczna paniusia, ale widać znudzona życiem.

Chętnie bawiła się z nami po godzinach i przymykała oko na wiele rzeczy, liczył się tylko supervisor, który czasem nas odwiedzał, to była jej sekretna miłość i potrafiła cały dzień o nim pi⁎⁎⁎⁎lić. Noo, chyba że akurat odwiedzał nas jej mąż to robiła się dziwnie cicha.

Były jeszcze dwie laski, takie całkiem spoko, lubiłam je.

*

Wspomniałam o złodzieju wcześniej, pewnie pomyśleliście, że chodzi o Maciusia dostawcę. Otóż nie i tak na prawdę nie mogę na 100 procent powiedzieć, kto. Ale się domyślam.

*

Oczywiście jako szef, odpowiadałam za kasę. Nie pamiętam dokładnie jak to było ze szczegółami, ale załóżmy że kiedy uzbierało się 1000 zł w kasie, to miałam je zanotować, włożyć do podpisanej moim nazwiskiem koperty, oraz zanieść od razu do sejfu, do którego dostęp miałam tylko ja i kierowniczka. W rzeczywistości nauczono mnie mieć na to lekko wyjebane i całość składało się w koperty na koniec zmiany i hurtem zanosiło do sejfu.

Jak już mówiłam, końce dnia były bardzo intensywne pod względem zamówień i formalności. Pewnego razu pod natłokiem roboty, przyjęłam propozycję koleżanki (co pisałam że ją lubię) aby za mnie zaniosła do sejfu koperty z kasą.

Pewnie co było dalej, mówić nie muszę.

Sejf był opróżniany przez uprawnione osoby z zewnątrz raz na jakiś czas. I potem gdzieś w centrali było to przeliczane, czy jest zgodne z raportami.

Pewnego dnia przychodzę do pracy, a tam czeka na mnie supervisor i kierowniczka z nie zachęcającymi minami.

Okazało się, że w sejfie brakowało jednej koperty na moje nazwisko i że muszę zwrócić kasę.

Była to kwota, która pokrywała prawie całe moje miesięczne zarobki na ten czas, a ledwo dostałam pierwszą wypłatę po podwyżce o 200 zł xD

Cóż mogę rzec, rozryczałam się tam jak po⁎⁎⁎⁎na, tłumaczyłam że to nie ja jestem złodziejem, że popełniłam błędy ale kraść to nie ja. Oczywiście wiedziałam że jestem w d⁎⁎ie, sprawa nie do udowodnienia, brak kamer itp, poza tym złamałam regulamin pozwalając koleżance odnieść te koperty.

I tak zakończyłam moją cudowną karierę. Z miejsca rzuciłam papierami i więcej się tam nie pojawiłam.

Dostałam za to bardzo cenną nauczkę od życia, dzięki której niczego podobnego już nie odwaliłam.

Osobistość6piorunów

Świetna historia, eh te zamykanie sklepow/restauracji w sumie zapomniałam o tym wspomnieć w swoich historiach ale tak liczenie kasy to najgorsza rzecz ever xd

Pokaż więcej komentarzy (20)

GURU

w Ciekawostki

40piorunów

Tajne ciosy z Mortal Kombat :martial_arts_uniform:

:arrow_down_small: :arrow_forward: LP

Mocarz1piorunów

@zuchtomek pamiętam że miałem wstukany kod na fatality. Wystarczyło po wygranej walce zrobić podbródkowy i robiło się fatality.

Zawsze po wygranej walce niby sprawdzałem kombinacje przycisków do fatality a w rzeczywistości naciskałem cokolwiek a a końcu podbródkowy. Ziomeczkowie myśleli że jestem taki dobry, że zawsze mi wychodzi

Pokaż więcej komentarzy (6)